Ludzie, którzy wysuwają dziś roszczenia żydowskie, nie mają pojęcia o realiach II wojny światowej

Barbara Stanisławczyk opowiedziała o wznowieniu swojej książki pt. „Czterdzieści twardych. Wojenne losy Polaków i Żydów. Prawdziwe historie”, skomentowała również dzisiejsze relacje polsko-żydowskie.

„Książka ta opowiada o splecionych losach Polaków i Żydów w czasie drugiej wojny światowej – o najwyższym poświęceniu i cichych bohaterach, którzy często wcale się za takich nie uważają. Autorka wykracza poza czasy wojenne, ukazując dalsze dramatyczne historie wybawców, którzy niekiedy sami stawali się ofiarami. Stawia też trudne pytania: Jakie uczucia budzi skrajne uzależnienie ocalonego od wybawcy? Jaką cenę jesteśmy gotowi zapłacić, ratując drugiego człowieka? Czy należy oczekiwać wdzięczności i jaka ona powinna być?”- czytamy w opisie ze strony lubimyczytać.pl

„Książka ta została napisana w pierwszej połowie lat 90, wtedy był to temat tabu. Nawet nieliczni recenzenci pytali się, kto za mną stoi, oraz czy się nie boję. Trochę mnie to dziwiło, dopiero później zrozumiałam, na czym polega problem rozbijania muru na ten temat i pisanie o nim w sposób nieschematyczny”.- powiedziała dziennikarka. Jak dodała, ta książka wciąż jest aktualna, ponieważ prawda nie traci na ważności oraz na aktualności. W książce tej bardzo wiele niezwykłych historii.
Jedna z nich dotyczy ratowanego przez dwóch młodych chłopców, braci, policjanta.

” Zadałam jednemu z tych braci pytanie, dlaczego ratowaliście policjanta żydowskiego. Już wtedy wiedziałam, jak okrutnie potrafili się zachowywać. Nie od dziś wiadomo, że rękami kolaborantów wykonywano tę najczarniejszą robotę. Oni odpowiedzieli, że nie wolno im nikogo oceniać. Nikt inni, jak oni nie rozumieli komplikacji losów oraz sytuacji, podczas II wojny światowej. Teraz gdy słucham tych ocen, opinii, roszczeń, że np. zbyt mało ludzi ratowano, to wiem jedno: Ci ludzie nie mają pojęcia, o czym mówią”.

Zdaniem dziennikarki, niemoralnym jest żądać od kogoś, aby poświęcił swoje życie. Ludzie,  którzy to zrobili, są bohaterami, ludzie nadzwyczajnymi i należy się im wielki szacunek, ale takiego poświęcenia nie można od nikogo wymagać. Każdy, kto wypowiada się na ten temat, powinien zapoznać się z historią  II wojny światowej- podkreśliła.

Barbara Stanisławczyk powiedziała, że w swojej książce starała się odtworzyć opisy wojenne takimi, jakie były. Bez stronniczości i bez polityki. Charakterystyczną cechą, przewijającą się  we wszystkich opowieściach, był element moralności katolickiej, który odgrywał wielką rolę.

Zdaniem dziennikarki, antysemityzm przedwojenny był zupełnie czymś innym niż stosunek Polaków do Żydów w trakcie, i po wojnie:

„Przed wojną antysemityzm miał charakter polityczno-ekonomicznych. Była to rywalizacja dwóch odmiennych narodów. Należy pamiętać, że Żydzi chcieli budować swoją tożsamość narodową i robili wiele rzeczy, aby odseparować się od Polskiej społeczności”.

Zapraszam do wysłuchania całej rozmowy.

jn

Program Wschodni 13 maja 2018 r. Goście: dr Piotr Kościński, Ekaterina Katarzyna Beruashvili, Ryszard Jan Czarnowski

Głównym tematem Programu Wschodniego była polityka wschodnia Józefa Piłsudskiego, stulecie odzyskania niepodległości przez Polskę i Gruzję, historia kresów polskich.

Goście:

dr Piotr Kościński –Fundacja Joachima Lelewela, polski dziennikarz, politolog, analityk polityki zagranicznej;

Ekaterina Katarzyna Beruashvili- Członek Zarządu Diaspory Gruzińskiej;

Ryszard Jan Czarnowski-  Pisarz, teoretyk sztuki, grafik. Działacz drugoobiegowego ruchu wydawniczego w PR;


Prowadzenie: Antoni Opaliński

Realizator: Paweł Chodyna

Wydawca: Jaśmina Nowak


Całość:

 

 

Katastrofa Smoleńska w relacjach dziennikarzy / Dyskusja panelowa w SDP/ „Wielkopolski Kurier WNET” 47/2018

Chcemy opowiedzieć, jak czwarta władza zaczęła zadawać pytania na temat przyczyn katastrofy, wykazywać nieścisłości w relacjach oficjalnych i ile społeczeństwo polskie zawdzięcza pracy dziennikarzy.

W poszukiwaniu prawdy. Katastrofa Smoleńska w relacjach dziennikarzy

Dziennikarze w tamtym czasie przejęli część funkcji państwa, zwłaszcza funkcji zadawania pytań, na które trzeba było znaleźć odpowiedź. To dziennikarze, a przynajmniej część z nich, stanęli wtedy na wysokości zadania – powiedziała red. Anita Gargas, dziennikarka śledcza, w czasie konferencji W poszukiwaniu prawdy. Katastrofa Smoleńska w relacjach dziennikarzy, zorganizowanej przez Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich 4 kwietnia, w przededniu 8 rocznicy Katastrofy Smoleńskiej. W dyskusji panelowej udział wzięli także red. Ewa Stankiewicz, red. Marek Pyza i red. Grzegorz Wierzchołowski. Konferencję prowadzili: Krzysztof Skowroński, prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, i Jolanta Hajdasz, dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP. Głos w dyskusji zabierali także spontanicznie uczestnicy spotkania: m.in. red. Jan Pospieszalski, red. Paweł Nowacki, red. Marcin Wikło, red. Elżbieta Królikowska-Avis, red. Ewa Urbańska i mec. Stefan Hambura. Poniżej zamieszczamy skrót dyskusji. Całość jest na stronie cmwp.sdp.pl.

Krzysztof Skowroński: Tytuł naszej konferencji W poszukiwaniu prawdy. Konferencja Smoleńska w relacjach dziennikarzy nie jest przypadkowy. Chcemy opowiedzieć, jak nasza, czyli czwarta władza, zaczęła zadawać pytania na temat przyczyn katastrofy, jak zaczęła wykazywać nieścisłości w relacjach oficjalnych i ile społeczeństwo polskie zawdzięcza pracy dziennikarzy, których dzisiaj zaprosiliśmy na naszą konferencję. Będziemy rozmawiać o tym, w jaki sposób dziennikarze podeszli do Katastrofy Smoleńskiej, do tego, co zdarzyło się 10 kwietnia 2010 r. Co zrobili, jakie pytania zadawali. Czyli opowieść o historii badań przyczyn katastrofy i tego, co wydarzyło się w Smoleńsku.

Jolanta Hajdasz: Pierwsze pytanie do wszystkich uczestników: kiedy, w jakich okolicznościach i dlaczego zajęliście się Państwo tym tematem?

Anita Gargas: W 2010 roku byłam wiceszefową programu I TVP i szefową programu, który się nazywał „Misja specjalna”. Siłą rzeczy natychmiast zajęłam się tym problemem. Ale jako dziennikarka śledcza zaczęłam sobie bardzo szybko zadawać pytania, dlaczego dzieją się pewne rzeczy, które w normalnym śledztwie, czyli np. dotyczącym zabójstwa, wypadku samochodowego, nie miałyby racji bytu. Zdziwiło mnie, że już dwa dni po katastrofie pan prokurator Andrzej Seremet obwieścił, że strona polska nie może w zasadzie niczego dyktować Rosjanom, że nie może występować z żadnymi zaleceniami, poleceniami, żądaniami, że wszystko zależy od dobrej woli Rosjan. Zdziwiło mnie, dlaczego nikt nie zadaje pytania i nie przesłuchuje świadków związanych z tym, że tuż przed przylotem do Smoleńska naszego tupolewa próbował na lotnisku Sewiernyj lądować IŁ. Dlaczego nikt nie przesłuchuje świadków warunków, jakie panowały na lotnisku, a które wcześniej mogły być stwierdzone przez nasze Biuro Ochrony Rządu i funkcjonariuszy odpowiadających za bezpieczeństwo najważniejszych osób w państwie i które to warunki powinny praktycznie wyeliminować możliwość lądowania w tym miejscu głowy państwa.

Te pytania się rodziły i w pewnym momencie była ich taka liczba, że zdziwiło mnie – mówię tu bardziej jako dziennikarka śledcza niż publicystka – że nikogo te kwestie nie bulwersują, nie interesują, nie są podejmowane. Na przykład to, w jaki sposób traktowane były szczątki samolotu. Przecież to było widać i w „Wiadomościach”, i programach publicystycznych programu I TVP podejmowaliśmy ten wątek. Przecież było widać, w jaki sposób Rosjanie traktują wrak tupolewa. W jaki sposób wtargnęli na teren, który powinien być objęty ścisłą ochroną, ze swoimi koparkami, ze swoim ciężkim sprzętem, spychaczami, a wszystko pod pretekstem budowy drogi, która miała ułatwić przechadzanie się tam najważniejszym osobom w Rosji, takim jak Putin czy Miedwiediew.

Nasi specjaliści, który uczestniczyli w badaniu katastrofy w Lesie Kabackim, wskazywali, że szczątki tupolewa powinny być natychmiast zabezpieczone, przeniesione do jakiegoś hangaru, namiotu. Jeden z ekspertów opisał, jak powinien wyglądać taki namiot, który jest dostępny w każdym miejscu, gdzie się gra w tenisa. Nie trzeba było nadzwyczajnych środków finansowych, żeby zadbać o miejsce katastrofy, o zabezpieczenie dowodów i prawidłowe przeprowadzenie wszystkich procedur związanych z badaniem i śledztwem.

Zastanowiło mnie także, dlaczego bardzo szybko wypłynęły na światło dzienne pewne sprawy związane z trudnościami, jakie miała strona polska na miejscu w Smoleńsku i mimo wypłynięcia tych faktów, polska strona rządowa na te na te problemy nie reagowała.

Podstawowa sprawa – dlaczego w Smoleńsku nie było tłumaczy? Dlaczego tłumacze przysięgli nie przylecieli samolotem razem z pierwszymi ekspertami do Smoleńska? A przypomnę, że pierwsi eksperci przylecieli jakiem już 10 kwietnia, a później kolejny transport towarzyszył premierowi Tuskowi.

Kolejne rzeczy, które musiały zastanowić każdego dziennikarza, to w jaki sposób obwieszczano światu to, co się zdarzyło w Smoleńsku. Natychmiast była przygotowana jedna wersja przebiegu zdarzeń. To była wersja, która obciążała stronę polską, czyli te wielokrotne próby lądowania na siłę, ta rzekoma nieznajomość języków, ten rzekomy błąd pilota, który powinien sam podjąć decyzję i odlecieć znad lotniska, na którym nie mógł lądować, bo były złe warunki pogodowe. Ta wersja, która była bardzo szybko przekazywana przez najwyższych przedstawicieli władz rosyjskich. To nie były domniemania czy spekulacje dziennikarskie. My, dziennikarze, w pierwszych chwilach po katastrofie przekazywaliśmy to, co mówili najwyżsi przedstawiciele obu stron. Polskiej strony było w tym przypadku znacznie mniej niż strony rosyjskiej, tym niemniej Polacy również się wypowiadali.

Ekipa Donalda Tuska doskonale widziała, co się rozgrywa na zapleczu tragedii. Strona polska miała komplet informacji, takich jak to, że Polacy nie są dopuszczani do różnych czynności, że prokuratorzy i eksperci, którzy przyjechali 10 kwietnia do Smoleńska, tak naprawdę nie uczestniczyli w żadnych czynnościach. Siedzieli tylko i czekali na załatwienie jakiś pseudoprocedur, pętali się przy rozstawionych namiotach na płycie bocznej lotniska. Przeżywaliśmy żałobę, wszyscy byli w szoku, w traumie, tymczasem wiadomości bardzo konkretne i precyzyjne, dotyczące tego, co Rosjanie robią, do strony polskiej docierały i nikt nie reagował.

Przypominam Państwu, bo może mało kto pamięta, że Donald Tusk poza kondolencjami, które złożył w pierwszych godzinach po katastrofie, nie wypowiadał się publicznie przez 18 dni. To jest nie do pomyślenia, zwłaszcza kiedy przypominamy sobie, co się działo po zestrzeleniu samolotu MH-17, kiedy premier występował trzy razy dziennie, komunikując się ze społeczeństwem, a nie wiem ile razy komunikował się z rodzinami ofiar. Nasz premier spotkał się z rodzinami ofiar katastrofy dopiero jesienią 2010 r.

Te pytania się mnożyły i trzeba było szukać na nie odpowiedzi. Chociaż to było bardzo trudne, bo część mediów natychmiast przyjęła postawę taką, że wobec szykującego się rzekomego zbliżenia z Rosją, ważniejsze było niedrażnienie umownego niedźwiedzia niż dociekanie prawdy.

Krzysztof Skowroński: Do kiedy pracowałaś w TVP?

Anita Gargas: Udaliśmy się do Smoleńska i zebraliśmy materiały, które musiały wstrząsnąć opinią publiczną. To było jesienią 2010 r. We wrześniu ukazała się „Misja specjalna” poświęcona temu, a następnie program został zdjęty z anteny. Z funkcją wicedyrektora Programu I pożegnałam się po tym, jak zdecydowaliśmy się z obecnym tutaj na sali Pawłem Nowackim, którego zasługi są wciąż jeszcze nieopisane i nieznane szerszej opinii publicznej, podporządkować Program I tej bezprecedensowej tragedii i codziennie parę godzin programu na żywo było poświęcone wyłącznie tej sprawie.

Mam wrażenie, że dzięki tym programom ostateczna prawda o Smoleńsku ma szansę ujrzeć światło dzienne. Bo gdyby nie to, dawno wszystko byłoby pozamiatane. Po tych programach ja i Paweł Nowacki straciliśmy stanowiska.

Mnie wcześniej próbowano usuwać ze stanowiska, a „Misja specjalna” spadła z anteny w momencie opublikowania nagrań ilustrujących sposób traktowania wraku tupolewa, systematycznego niszczenia go przez funkcjonariuszy rosyjskich.

Krzysztof Skowroński: A pamiętasz rozmowę, która towarzyszyła zdjęciu „Misji specjalnej” z anteny, kto co powiedział i jakich argumentów użył?

Anita Gargas: Dowiedziałam się o tym na korytarzu telewizyjnym, nikt mi tego nie przekazał otwartym tekstem. Dotarły do mnie pogłoski, że rzekomym powodem zdjęcia „Misji specjalnej” z anteny miała być słaba oglądalność, co nie jest prawdą. Można obejrzeć wyniki oglądalności „Misji specjalnej”, zwłaszcza tych wydań z września 2010 r. Pani Iwona Schymalla podjęła tę decyzję pod naciskiem ówczesnego zarządu Telewizji Polskiej, ale trzeba pamiętać, że wówczas właścicielem TVP, czyli tym, który decydował o wszystkim, co się dzieje, był minister związany z Platformą Obywatelską.

Krzysztof Skowroński: Marek Pyza obserwował zdarzenia w kwietniu 2010 r. z perspektywy reportera „Wiadomości”, czyli najważniejszego programu informacyjnego w telewizji.

Marek Pyza: Byłem w Smoleńsku, w Katyniu 10 kwietnia 2010 r. Na Cmentarzu Katyńskim dowiedziałem się o katastrofie i najszybciej jak się tylko dało, razem z ekipą, z którą relacjonowałem wizytę premiera i z którą miałem relacjonować wizytę prezydenta, popędziliśmy do Smoleńska. Byliśmy tam 30–40 minut po katastrofie. To, co wtedy mogło zrobić wrażenie, to sprawność rosyjskich służb, bo na miejscu była nie tylko straż pożarna i teren był już dobrze zabezpieczony i odgrodzony taśmami i szczelnymi kordonami milicjantów, ale były specjalne jednostki rosyjskich służb, takie jak OMON, znany z akcji m.in. w Teatrze na Dubrowce i ze szturmu na szkołę w Biesłanie, które mieliśmy jeszcze żywo w pamięci. Zresztą próbowaliśmy się nawet chwilę przepychać z OMON-owcami, próbując się dostać do miejsca katastrofy i zobaczyliśmy już wtedy, bardzo krótko po katastrofie, jak bardzo oni strzegą tego miejsca, żeby nikt nic nie zarejestrował.

Tam nieopodal stoi salon KIA, weszliśmy do tego salonu. Spotkaliśmy się z ogromnym zrozumieniem i życzliwością Rosjan, którzy tam pracowali, szeregowych pracowników, ale i menedżera. Pozwolono nam wejść na taką antresolę, żeby spróbować cokolwiek sfilmować z okna przez krzaki, przez drzewa. Nie miało to większego sensu, bo niewiele było widać, ale natychmiast, dosłownie minutę po tym, jak się tam znaleźliśmy, pojawił się postawny, uzbrojony chyba w broń maszynową funkcjonariusz OMON-u i przepędził nas stamtąd natychmiast. Co ciekawe, jak tylko wyszliśmy, to przyszedł menedżer i powiedział, „chodźcie, wpuszczę was od tyłu” i weszliśmy na zaplecze. Udostępnił nam wejście na dach, żeby spróbować sfilmować coś z wyższej perspektywy, ale to trwało 2–3 minuty i OMON znowu się pojawił.

Dlaczego zająłem się katastrofą, to chyba oczywiste: bo znalazłem się od pierwszych chwil na miejscu tragedii i relacjonowałem najważniejsze wydarzenie, jakie mi się kiedykolwiek przytrafiło. Wierzę, że drugie takie nigdy się nie przytrafi. Przez kolejne pół roku pracy w „Wiadomościach” TVP zajmowałem się głównie tym tematem. Na 20 materiałów, jakie reporter mniej więcej robi w miesiącu, myślę, że 16–18 dotyczyło Katastrofy Smoleńskiej.

Krzysztof Skowroński: Kiedy w redakcji „Wiadomości” zaczęły się pojawiać pytania, co robi rząd polski i jak traktuje Katastrofę Smoleńską?

Marek Pyza: Publicznie zaczęliśmy zadawać te pytania po kilku dniach, bo pierwszy tydzień to był tydzień żałoby narodowej i ważną misją telewizji publicznej było przeprowadzenie Polaków przez tę żałobę narodową. Dopiero potem z perspektywy kolejnych lat zastanawialiśmy się, co by było, gdyby pracowali tam wówczas ludzie, którzy potem z taką ochotą szydzili i drwili z rodzin ofiar katastrofy. Dobrze się stało, że tam byliśmy.

Przez ten pierwszy tydzień wydanie „Wiadomości” trwało około godziny. Przypominaliśmy ofiary katastrofy, mniej mówiliśmy o śledztwie. Te informacje się pojawiały, chociażby w pierwszych godzinach, kiedy wszyscy mówili o katastrofie, o wypadku, a nikt nie mówił, że to może być zamach. A przecież to była naturalna myśl. Ci wszyscy dziennikarze, którzy byli tam na miejscu, tego samego wieczora, nie rozmawiali o niczym innym i wśród tych rozważań pojawiała się teza, że ktoś celowo doprowadził do tej katastrofy.

Polskie media jeszcze długo później unikały tego wątku, media rumuńskie, czy media izraelskie – nie. Widzieliśmy to wszystko, o czym mówiły media rosyjskie, bardzo szybko zaczęliśmy zdobywać informacje z polskiego śledztwa, które zostało wszczęte po dwóch dniach. Dowiadywaliśmy się przede wszystkim, jak fałszywe informacje są nam podawane. Słynna kwestia obecności funkcjonariuszy Biura Ochrony Rządu na płycie lotniska, którzy mieli czekać, jak oficjalnie twierdziło BOR, jak zarzekał się we wszystkich wywiadach ówczesny szef BOR, Marian Janicki. Okazało się to nieprawdą. Pamiętam, że gdy powiedzieliśmy o tym w „Wiadomościach” jako pierwsi, to BOR ręką Mariana Janickiego rozpętał nagonkę na nas, pisząc oficjalne pismo do Zarządu TVP i do KRRiT, domagając się ukarania nas za przekazywanie nierzetelnych informacji, a nawet sugerując, że powinniśmy zostać zwolnieni.

Coraz więcej było informacji, które nie pokrywały się z oficjalną wersją prokuratury i rządu. Przekazywaliśmy je widzom do końca października 2010 r.

Pamiętam, że ostatni materiał dotyczył listu, jaki rodziny ofiar napisały do premiera z prośbą o spotkanie, bo chciały się dowiedzieć, co się w tej sprawie dzieje. Napisali bardzo uprzejmy list, podpisało go kilkadziesiąt osób. Delegacja zaniosła ten list do Kancelarii Premiera od Al. Szucha. Premier odpowiedział w takim stylu, że on rozumie, że są drażliwe kwestie, ale to nie jest czas na rozmowy o odszkodowaniach. Tymczasem nikt z tych ludzi nie chciał z nim rozmawiać o żadnych pieniądzach.

Pozwolono mi dokończyć ten materiał, w przeciwieństwie do kolegów, którzy tego dnia też zakończyli pracę w TVP i zostali zawróceni ze zdjęć.

Nowa szefowa redakcji „Wiadomości” Małgorzata Wyszyńska powiedziała, że nie widzi możliwości współpracy ze mną, bo moje materiały są nierzetelne, ale nie wskazała nigdy przykładów.

Krzysztof Skowroński: W którym momencie pojawiły się naciski, kiedy reporterzy i redaktorzy poczuli, że działają wbrew rządzącym? Że pytania, które zadajecie, są z ich punktu widzenia niesłuszne i niepoprawne politycznie?

Marek Pyza: Mieliśmy tego świadomość od samego początku, od kwietnia, kiedy to, co wiedzieliśmy, nie zgadzało się z tym, co oni nam mówili. Natomiast nacisków nie było, bo każdy, kto próbowałby naciskać, wiedział, że one będą nieskuteczne. Do końca października robiliśmy to, co do nas należało.

Krzysztof Skowroński: To teraz głos zabierze red. Ewa Stankiewicz, która obserwowała wydarzenia z perspektywy Krakowskiego Przedmieścia.

Ewa Stankiewicz: Zanim opowiem o swoich doświadczeniach, ponieważ na tej konferencji mówimy o poszukiwaniu prawdy przez dziennikarzy, chciałabym przywołać tych wszystkich, którzy za próbę poszukiwania prawdy i przeciwstawienie się kłamstwu smoleńskiemu, które od początku było narzucone jako obowiązująca narracja, zapłacili ogromną cenę. Mieliśmy zjawisko tworzenia oddolnie mediów społecznościowych przez ludzi, którzy bardzo dużym wysiłkiem, w niezwykle szlachetny sposób przejęli funkcje mediów oficjalnych, które zaczęły cenzurować i pozbywać się osób próbujących informować i przekazywać, co się dzieje.

Przytoczę kilka nazw: wspaniały Blogpress; powstał z inicjatywy Małgosi i Bernarda, którzy jak wielu ludzi, do dzisiaj posługują się pseudonimami. Do dzisiaj tę cenę się płaci, wielu z tych ludzi poniosło bardzo poważne konsekwencje – potraciło pracę – w imię stanięcia po stronie wartości.

Pomnik Smoleńsk – Zuzanna Kurtyka. Gigantyczne źródło wiedzy o Smoleńsku. Niepoprawne Radio, SmoleńskRadioCrash.eu – Maria Szonert-Binienda. Bo my wiemy już, że nie było żadnych innych możliwości uzasadnienia rozpadu samolotu i przebiegu tej katastrofy, jak eksplozja.

Przytoczę też bliski mi portal Solidarni2010. To też jest bardzo ciężka praca Hani Dobrowolskiej i wielu ludzi. Mateusz Kochanowski, który starał się informować w internecie o śledztwie. (…) To nie były tylko wpisy w internecie, ale również regularne transmisje, zamiast Telewizji Polskiej pojedynczy człowiek – Grzegorz Kutermankiewicz robił transmisję z marszu czy konferencji. Nie tylko on zresztą. Ludzie społecznie przejęli funkcję mediów. (…) Te informacje od początku były cenzurowane, była cała fala dezinformacji. Wszystkim tym, którzy sprzeciwiali się temu, chciałam bardzo podziękować.

Z tego buntu wzięła się też Telewizja Republika i portal wPolityce. To był taki zaczyn dziennikarstwa bardzo potrzebnego w społeczeństwie, a wynikający z tego, że po Smoleńsku próbowano zdławić rzetelną informację.

Nie jestem dziennikarzem śledczym, jestem dokumentalistką, ale jeżeli chodzi o Smoleńsk, to od początku towarzyszy mi poczucie wstydu i poczucie buntu, że nie potrafiliśmy tak zorganizować państwa polskiego, żeby się nie wstydzić za ówczesnego premiera czy ówczesnego prezydenta. Wielka Brytania potrafi się upomnieć o obcego obywatela otrutego na ich terenie, a my mamy śmierć naszego prezydenta na terenie obcego państwa, które jest państwem niedemokratycznym, które wielokrotnie dokonuje zamachów terrorystycznych, zabija przywódców państw. Ludzie byli od początku tresowani, pałowani, przedstawiani jako oszołomy, kiedy tylko pytali, czy to nie był zamach. Taka prewencja, żeby przypadkiem dziennikarz, który nie chce stracić pracy, nie pytał nawet, czy to nie był zamach.

W tym czasie mieszkałam we Wrocławiu, ale byłam w Warszawie, bo montowałam dokument. Poszłam na Krakowskie Przedmieście i zobaczyłam, że dzieją się tam rzeczy niezwykłe i z odruchu dokumentowania poprosiłam producenta o ekipę, którą dostałam. Zaczęło się od rozmowy z Janem Pospieszalskim, który od razu dołączył, czy może ja dołączyłam do niego, bo jego ludzie bardziej kojarzyli niż mnie.

Po pierwszym szoku i bólu ludzie chcieli rozmawiać. W przeciwieństwie do mediów, tam pojawiały się przekonania – wówczas jeszcze nie mieliśmy dowodów – że to był zamach. To były rozmowy na ulicy, ludzie wyrażali wielki smutek, żal, ból. W mediach nie można było usłyszeć nawet pytań na ten temat. Dziwiono się, że prokuratura rosyjska kłamie, a przecież całe nasze doświadczenie mówi, że prokuratura rosyjska właśnie kłamie i raczej byłoby zdumiewające, gdyby mówiła prawdę. (…)

Jolanta Hajdasz: Teraz poprosimy o głos Grzegorza Wierzchołowskiego.

Grzegorz Wierzchołowski: W „Gazecie Polskiej” wyglądało to tak, że już kilka godzin po katastrofie Tomasz Sakiewicz zwołał specjalne zebranie redakcji poświęcone tragedii smoleńskiej. Postawiliśmy sprawę jasno, że jest to największa tragedia w powojennej historii Polski. Wraz z Leszkiem Misiakiem zostaliśmy wyznaczeni, żeby prowadzić śledztwo w tej sprawie. Zostaliśmy zwolnieni z innych obowiązków i mieliśmy się zajmować tylko tym tematem. Efektem pierwszych dni pracy – przeglądaliśmy rosyjskie fora internetowe, rozmawialiśmy z ekspertami – był artykuł Co zabiło polską delegację?. To bardzo oburzyło „Gazetę Wyborczą”. Stawialiśmy tam podstawowe pytania: jak mogło dojść do takiego rozczłonkowania samolotu, w jaki sposób doszło do remontu samolotu, kto oddał ten samolot do remontu akurat Rosjanom. Stawialiśmy naprawdę podstawowe pytania, bez żadnych tez zamachowych.

Po tym artykule zaczęło się do nas zgłaszać wielu ekspertów, ludzi ze służb, to trwało 2–3 tygodnie. Uderzyło mnie, że wszyscy ci ludzie byli śmiertelnie przerażeni, czy chodziło o profesora, który chciał zostać anonimowy, czy ludzi, którzy opowiadali nam, co się działo w kontrwywiadzie wojskowym: w dniu katastrofy, jak już było wiadomo, że zginął Prezydent, doszło do bardzo radosnej popijawy. Bardzo przerażeni byli też ludzie, którzy byli tam na miejscu. Pamiętam rozmowę ze Sławomirem Wiśniewskim, którego nagranie znamy wszyscy ze Smoleńska. Był rozdygotany, nawet za pieniądze nie chciał dać całego nagrania, którym dysponował. To mnie uderzyło.

Zgłaszali się do nas też ludzie bardzo spokojni i opowiadali różne swoje teorie dotyczące tego, co stało się w Smoleńsku. Andrzej W., potem okazało się, że major, przedstawiał teorię, że to nie Rosjanie, tylko jakieś nieokreślone służby doprowadziły do tej tragedii poprzez oślepienie polskich pilotów reflektorami. Sprawdziliśmy tego człowieka, okazało się, że jest jednym z bohaterów raportu z weryfikacji WSI.

Dzisiaj, z perspektywy kilku lat wiem, że ci świadkowie, eksperci, profesorowie, ludzie ze służb mieli prawo być tak wystraszeni, bo jest to jedyna sprawa, przy której pracuję, gdzie trzy osoby, z którymi rozmawiałem, zginęły potem w tragicznych okolicznościach. Myślę o techniku pogodowym jaka, Remigiuszu Musiu, czy Krzysztofie Zalewskim, ekspercie lotniczym, który nam przekazał bardzo wiele cennych informacji, a został zamordowany.

Andrzej W., gdy daliśmy mu do zrozumienia, że nie skorzystamy z jego informacji, zakończył spotkanie pogróżkami.

Traktowaliśmy tę sprawę jako wyjątkową, a im więcej informacji zdobywaliśmy, tym bardziej upewnialiśmy się, że ta sprawa jest wyjątkowa nie tylko dlatego, że zginął w niej Prezydent i najważniejsi ludzie w państwie, ale także, że jest w niej drugie dno. Nasze przypuszczenia okazały się słuszne.

Krzysztof Skowroński: Anita Gargas i Marek Pyza byli w Smoleńsku jakiś czas po katastrofie. W jaki sposób Smoleńsk przyjął dziennikarkę z Polski?

Anita Gargas: To zależało od momentu. Za pierwszym razem, kiedy jeszcze nie było raportu Anodiny, wiele było możliwe. Pamiętajmy, że byliśmy karmieni informacjami o rzekomym ociepleniu stosunków pomiędzy naszymi krajami, o wspaniałych relacjach na linii Donald Tusk – Władimir Putin. Tymczasem z tego, co gołym okiem było widać w Smoleńsku, można było wyciągnąć wnioski, że wersja, która była nam wtedy serwowana, m.in. ustami Edmunda Klicha i innych przedstawicieli strony polskiej, nie trzymała się kupy. Informacje, które nam podawali, nie są zgodne z tym, co można zobaczyć na własne oczy na miejscu.

Potwierdzali to nasi rozmówcy, Rosjanie, którzy z rozmaitych powodów zdecydowali się z nami rozmawiać. Większość była zastraszona, ale części udało się otworzyć usta. Po samych tych rozmowach można było dostrzec, jak wiele wyrw w oficjalnej narracji można znaleźć.

Zastanowiło mnie, dlaczego strona polska w ogóle nie zabezpiecza żadnych dowodów w Rosji. Jest to możliwe, bo są różne formy działania służb specjalnych. Przypomnę tylko, że Donald Tusk nie zorganizował sztabu kryzysowego i w odróżnieniu od 11 września 2001 r., kiedy nasze służby na całym świecie postawione były w stan gotowości i był ogłoszony alert, żeby uruchomić wszystkie możliwe źródła informacji na ten temat, po 10 kwietnia reakcja była zerowa.

To znaczy nasi funkcjonariusze, nauczeni wcześniejszymi doświadczeniami, stali w blokach startowych, ale nie dostali żadnych dyspozycji, nawet wezwania do swoich placówek, żeby się na miejscu zorganizować. To też świadczy o tym, że pewne działania i zaniechania były świadomie. Nie sądzę, żeby po 1 września Polska nie miała procedur na moment kryzysu. Miała, wystarczyło je uruchomić. Nie były uruchomione.

Nasi przedstawiciele w Rosji, w Smoleńsku nie wychodzili poza to, co podobało się Rosjanom. A 99% propozycji zgłaszanych nieśmiało przez stronę polską było odrzucanych, ignorowanych albo wręcz przykazano Polakom, żeby się tym nie zajmowali. Inna sytuacja była w Moskwie, gdzie została oddelegowana Ewa Kopacz z Tomaszem Arabskim jako nasi przedstawiciele do rozmów z Rosjanami. Proszę zobaczyć, jakie były proporcje, kto zasiadł po obu stronach stołu. Po jednej Władimir Putin, człowiek służb, który siedział w brudnych grach politycznych od zarania, wiedział, co to jest dezinformacja, dezintegracja. Do pomocy miał panią Anodinę, człowieka specsłużb, żonę Primakowa, czyli byłego wiceszefa KGB, a potem szefa wywiadu Federacji Rosyjskiej; w tle były inne tuzy.

Po drugiej stronie nieopierzona minister zdrowia, lekarka, zagubiona, histeryczna, z innymi przypadłościami, o których nie będę mówić. I pan Arabski po jakiś dziwnych rozmowach w Moskwie z ludźmi służb specjalnych i z najbliższymi współpracownikami Putina, z których został wyproszony tłumacz. Po rozmowach, których przebieg do dzisiaj nie jest wyjaśniony. To był skład naszej delegacji plus Edmund Klich – człowiek rozhisteryzowany, namaszczony przez Rosjan, wskazany przez Morozowa. Morozowa, który później próbował załatwić bezpośrednią ścieżkę porozumienia między Klichem a Tuskiem, z pominięciem polskiego ministra obrony narodowej. Czyli przedstawiciel obcego państwa ustalał, kto w Polsce będzie się z kim kontaktował w sprawie katastrofy. Był tam jeszcze pułkownik Parulski, nie ta szarża wśród generałów, który nie znał żadnego języka. Ci ludzie mieli przeciwstawić się mechanizmowi dezinformacji, połykania przeciwników politycznych za wszelką cenę, włącznie z unicestwieniem fizycznym.

W tym czasie Donald Tusk siedział w zaciszu gabinetu i nie wiadomo, co robił przez 18 dni, dopóki się nie pojawił na pierwszej konferencji prasowej, gdzie powiedział, że wszystko jest w porządku i współpraca układa się świetnie.

Dziennikarze w tamtym czasie przejęli de facto część funkcji państwa. Zwłaszcza te, które dotyczyły zadawania pytań, na które trzeba było znaleźć odpowiedź. Część dziennikarzy stanęła wówczas na wysokości zadania. Część zaś chciała, żeby o tym natychmiast zapomnieć, część mówiła, z jaką to mamy „histerią pofuneralną” do czynienia i co też wyprawia sekta smoleńska. Wtedy powstało zdanie, że można sto razy mówić o tym, że komuś się podwinęła kiecka podczas „Tańca z Gwiazdami”, ale o śmierci Prezydenta można powiedzieć tylko raz, bo potem to już jest za dużo.

Kiedy zginął Kennedy, przy sekcji zwłok chciało być tak dużo osób, że ci, którzy ją przeprowadzali, byli popychani. Tak wielu ludzi chciało być świadkami jednej z najważniejszych czynności, jakie się przeprowadza po śmierci głowy państwa. W Polsce, kiedy zginął Prezydent, to nasi przedstawiciele obecni w Moskwie nie raczyli się zainteresować, co się dzieje z ciałem Pana Prezydenta.

Sekcja – rzekomo jakieś czynności Rosjanie wykonywali nocą – odbyła się w obecności pana pułkownika Parulskiego, który nie wiedział, co się dzieje, bo nie rozumiał języka. Na początku tej procedury obecny był również w prosektorium pan konsul Greczyło, ale źle się poczuł. Rozumiem, że mógł się źle poczuć, bo my też dostaliśmy się do tego prosektorium, ale to go nie usprawiedliwia, że zostawił wszystko i oddalił się nie wiadomo gdzie. Takich przykładów, kiedy Donald Tusk i jego ekipa nie wykonała podstawowych czynności po katastrofie, było więcej. Wiele było przypadków, kiedy celowo złamano, zaniechano albo zablokowano różne czynności.

Nawet jeżeli ktoś sądził, że nie wiadomo, jakie były przyczyny katastrofy, to mieliśmy dowody na to, co się zdarzyło po 10 kwietnia i co wskazywało na to, że polski rząd świadomie pewne rzeczy robi, żeby zamataczyć, zmanipulować, zaniechać, zablokować. Na to są bezsporne dowody, a to już podlega bardzo konkretnym przepisom prawa. Nie chciano wówczas o tym mówić, ale jest coś takiego jak zdrada, jak polska racja stanu. To wtedy zniknęło.

Dlaczego nie można było zadawać pytań, kiedy w końcu ujawniliśmy zdjęcia, co robiono z jednym z najważniejszych dowodów w śledztwie, czyli z wrakiem? Gdzie widać, że funkcjonariusze bez powodu rozbijają, niszczą, gniotą wrak. To jest w sumie wiele godzin nagrań, my puszczaliśmy tylko najważniejsze fragmenty. Trzeba zobaczyć, jak to robiono, żeby zatrzeć ślady. I przyjeżdża Ławrow do Polski, odbywa się konferencja prasowa. Przypominam tę scenę – pan Radosław Sikorski, minister spraw zagranicznych w pozycji pokornego służalca, bo inaczej tej pozy nie można ocenić, sekunduje Ławrowowi, który mówi co chce do ustawionych dziennikarzy. Tylko Marek Pyza zadał konkretne pytanie, ale kolejni przedstawiciele Rosji, którzy przyjeżdżali do Polski, takich pytań nie dostawali. W 2011 r. i później podczas wizyt konkretne osoby wiedziały, o co pytać.

Jolanta Hajdasz: Anita Gargas postawiła tezę, z którą trudno się nie zgodzić, że dziennikarze zastąpili państwo. Chciałabym Państwa zapytać, jak oceniacie działania mediów przez te 8 lat?

Ewa Stankiewicz: Jan Pospieszalski był świadkiem, jak w kolejce dziennikarzy ktoś zapytał o odpowiedzialność, czy premier zamierza się podać do dymisji. W tym momencie kolejka dziennikarzy wybuchnęła śmiechem.

To jest obraz państwa polskiego: nagle spadły maski, spadła fasada i zobaczyliśmy fragment Rosji sowieckiej. W służbie wywiadu wojskowego było polecenie – o ile się orientuję – żeby się nie zajmować tą sprawą. Karykaturalne uzasadnienie było takie, że to jest wewnętrzna sprawa Polski. Nie tylko nie zostały podjęte działania, ale zostały zablokowane działania potencjalne.

Dzisiaj dochodzenie do prawdy jest równie ważne jak w 2010 roku. I chcę powiedzieć z całą odpowiedzialnością, że niemal nikomu, kto intencjonalnie przyczynił się do śmierci polskiego Prezydenta, nie tylko nie stała się żadna krzywda, nie tylko nie stracił stanowiska, ale jeszcze ci ludzie zostali nagrodzeni. To jest straszne, ale to jest Rosja sowiecka, gdzie struktura urzędnicza jest nakierowana przeciwko państwu. Wiele z osób, na które wskazują zeznania przesłuchiwanych w tej sprawie co do ich aktywnej roli w przygotowaniu „wystawienia” Prezydenta i 95 najważniejszych w polskim państwie osób na śmierć, nie zostało do dzisiaj nawet przesłuchanych przez prokuraturę. Mówię tutaj o części wręcz kluczowych osób. Więc to jest rola dziennikarzy do dzisiaj. Dużo się zmieniło, został zahamowany rozpad państwa polskiego, ale mechanizmy postsowieckie wciąż funkcjonują. Funkcja dziennikarzy dziś jest bardzo ważna. (…)

Marek Pyza: Pamiętacie Państwo taki cytat: „Jak nie wyląduję, to mnie zabiją”. Kłótnia gen. Błasika z kapitanem Protasiukiem to były sensacje w 2010 r. Dziennikarz, który ten materiał przygotował w TVN, ma się świetnie, a pani, która tego newsa przygotowała, później została rzeczniczką Centrum Zdrowia Dziecka, a obecnie w Radiu Zet prowadzi rozmowy z politykami i zajmuje się Katastrofą Smoleńską.

Jeżeli się Państwo zastanawiają, dlaczego tu nie siedzi Agnieszka Kublik z „Gazety Wyborczej” albo Wojciech Czuchnowski… ja bym się z nimi chętnie spotkał na takiej debacie. Nie sądzę jednak, żeby przyjęli zaproszenie, bo wówczas wrócilibyśmy do tego, co oni pisali w roku 2010. Bo to, co oni próbowali robić z nami, paradoksalnie bardzo nam pomogło w tym, dokąd poszliśmy później.

Po pierwsze, mocno nas zahartowało. Podobnej nagonki nie pamiętam. „Gazeta Wyborcza” codziennie pisała, jak „Wiadomości” kłamią. Nasze nazwiska pojawiały się dzień w dzień. A kiedy były już dowody na stole, to zastanawiałem się, jak się czuje Krystyna Naszkowska, Agata Nowakowska, Katarzyna Kolenda-Zalewska, Agnieszka Kublik; one przodowały w tekstach. Pamiętam, że Wojciech Mazowiecki dostał zadanie, żeby przez 30 dni oglądać „Wiadomości” i napisać tekst o anatomii propagandy. I rzeczywiście oglądał i napisał tekst na jedną czy dwie kolumny. Kończył się pointą, że skurczybyki tak manipulują, że ciężko podać przykłady tych manipulacji. Naprawdę był taki tekst w „Gazecie Wyborczej”.

Odpowiedzią na pytanie o rolę mediów jest film Antoniego Krauzego Smoleńsk, może niedoskonały, lepiej–gorzej napisany [scenariusz], lepiej–gorzej zagrany, ale potwornie ważny obraz, który nas zostawił z kluczowymi, medialnymi pytaniami, a często też odpowiedziami.

Na pytanie, jak nas przyjął Smoleńsk, powiedziałbym – obojętnie. Pojechaliśmy do Smoleńska dwa lata temu, w marcu 2016. Mając świadomość, że każdy kto nie jest przychylny Rosji, jest obserwowany. Nie mieliśmy jednak poczucia, że ktoś za nami jeździ. Nikt nam nie przeszkodził wleźć na dach wieżowca, który stoi na obskurnym osiedlu obok Sewiernego, żeby sfotografować to, co leży na płycie lotniska. Okazało się, że Rosjanie zrobili tam wrakowisko, bo obok pseudohangaru ze szczątkami TU 154 N stoi inny wrak.

Żołnierze z tej jednostki rozmawiali sobie z nami na bramie, jak gdyby nigdy nic. Nie wpuszczono nas, ale dowiedzieliśmy się, że wrakiem od dwóch lat nikt się nie interesuje. To w kwestii odpowiedzi prokuratury rosyjskiej, jak to ten wrak jest im potrzebny w śledztwie. Guzik prawda. Od pięciu lat nikt do niego nie przychodził poza zbieraczami złomu.

Nawiążę do postaci pana konsula Greczyły, który w 2010 r. pracował w Moskwie, a w 2016 r. już w Smoleńsku; nie wiem, dlaczego został tam skierowany. Zapytaliśmy go, czy wie, że teren katastrofy jest na sprzedaż. Odpowiedział, że zawiadomił centralę. Gdy wróciliśmy do Polski, okazało się, że nikogo o tym nie informował. Witold Waszczykowski mocno się zdziwił, kiedy mu to powiedzieliśmy. Miał to wyjaśnić. Może to był jeden z powodów jego odwołania.

Traktowano nas w Smoleńsku obojętnie. Mogliśmy się przespacerować po płycie lotniska, podejść do wieży, zrobić zdjęcia i pokazać nie tylko naszym czytelnikom, ale również polskim badaczom katastrof lotniczych, prokuratorom.

Ewa Stankiewicz: Chciałabym doprecyzować, z całym szacunkiem dla tego, co robią minister Ziobro i prokurator Święczkowski. Mówiąc o osobach, które nie zostały przesłuchane, nie mam na myśli ani ministrów, ani premiera, ani osób z ambasady, ale grupę ludzi, która w dalszym ciągu funkcjonuje w polskim wojsku. To są ludzie różnych stopni, którzy w mniej lub bardziej bezpośredni sposób, a wygląda, że bardziej, wystawili Prezydenta RP na śmierć i choćby ze względu na to ich funkcjonowanie i decyzyjność uważam za coś zdumiewającego, nie mówiąc już o tym, że do dzisiaj nie tylko nie zostali zdjęci ze stanowisk, ale nawet nie zostali przesłuchani. To mnie niezwykle niepokoi.

Grzegorz Wierzchołowski: Mnie uderzył tekst Marcina Wojciechowskiego, który trafił na placówkę do Kijowa za rządów PO. On 12 czy 13 kwietnia napisał w „Gazecie Wyborczej” artykuł zatytułowany Dziękujemy wam, bracia Moskale. Ten artykuł oddaje to, co robiła „Gazeta Wyborcza” i podobne jej media. To było jedno wielkie dziękczynienie stronie rosyjskiej, że w ogóle zdecydowała się współuczestniczyć w tej parodii badania katastrofy.

Jeżeli natomiast chodzi o dziennikarzy, którzy zastępowali państwo, to myśmy znajdowali dowody, które próbowaliśmy dostarczać służbom i państwu. Częściowo korzystał z nich Antoni Macierewicz i jego podkomisja smoleńska. Mam satysfakcję, że np. informację, że wszystkie urządzenia samolotu przestały działać kilkadziesiąt metrów nad ziemią, podała „Gazeta Polska”. Wielokrotnie dostawaliśmy podziękowania za to, że nasza praca była przydatna. (…)

Badanie katastrofy ciągle trwa, pojawiają się nowe fakty, docieramy do raportów służb, które są w archiwach. Nowej władzy też powinniśmy patrzeć na ręce. Wytykać to, co jest złe. Np. to, że osoby, które współtworzyły przemysł pogardy, zyskują stanowiska.

Pojawia się ekspert, który ma związek z radziecką propagandą. Takie rzeczy trzeba wytykać w trosce o to, żeby to śledztwo było prowadzone według najwyższych standardów, o jakie przez te osiem lat walczyliśmy. (…)

Krzysztof Skowroński: Dziękujemy Telewizji Republika, telewizji wPolsce.pl, Radiu WNET za transmisję konferencji.

Jolanta Hajdasz: Możemy Państwu obiecać, że to nie jest nasza ostatnia debata na ten temat. Rola dziennikarzy w wyjaśnianiu przyczyn Katastrofy Smoleńskiej jest wciąż otwartym rozdziałem.

Skróty pochodzą od Redakcji. Całość jest na cmwp.sdp.pl.

Zapis dyskusji panelowej zorganizowanej przez CMWP SDP pt. „W poszukiwaniu prawdy. Katastrofa Smoleńska w relacjach dziennikarzy”, z udziałem Krzysztofa Skowrońskiego, Jolanty Hajdasz, Anity Gargas, Marka Pyzy, Ewy Stankiewicz i Grzegorza Wierzchołowskiego znajduje się na s. 4–5 majowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 47/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Zapis dyskusji panelowej zorganizowanej przez CMWP SDP pt. „W poszukiwaniu prawdy. Katastrofa Smoleńska w relacjach dziennikarzy” na s. 4–5 majowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 47/2018, wnet.webbook.pl.

W wymiarze życia narodu chcemy dowiedzieć się – i to aż po ostatnią jotę – co się stało tam, pod Smoleńskiem

Autorytetu się nie otrzymuje, nie dziedziczy, nie kupuje. Przeszłość Kościoła i dzieje naszego państwa przekonywały nas wielokrotnie, że do autorytetu się dorasta w odwadze bycia i męstwie wiary.

ks. Dariusz Kubicki

Przemierzyliśmy drogę 96 miesięcznic smoleńskich. I to z różnym naszym udziałem – jedni częściej, drudzy mniej, a inni jeszcze sporadycznie… Uczestniczyliśmy w Eucharystii, a następnie w przestrzeni naszego miasta, dając świadectwo polskości, modląc się cierpliwie i wytrwale, domagaliśmy się prawdy o 10 Kwietnia.

Na czym polegał dramat naszego narodu – ten sprzed ponad siedemdziesięciu laty? Na fizycznym unicestwieniu elit wszystkich niemal warstw społecznych polskiego narodu z jednoczesnym wszczepieniem weń kałmuckich bolszewików – etnicznych bądź zideologizowanych. Dramat osadzał się na podstępnym wykreowaniu z marginesu społecznego „dostojników” ludowego państwa – „dostojników”, urobionych nie polską mentalnością – sposobem rozumienia „pospolitej rzeczy”, jaką jest osoba: podmiot we wspólnocie podmiotów.

Przypomnijmy sobie, że Prezydent RP udawał się w 70 rocznicę zbrodni nad zbrodniami na uczczenie męczeńskiej śmierci w Katyniu rozstrzelanej oficerskiej kadry polskiej armii. Udawał się na czele tak licznej delegacji narodu Rzeczypospolitej, aby tym mocnej wyrazić i do politycznej świadomości świata przemówić, że Katyń był po prostu ludobójstwem.

Pamiętamy przecież, że Katyń nie przebił się nigdy w nagiej jego prawdzie. W całej jego grozie nie przebijał się nawet do świadomości całego narodu Rzeczypospolitej: wszystkich jego pokoleniowych warstw. A w ogóle nie przebił się nigdy jako ludobójstwo, dokonane na sposób brutalny i w najdrobniejszym szczególe zaplanowane.

Jakby kpiąc z popełnionych zbrodni i mordów, zsyłek na Sybir licznych pokoleń od paru ostatnich stuleci, tworzono narrację pojednania z imperium, które dokonało właśnie tego ludobójstwa, które je nieustannie zadawało; które obficie „wyrabiało” ciemnych „bohaterów” – najemników ślepo spełniających zlecenia samodzierżawnego reżimu.

Najbardziej głęboki dramat katastrofy smoleńskiej tkwił jednak w próbie wznoszenia nowego kłamstwa – olbrzymiego moralnego kłamstwa, dotyczącego naszej tożsamości Polaków – tożsamości katolickiego narodu: wyrastania) z ideału Bóg-Honor-Ojczyzna i zwieńczania się w nim – i to w głębszym jeszcze, nadprzyrodzonym pokładzie łaski. Zapewne dlatego liturgia dnia dzisiejszego przypomina nam słowami św. Jana-Apostoła: któż zwycięża świat, jeśli nie ten, kto wierzy, że Jezus jest Synem Bożym (1J 5,4). Przez osiem długich lat – wypełnionych miesięcznicami – gromadziliśmy się na Eucharystii i przy pomniku katyńskim, aby publicznie przełamać kłamstwo, którym infekowano naród Rzeczypospolitej. Zamyślono, aby się moralnie nie odrodził. Aby znikczemniał. Czyniono wręcz to samo, co doprowadziło Koronę Polską do dramatu utraty suwerenności i rozdarcia pomiędzy trzech zaborców.

Przypominamy sobie tę bolesną lekcję dziejów przeszłości. Naród zniekształcony politycznie, zredukowany do jednej, najmniejszej klasy społecznej, bezpłodny kulturalnie, nie mógł przeciwstawić się ani też oprzeć potężnym wrogom. Przestał więc istnieć jako państwo.

Sprowadzono nas – w obecnie cywilizacyjnie likwidowanej Europie – do stanu sprzed zaborów: uprywatnienia państwa, zdobywania władzy dla dogodzenia osobistym ambicjom i potrzebom, nadawania instytucjom państwa charakteru walki z przeciwnikami panującego stronnictwa, obsadzania stanowisk nie osobami najzdolniejszymi, moralnie najbardziej wartościowymi, ale najposłuszniejszymi, ślepo służalczymi.

Doprowadzono do nagradzania występku i bezprawia, hołubienia nikczemności, a nade wszystko – zamiany katolicyzmu na internacjonalne bałwochwalstwo: bożków równości i postępu. Taka była spójnia – taka okazała się klamra spinająca naród Rzeczypospolitej – ten sprzed zaborów i ten sprzed katastrofy smoleńskiej. Została rozerwana w tej naszej cierpliwej odnowie moralnej – podobnie, jak przed stuleciem wzrastającą patriotyczną świadomością Polaków została stargana obręcz zdradliwie nałożona przez pazerne chciwością trzy Czarne Orły.

Ale czy te osiem ostatnich lat wystarczy, aby przywrócić narodowi twórczą żywotność? Czy one wystarczą na sprawienie odnowy moralnej i kulturowej, odnowy ideowej i politycznej narodu Rzeczypospolitej? Wystarczyły przecież jedynie na odnowę świadomości obecności Zmartwychwstałego pośród nas – w narodzie Rzeczypospolitej – i to jedynie w jego najbardziej gorącym, patriotycznym jądrze. I nie mamy wątpliwości wobec zasadniczego pytania: kto dla mnie, kto dla nas jako narodu Rzeczypospolitej – jest największym autorytetem? Nie mamy żadnych wątpliwości, że jest nim Jezus Chrystus, Zmartwychwstały Pan – Duch, będący tchnieniem Syna; Duch Święty przebywający w słowie Jezusa. I tak, jak Zmartwychwstały chciał się ukazać tylko swoim uczniom – bo ujrzeć Go może jedynie ten, kto nosi Go w sobie – tak słowo pokoleń w polskich ojczyźnianych dziejach mogą w jego autentycznej głębi uchwycić jedynie ci spośród zbiorowości polskiego bytu państwowego, co noszą polskość w sobie.

Bo przecież naród nasz obok heroizmu i niezłomnej walki ulegał również duchowemu pohańbieniu. Liczne jego części przyzwoliły, że kajdany wrosły w duszę, że niewolnicze okowy zakładano sobie w atmosferze wesołości.

Wiemy, że osadzeniem jakiegokolwiek autorytetu jest odpowiedzialność człowieka, sprawującego powierzony mu urząd w imię dobra wspólnego – i to Kościoła Chrystusa bądź państwa, a państwa polskiego w szczególności, gdyż nasze dzieje tym różnią się od innych, że są dziejami narodu, a nie królów lub książąt. Wiemy również, że autorytetu się nie otrzymuje, nie dziedziczy, nie kupuje. Dzieje przeszłości Kościoła i dzieje naszego państwa przekonywały nas wielokrotnie, że do autorytetu się dorasta w odwadze bycia i męstwie wiary.

Cała homilia ks. Dariusza Kubickiego pt. „Poznań pamięta o Smoleńsku” znajduje się na s. 1 i 7 majowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 47/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Homilia ks. Dariusza Kubickiego pt. „Poznań pamięta o Smoleńsku” na s. 7 majowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 47/2018, wnet.webbook.pl

Odchodzi pokolenie pamiętające II wojnę światową, żołnierzy AK, podziemia antykomunistycznego i niepodległościowego

Doczekali się wolnej Polski, ale nie uhonorowania, na jakie zasłużyli. III RP, w przeciwieństwie do II RP, nie zadbała o ich spokojny byt. Bardzo często nieznani byli nawet w najbliższym otoczeniu.

Jadwiga Chmielowska

W środę 11 kwietnia 2018 r. zmarł Włodzimierz Kapczyński. Urodził się 22 stycznia 1929 r. w Sosnowcu. Choć notka biograficzna Encyklopedii Solidarności o tym nie wspomina, wiem, że jako kilkunastoletni chłopak był żołnierzem AK. Wiele godzin spędzaliśmy w Zarządzie Regionu Solidarności, gdzie opowiadał o początkach konspiracji na Śląsku. Najpierw powstała organizacja Orzeł Biały, potem Związek Walki Zbrojnej (ZWZ) i AK. Warto wspomnieć, że w Sosnowcu bardzo silna była od początku Gwardia Ludowa Polskiej Partii Socjalistycznej. Potem, gdy komuniści ukradli nazwę i stworzyli swoją Gwardię Ludową, ta z PPS zmieniła nazwę na Gwardia Ludowa WRN. Konia z rzędem temu, kto się w tym połapał, więc polscy patrioci z PPS przyłączyli się do AK.

Po wojnie w 1956 r. Włodzimierz Kapczyński skończył elitarne Technikum Energetyczne w Sosnowcu.

W 1947 r. zorganizował grupę: Związek Walki z Komunizmem. Takich grup młodzieżowych w obecnym województwie śląskim było bardzo dużo. Rodzice siedzieli w powojennych komunistycznych łagrach bądź byli wywiezieni na roboty do Związku Sowieckiego.

Liczy się, że około 150 tys. górników znalazło się w Donbasie i innych kopalniach ZSRR.W 1948 r. Włodzimierz Kapczyński został aresztowany. Wojskowy Sąd Rejonowy w Katowicach skazał go na 7 lat. Rozpoczęła się jego tułaczka po więzieniach w Sosnowcu-Radosze, Wronkach, Potulicach, Raciborzu, a w końcu trafił do Obozu Pracy Więźniów w Jelczu. Na mocy amnestii wyszedł na wolność w 1953 r. (…)

Włodzimierz Kapczyński. Fot. z archiwum rodzinnego

We wrześniu 1980 r. zaangażował się w budowę struktur NSZZ Solidarność. Warto tutaj wspomnieć, że zakłady związane z Hutą Katowice jako pierwsze organizowały niezależne samorządne związki zawodowe, a niektóre z nich prowadziły nawet strajki, wspierając Hutę Katowice, która strajkowała już od 28 sierpnia. Włodzimierz Kapczyński był Przewodniczącym Komisji Zakładowej Solidarności w Przedsiębiorstwie Budownictwa Przemysłowego Budostal-4, działającej na terenie Huty Katowice w Dąbrowie Górniczej.

Komisja ta wchodziła w skład MKZ Katowice, jednego z najbardziej niepokornych, antykomunistycznych i niepodległościowych regionów w Polsce. Przewodniczącym Zarządu Regionu był Andrzej Rozpłochowski, a wiceprzewodniczącym Jacek Jagiełka, były współpracownik Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela (ROPCiO). W. Kapczyński był delegatem na I i II Walne Zebranie Delegatów Solidarności Województwa Katowickiego, członkiem Zarządu Regionu Śląsko-Dąbrowskiego NSZZ Solidarność, delegatem na I Krajowy Zjazd Delegatów związku.

Jako członek Zarządu Regionu sprawował nadzór nad poligrafią. Pracował bowiem w pionie informacji, którym kierował wiceprzewodniczący Andrzej Gorczyca. W 1981 r. zaangażował się w działalność Związku Solidarności Polskich Kombatantów. Współtworzył też Związek Więźniów Politycznych PRL. To właśnie w czasach Pierwszej Solidarności zaprzyjaźniliśmy się. Byliśmy oboje członkami Zarządu Regionu i pracowaliśmy w tym samym pionie informacji – on zajmował się drukiem, a ja kolportażem i łącznością.

W stanie wojennym został internowany. Po wyjściu na wolność zaangażował się w działalność podziemnych struktur śląsko-dąbrowskiej Solidarności. Był m.in. członkiem Regionalnej Komisji Wykonawczej Regionu Śląsko-Dąbrowskiego NSZZ Solidarność (RKW) i organizował podziemną poligrafię. W warunkach konspiracji nasze drogi się nieco rozeszły. Ja kierowałam powstałą wcześniej strukturą Regionalnej Komisji Koordynacyjnej Regionu. Śląsko-Dąbrowskiego. Byłam jedynym członkiem Zarządu Regionu, który nie dał się internować i był poszukiwany listem gończym. Nie chcieliśmy też komunizmu z ludzką twarzą. Byliśmy, jak cała niepodległościówka, przeciwni obradom w Magdalence i przy okrągłym stole. Struktura RKK kierowana przez Jerzego Buzka nas ledwie tolerowała. (…)

Z dokumentów IPN wynika, że UB rozpracowywał go jeszcze jako ucznia technikum. Od 26 X 1953 do 16 II 1955 rozpracowywał go MUBP Sosnowiec. SB zajmowała się Kapczyńskim w latach 1984–1989 w V-1 MUSW w Dąbrowie Górniczej w ramach SOR krypt. Jędrek.

W 2007 r. Włodzimierz Kapczyński otrzymał z rąk Prezydenta RP prof. Lecha Kaczyńskigo Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski, a Prezydent Andrzej Duda w 2016 r. przyznał Mu Krzyż Wolności i Solidarności.

Jego pogrzeb odbył się 16 kwietnia 2018 r. w kaplicy cmentarnej parafii pod wezwaniem św. Tomasza w Będzinie. Spoczął na cmentarzu parafialnym na wzgórzu zamku w Będzinie.

Całe wspomnienie Jadwigi Chmielowskiej o Włodzimierzu Kapczyńskim znajduje się na s. 2 majowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 47/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Wspomnienie Jadwigi Chmielowskiej o Włodzimierzu Kapczyńskim na s. 2 majowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 47/2018, wnet.webbook.pl

 

Franciszek Sokół uratował Gdynię. Ale teraz jesteśmy gospodarką peryferyjną i montownią dla gospodarki niemieckiej…

Komisarz Gdyni Franciszek Sokół, gdy Stocznia Gdyńska upadła, natychmiast pojechał do Warszawy, szukać ratunku dla zakładu, a głównie dla miejsc pracy. Podtrzymał produkcję aż do wojny. Można było?

Tomasz Hutyra

„Kiedy Niemcy wypowiedzieli nam traktat handlowy, odmówili przyjmowania na ich rynki węgla górnośląskiego i usiłowali zadusić nas węglem i uzależnić gospodarczo, aby następnie, jak to tylekroć im się udawało, uzależnić od siebie i politycznie”.

Ze zdumieniem czyta się powyższe słowa, odnoszące się do politycznej sytuacji z 1925 roku, czyli prawie sto lat temu. Obecnie wydźwięk tych słów jest nam jakoś dziwnie bliski.

O tym, że jesteśmy gospodarką peryferyjną dla gospodarki niemieckiej, może świadczyć szereg dowodów i źródeł. Dowód podstawowy tkwi jak drzazga w traktatach przedakcesyjnych, w których to Polska zobowiązała się jednostronnie do redukcji przemysłu ciężkiego i lekkiego wraz z przemysłem okrętowym w zamian za przyjęcie do Unii Europejskiej. A potem zostaliśmy montownią…

Na Pomorskim Forum Gospodarczym w 2016 roku, zorganizowanym przez Instytut Badań nad Gospodarką Rynkową w Gdańsku, można było usłyszeć, że Polska gospodarka to tylko montownia. Taką diagnozę postawił ówczesny wicepremier, a obecnie premier Mateusz Morawiecki. Na tym samym forum słowa Morawieckiego potwierdził również przedstawiciel poprzedniej partii rządzącej, obecny Marszałek Województwa Pomorskiego Mieczysław Struk. Powiedział dosłownie tak: „Jesteśmy montownią; zaczynamy od zera.” A gdzie byliście, wy wszyscy eksperci, politycy, samorządowcy przez ostatnie dwadzieścia pięć lat? Teraz mówicie otwarcie, że zaczynamy od zera…? Co to ma znaczyć?

Kiedyś Gdynią zarządzał Komisarz Franciszek Sokół. To on właśnie wypowiedział cytowane na początku słowa. Niemcy nie mogli w dwudziestoleciu międzywojennym dać sobie rady z gospodarką polską, prowadząc wojnę ekonomiczną, to najechali nasz kraj. Wymordowali elitę. Samorządowca Franciszka Sokoła przeciągnęli przez piekło obozów koncentracyjnych. On cudem przeżył, ale większości się nie udało. Zostali wymordowani w Piaśnicy i w wielu innych miejscach kaźni. (…)

Komisarz Gdyni Franciszek Sokół, gdy Stocznia Gdyńska upadła, natychmiast pojechał do Warszawy, szukać ratunku dla zakładu, a głównie dla miejsc pracy. Dopiął swego. Miasto Gdynia wykupiło akcje upadłej Spółki. Sokół uratował stocznię. Podtrzymał produkcję aż do wojny. Można było? A co robili obecni samorządowcy? Jeden z nich, z naszego województwa, ten najważniejszy, bo marszałek sejmiku przecież, już się przyznał: zaczynamy od zera! (…)

Obecnie personel pracowniczy nazywamy ludzkimi zasobami. Taki materiał do obróbki skrawaniem. Jak widać brak szacunku do robotniczego znoju jest u nas jakimś rakiem, który toczy nasz kraj od dawna. Był ten brak szacunku, jak widać, przed wojną, był za komuny i jest teraz. Młodzi nie wyjechaliby za chlebem, gdyby mieli tutaj perspektywy. No, ale jak mamy znów zaczynać od zera, to nie ma czemu się dziwić, że według klasyka, kraj nasz to członek, cztery litery i kamieni kupa. (…)

W czerwcu 2016 roku mięło osiemdziesiąt lat od próby niemieckiej próby likwidacji Stoczni Gdyńskiej w drodze licytacji. Hitlerowcy nie dali rady opanować stoczni poprzez wojnę ekonomiczną. Dopiero gdy wjechali czołgami, zapanowali nad polskim przemysłem.

Franciszek Sokół pisał: „Wyrobiłem sobie pogląd, że tu grają nieczyste siły, że tu zorganizowany kapitał przechodzi do porządku dziennego nad wszelkimi innymi względami czy argumentami”. I dalej: „Rada Miejska w Gdyni na specjalnym posiedzeniu jednogłośnie zdecydowała kupić Stocznię Gdyńską przed licytacją, a ja otrzymałem nieograniczone upoważnienie do przeprowadzenia wszelkich kroków niezbędnych do wykonania tej uchwały”.

W tej sprawie doszło do ciekawych negocjacji z profesorem Noem w sprawie wykupienia udziałów Stoczni Gdynia od Stoczni Gdańsk. Konferencje oraz negocjacje odbywały się w sali Rady Miejskiej. Franciszek Sokół pisał: „Rozmawiamy z Gdańskiem przez tłumacza Tannenbauma, adwokata ze Lwowa”. Komisarz bardzo trafnie zauważył, mówiąc do Noego – „Niechaj pan w szacunku swoim weźmie pod uwagę tylko maszyny i urządzenia, bo ani pracownik stoczni, ani teren stoczni do pana, a więc do Stoczni Gdańskiej od dzisiaj nie należą”.

Po długich, burzliwych pertraktacjach profesor Noe zszedł ze swojej oferty zbycia udziałów z kwoty milion dwieście tysięcy ówczesnych złotych polskich do kwoty stu pięćdziesięciu tysięcy złotych płatnych w trzech miesięcznych ratach.

„Właściwie stocznia to nie są mury ani hale, ani maszyny i w ogóle wszelkie urządzenia, ale stocznia, tak jak każdy warsztat pracy, to przede wszystkim ludzie i jeszcze raz ludzie”.

Cały artykuł Tomasza Hutyry pt. „Franciszek Sokół uratował Gdynię. Ale teraz jesteśmy montownią” znajduje się na s. 4 majowego „Kuriera WNET” nr 47/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Tomasza Hutyry pt. „Franciszek Sokół uratował Gdynię. Ale teraz jesteśmy montownią” na s. 4 majowego „Kuriera WNET” nr 47/2018, wnet.webbook.pl

Czy sprawiedliwość – i dla kogo? Komentarz do Ustawy 447 zatwierdzonej w USA / Edmund Lewandowski, „Kurier WNET” 47/2018

Bulwersuje nas nazwa ustawy – „Just” – sprawiedliwość dla tych, co przeżyli Holocaust. Słowo ‘just’ oznacza sprawiedliwość. Dla nas ta ustawa jest typowym przykład ‘unjust’, czyli niesprawiedliwości.

Edmund Lewandowski

Komentarz do Ustawy 447

Według polskiego rządu ustawa nie ma znaczenia, bo dotyczy tylko raportowania. Według części Polonii amerykańskiej może być zupełnie przeciwnie. Moim zdaniem ustawa daje punkt zaczepienia dla organizacji żydowskich w Stanach Zjednoczonych do wszczęcia postępowania roszczeniowego dotyczącego mienia bezspadkowego. Nie znam wartości, nie znam liczb, ale wiemy, że może chodzić o majątek wartości dziesiątków miliardów dolarów. Oczywiście nie ma bezpośredniej relacji między ustawą a działaniem rządu polskiego, ale środowiska żydowskie mają wiele możliwości, by naciskać na polski rząd.

Bulwersuje nas też nazwa ustawy – „Just” – sprawiedliwość dla tych, co przeżyli Holocaust. Słowo ‘just’ oznacza sprawiedliwość. Dla nas ta ustawa jest typowym przykład ‘unjust’, czyli niesprawiedliwości.

Co więcej, widzimy, jak ocena tego, co zdarzyło się na terenie Polski podczas drugiej wojny światowej, przybiera coraz bardziej niepokojące kształty. Ustawa 447 jest najbardziej wyrazistym przejawem tych tendencji, które przypisują Polakom współodpowiedzialność za Holocaust.

Koalicja amerykańskiej Polonii dokonała wielkiego wysiłku, żeby zablokować procedowanie ustawy. Nie udało się. Według nas, rząd polski nie przywiązał należytej uwagi do procedowanej ustawy. Zaklinanie, że to nie ma znaczenia, jest mydleniem oczu.

Chcę też zwrócić uwagę na sposób procedowania ustawy. W Izbie Reprezentantów najpierw była procedowana ustawa 1226. Nasza organizacja i inne organizacje polonijne dotarły do większości kongresmenów i moim zdaniem zdecydowało to o nagłej zmianie trybu procedowania. Z dnia na dzień porzucono tekst ustawy 1226 i przyjęto już uchwaloną wersję senacką, co pozwoliło na kosmiczne przyspieszenie uchwalenia tej ustawy. Zamiast w kilka miesięcy, zrobiono to w trzy dni, bez dyskusji i normalnego głosowania.

Teraz Polonia planuje nacisk na prezydenta Donalda Trumpa, aby nie podpisał tej ustawy, a jeśli podpisze, to są już plany zaskarżenia ustawy do Sądu Najwyższego. To jest poważny i kosztowny projekt.

Informacje na ten temat będą dostępne na stronie coalitionofpolishamericans.org.

Autor jest członkiem Rady Koalicji Polonii Amerykańskiej (Coalition of Polish Americans, Inc.).

USTAWA S. 447

O obowiązku raportowania nt. działań niektórych państw obcych w odniesieniu do majątku ery Holokaustu i powiązanych z tym kwestii

SEKCJA 1. TYTUŁ SKRÓCONY

Ustawa niniejsza może być przywoływana również jako Sprawiedliwość dla ocalałych, którzy po dziś dzień nie uzyskali rekompensat, ustawa z 2017 r. – oryg. Justice for Uncompensated Survivors Today (JUST) Act of 2017.

SEKCJA 2. RAPORTOWANIE O MAJĄTKU ERY HOLOKAUSTU I POWIĄZANYCH Z TYM KWESTIACH

(a) DEFINICJE – W tej sekcji:

(1) WŁAŚCIWE KOMISJE KONGRESU – Określenie „właściwe komisje Kongresu” oznacza:

(A) Komisję Spraw Zagranicznych Senatu;

(B) Komisję ds. Wydatków Rządowych Senatu;

(C) Komisję Spraw Zagranicznych Izby Reprezentantów; i

(D) Komisję ds. Wydatków Rządowych Izby Reprezentantów.

(2) PAŃSTWA OBJĘTE – Określenie „państwa objęte” oznacza kraje uczestniczące w 2009 r. Konferencji „Mienie Ery Holokaustu”, które są wskazane przez Sekretarza Stanu lub państwa określone przez Sekretarza w porozumieniu z eksperckimi organizacjami pozarządowymi jako państwa szczególnej troski w odniesieniu do kwestii wskazanych w podsekcji (b).

(3) BEZPRAWNE PRZEJĘCIE LUB PRZEKAZANIE – Termin „bezprawnie przejęcie lub przekazanie” obejmuje konfiskatę, wywłaszczenie, nacjonalizację, sprzedaż wymuszoną lub przeniesienie oraz sprzedaż lub przekazanie pod przymusem mienia w okresie ery Holocaustu lub w okresie rządów komunistycznych w państwie objętym.

(b) RAPORTOWANIE – Nie później niż w ciągu 18 miesięcy od daty wejścia w życie niniejszej ustawy, Sekretarz Stanu przedstawi właściwym komisjom Kongresu raport, który oceni i opisze charakter i zakres przepisów państwowych oraz egzekwowanie przez państwa zasad identyfikacji i zwrotu lub restytucji za bezprawnie przejęte lub przekazane mienie ery Holocaustu, zgodne z założeniami i celem Konferencji Mienie Ery Holokaustu 2009, w tym:

(1) zwrotu prawowitemu właścicielowi każdej nieruchomości, w tym mienia o charakterze religijnym lub komunalnym, która została bezprawnie zajęta lub przekazana;

(2) jeżeli zwrot mienia określonego w ust. 1 nie jest już możliwy, zapewnienia prawowitemu właścicielowi porównywalnej własności zastępczej lub wypłacenia mu godziwej rekompensaty zgodnie z zasadami sprawiedliwości i szybkiego postępowania administracyjnego opartego na zasadach słuszności, przejrzystości i sprawiedliwości;

(3) w przypadku mienia bez spadkobierców, zapewnienia majątku lub rekompensat na rzecz potrzebujących pomocy ofiar Holokaustu, na cele związane ze wspieraniem edukacji o Holokauście oraz na inne cele;

(4) stopień, w jakim takie przepisy i polityki są wdrażane i egzekwowane w praktyce, w tym poprzez wszelkie mające do nich zastosowanie postępowania administracyjne lub sądowe; i

(5) w miarę możliwości przegląd mechanizmów i przebiegu realizacji roszczeń obywateli Stanów Zjednoczonych ocalonych z Holokaustu, jak i członków rodzin obywateli Stanów Zjednoczonych, ofiar Holokaustu.

(c) OCZEKIWANIA KONGRESU – Kongres oczekuje, że po przedstawieniu raportu opisanego w podsekcji (b), Sekretarz Stanu winien nadal przekazywać Kongresowi sprawozdania o majątku z ery Holokaustu i związanych z tym kwestiach w sposób, który jest zgodny ze sposobem, w jaki Departament Stanu informował o takich sprawach przed datą wejścia w życie niniejszej ustawy.

Przekład: Krzysztof Nowak

Źródło: www.polishclub.org

Cały tekst Ustawy 447 oraz komentarz Edmunda Lewandowskiego znajduje się na s. 1 majowego „Kuriera WNET” nr 47/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Cały tekst Ustawy 447 oraz komentarz Edmunda Lewandowskiego na s. 1 majowego „Kuriera WNET” nr 47/2018, wnet.webbook.pl

 

Co to znaczy Matka Polka? Czy nowoczesność i postęp może ofiarować dzisiejszej Matce Polce coś nowego?

W Akcie konfederacji dam polskich oburzone na zniewieściałość i zaprzaństwo panie zapowiedziały odmowę „najyntymniejszych umizgów i zalotów”, jeśli panowie nie ruszą do boju za wiarę i wolność

Danuta Moroz-Namysłowska

W 1830 roku Adam Mickiewicz w wierszu Do Matki Polki zalecił następującą formację syna:

Wcześniej mu ręce okręcaj łańcuchem,
Do taczkowego każ zaprzęgać woza,
By przed katowskim nie zbladnął obuchem
Ani się spłonił na widok powroza.
Wyzwanie przyszłe mu szpieg nieznajomy
Walkę z nim stoczy sąd krzywoprzysiężny,
A placem boju będzie dół kryjomy,
A wyrok o nim wyda wróg potężny…

I wydano ten wyrok wiele razy, a bohaterowie z dołów Katynia i lodowatych czeluści Sybiru na nieludzkiej ziemi do dziś wołają o pamięć i zmartwychwstanie. Niedawno dołączyli do nich ci znad Smoleńska, a polska Matka polskiego Prezydenta, złożona ciężką chorobą, bez skargi stawiła czoła narodowej tragedii. I wraz z Nią pozostałe Matki, Siostry i Rodziny.

Wielkopolska zna dzielność i ofiarność kobiet z rodów Mycielskich, Chłapowskich, Węgorzewskich i wielu innych, które wychowywały swoich synów w etosie patriotyzmu. Jak pisze profesor Jacek Kowalski, w Akcie konfederacji dam polskich oburzone na zniewieściałość i zaprzaństwo panie zapowiedziały odmowę „najyntymniejszych umizgów i zalotów”, jeśli panowie nie ruszą do boju za wiarę i wolność (J. Kowalski, Czy Matka Polka istniała?, „Polonia Christiana”, marzec–kwiecień 2018, s. 75). (…)

Po roku 1863, gdy synowie i mężowie szli na Sybir czy na szafot, ich miejsce i obowiązki przejmowały niewiasty. Nasi wrogowie byli niepomiernie zaskoczeni, że „kobieta polska jest wiecznym, nieubłaganym spiskowcem”.

Warto zaznaczyć, że polskie kobiety europejski feminizm dostosowały na początku XX wieku do potrzeb narodowych: walczyły o wykształcenie, konspirowały, zakładały ośrodki pomocy i zgromadzenia zakonne – bezbożnictwo było tu zupełnym marginesem. Najpełniej ideał Matki Polki wszedł pod strzechy w przededniu 1918 roku. Akcje charytatywne, opieka pielęgniarska, ale i postawy obronne – według pieśni to kobiety i dzieci broniły Lwowa.

Marszałek Józef Piłsudski jednym dekretem w Niepodległej dał Polkom prawa wyborcze – wiele Europejek otrzymało je znacznie później.

A kim dla dzisiejszych feministek jest Matka Polka? Według niejakiej Kazimiery Szczuki to „monstrum o cechach wampirycznych i demonicznych”, składające swe dzieci jako ofiary na ołtarzu Ojczyzny… Zamiast je po prostu wyabortować?

Cały artykuł Danuty Moroz-Namysłowskiej pt. „Do Matek Polek” znajduje się na s. 8 majowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 47/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Danuty Moroz-Namysłowskiej pt. „Do Matek Polek” na s. 8 majowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 47/2018, wnet.webbook.pl

Elitotwórcza rola sowieckich służb w krajach byłego bloku wschodniego/ Jan Martini, „Wielkopolski Kurier WNET” 47/2018

Możemy mieć wiele pretensji do działań rządu, ale musimy sobie zdawać sprawę, że Porozumienie Centrum i późniejszy PiS to jedyne liczące się ugrupowania powstałe BEZ wsparcia komunistycznych służb.

Jan Martini

Gra wstępna

Tym pochodzącym z seksuologii terminem można by określić działania sowieckich służb specjalnych poprzedzające demontaż komunizmu w opanowanej przez ZSRR części Europy. Działania te, jak i sam proces transformacji, to obszar badawczy omijany wielkim łukiem przez naukowców akademickich.

Zresztą – według oficjalnej wykładni – nie ma czego badać, bo już wszyscy wszystko wiedzą – demokratyczna opozycja porozumiała się z patriotyczną częścią partii komunistycznej jak Polak z Polakiem i bezkrwawo przejęła władzę. Myśliciele w rodzaju Frasyniuka orzekli nawet, że tzw. porozumienie okrągłego stołu to najdonioślejsze wydarzenie w tysiącletniej historii Polski. Jest zrozumiałe, że liczni zasiedlający uniwersytety akademicy-humaniści nie będą ryzykować karier, zgłębiając śliską tematykę. Takiej obawy nie miał historyk niezależny – dr Jerzy Targalski, który wydał ogromną 3-tomową pracę pt. Służby specjalne i pieriestrojka (podtytuł: Rola służb specjalnych i ich agentur w pieriestrojce i demontażu komunizmu w Europie Środkowej). Nie jest to lektura nadająca się do czytania w pociągu, ale nawet pobieżne przewertowanie dzieła pozwala na pełniejsze postrzeganie naszego obecnego położenia. Autor przeanalizował sytuację rok po roku we wszystkich krajach „demokracji ludowej”, przytaczając setki faktów i śledząc biografie aktorów procesów dziejowych.

Wykonał pracę podobną do grzebania w szambie – „grzebał w życiorysach” zarówno funkcjonariuszy służb, aparatczyków partyjnych, polityków, jak i opozycjonistów. W opinii ludzi postępu „grzebanie w życiorysach” jest czymś wstrętnym i nagannym, jednak właśnie w życiorysach znajduje się klucz do zrozumienia procesu „obalania komuny”.

„Siłownicy” – animatorzy reform

Co najmniej od lat 70. ub. wieku dla wszystkich myślących w Związku Sowieckim stało się jasne, że gospodarka centralnie planowana jest mniej wydolna od kapitalistycznej i że bez głębokich reform ZSRR przegra rywalizację ze światem Zachodu. Świadomość ta była powszechna w służbach, gdyż wolni od zamulenia ideologicznego funkcjonariusze byli najlepiej zorientowani w sytuacji (mieli dostęp do prawdziwych informacji). Z perspektywy elit sowieckich głównym celem reform miała być zamiana władzy politycznej na mniej kosztowną, skuteczniejszą i przyjemniejszą władzę ekonomiczną. Reformy jednak nie mogły być dokonane, bo naczelny ideolog partii komunistycznej Michaił Susłow uważał, że „wszelkie reformy zawsze prowadzą do kontrrewolucji”. W kraju rządziła partia komunistyczna, a KGB była zaledwie „mieczem i tarczą” partii. Jednak nie czekając na śmierć starego ideologa (1982), „siłownicy” zaczęli przygotowywać plan przebudowy imperium. Powstał think tank mający za cel opracowanie założeń przyszłych reform. W skład zespołu weszli naukowcy ze służb cywilnych i wojskowych pod kierownictwem prof. płk KGB Władimira Rubanowa i prof. płk GRU Witalija Szłykowa. Tam prawdopodobnie wypracowano kształt przyszłej „pieriestrojki”.

Zakładano ograniczenie wpływu partii komunistycznej na gospodarkę i liberalizację (trójpodział władz, wielopartyjność, własność prywatna, wybory spośród więcej niż jednego kandydata, likwidacja cenzury, „głasnost” itp.). Jednak prawdziwe struktury władzy miały być ukryte za fasadą demokracji – a więc to nie premier Tusk wymyślił „państwo teoretyczne”, tylko eksperci moskiewscy. Dowodem na działania nieformalnego gremium sterującego mogą być nominacje ministerialne w rządach PO.

Jakaś „niewidzialna ręka” podsunęła Tuskowi „brytyjskiego ekonomistę profesora Rostowskiego” jako ministra finansów (który rozpoczął urzędowanie, nie mając polskiego obywatelstwa). Ministra przestano tytułować profesorem, kiedy nie udało się odnaleźć jego doktoratu (pozostał tylko prof. Bartoszewski).

Rostowski skutecznie potrafił nie dopilnować wypłaty 500 mln zwrotu podatku VAT czterem facetom mającym zarejestrowaną firmę w pustym pokoju na 33 piętrze wieżowca. Pieniądze natychmiast powędrowały na Kajmany, by przez Bermudy i Holandię trafić do Londynu. Ktoś zainstalował „Borysława” Budkę w rządzie Ewy Kopacz. Wprawdzie pani premier twierdziła, że nominacje ministerialne to „jej autorski projekt”, ale chyba tylko częściowo. Niewątpliwie jej propozycją mogła być katechetka Terenia (ta, która „da radę”) jako minister nadzorujący policję i służby specjalne. Trudno uwierzyć jednak w nominację osoby, której imienia się nie zna. Minister Budka tłumaczył, że był słabo rozpoznawalnym posłem „z tylnych ławek”, ale czy takiemu posłowi powierza się ważne stanowisko ministra sprawiedliwości?

Twórcy „pieriestrojki” zakładali, że w miejsce państw „demokracji ludowej” powstaną państwa formalnie niepodległe, pozostające jednak pod kontrolą centrali. Przewidywano, że głównym problemem i zagrożeniem dla reform będzie opór potężnego aparatu partyjnego, a w państwach zewnętrznych także aspiracje niepodległościowe zamieszkałych tam narodów. Można było liczyć natomiast na sprzymierzeńców z nomenklatury gospodarczej, którzy chcieli „gospodarować na swoim”. Właśnie dyrektorzy fabryk, kombinatów czy przedsiębiorstw stali się w przyszłości największymi beneficjentami przemian. Także w Polsce partyjny dyrektor często zostawał właścicielem fabryki, którą można było następnie „odstąpić” cudzoziemcowi… Przy okazji wytworzyło się nowe, nomenklaturowe ziemiaństwo, ponieważ partyjni dyrektorzy PGR-ów zostali właścicielami wielkich posiadłości ziemskich.

Targalski uważa, że „pieriestrojka” zaczęła się już za Andropowa (który był pierwszym czekistą na stanowisku I sekretarza KPZR), gdyż wtedy zaczęły się wielkie ruchy kadrowe w służbach. Chodziło o „odcedzenie” funkcjonariuszy „nie nadążających”, a więc nie nadających się do nowych zadań. Dominujący dotąd prymitywny „stukacz” – donosiciel nie wystarczał w sytuacji, gdy mniej istotne stało się zbieranie informacji. Potrzebny był agent potrafiący wpłynąć na jakieś środowisko i skłonić je do określonych zachowań.

Wykształcono nowy typ tajnego współpracownika, zwanego w żargonie „zawodowym dysydentem”. W Polsce również mieliśmy „zawodowców” zajmujących się „walką z komuną” w pełnym wymiarze godzin. Nie mogli oni być członkami związku zawodowego „Solidarność”, bo nie pracowali etatowo.

Demokracja wymaga istnienia opozycji, a ta była tylko w Polsce, Czechosłowacji i na Węgrzech. W innych krajach opozycję trzeba było dopiero wygenerować. Dlatego z inicjatywy KGB zorganizowano w Helsinkach Konferencję Bezpieczeństwa i Współpracy KBWE (1975), na której Związek Radziecki zobowiązał się przestrzegać „praw człowieka” – niezbędnych do zaistnienia legalnej opozycji. Ludzie Europy Wschodniej, przyzwyczajeni do życia w państwie policyjnym, ostrożni i nieufni, bardzo niechętnie korzystali ze swoich „praw”. Pierwszy wolny happening w Bułgarii zorganizowała TW „Anna” – Aksinija Dżurowa – prorektor Uniwersytetu Sofijskiego. Organizatorzy pieriestrojki (i ich agenci) musieli nieźle się natrudzić, zanim zaczęły kiełkować pierwsze ruchy ekologiczne, pacyfistyczne, Komitety Helsińskie, samorządne związki zawodowe, niezależne stowarzyszenia itp. Znaleźli się w nich, obok ludzi zacnych, także liczni „animatorzy” z ramienia służb.

Społeczeństwo obywatelskie ze wspomaganiem

Tu muszę zacytować mój ulubiony cytat z gen. Kiszczaka: SB może i powinna kreować różne stowarzyszenia, kluby, czy nawet partie polityczne, głęboko infiltrować istniejące. Gremia kierownicze tych organizacji na szczeblu centralnym i wojewódzkim, a także na szczeblach podstawowych muszą być przez nas operacyjnie opanowane. Musimy sobie zapewnić operacyjne możliwości oddziaływania na te organizacje, kreowania ich działalności i polityki.

Aby mieć „możliwości oddziaływania”, nasycenie agenturą musi być podobne jak w Polskim Związku Katolicko-Społecznym. W jego 24-osobowym zarządzie było 12 tajnych współpracowników SB…

Prominentny czekista Franciszek Szlachcic mawiał: policja jest od tego, by zwalczać lub tworzyć opozycję, a generał SB Krzysztoporski (dobry znajomy Wałęsy) wychodził z założenia, że opozycji nie tylko nie należy likwidować, ale kontrolować operacyjnie, a nawet finansować. Liczne powstałe mniej lub więcej spontanicznie „organizacje pożytku publicznego” stały się wylęgarnią polityków i mężów stanu użytecznych organizatorom „pieriestrojki”. Dobrym przykładem w Polsce może być organizacja pacyfistyczna Wolność i Pokój, dzięki której ujawnili swoje talenty niżej wymienieni prominenci:

Bartłomiej Sienkiewicz – „twórca” UOP, szef MSW w rządzie PO-PSL. Obywatel RP Kasprzak – przywódca. Wojciech Brochwicz – dyrektor w UOP. Piotr Niemczyk – polityk Unii Wolności, funkcjonariusz UOP, znany z inwigilowania Kaczyńskiego. Bogdan Klich – polityk PO, szef MON w rządzie Tuska. Konstanty Miodowicz – szef kontrwywiadu UOP, działacz PO; zginął w dziwnych okolicznościach („zasłabł podczas spaceru”). Jan Maria Rokita – polityk Unii Wolności i PO, niedoszły „premier z Krakowa”. Andrzej Miszk – współzałożyciel KOD, znany z głodówki w obronie Trybunału Konstytucyjnego. Andrzej Stasiuk – salonowy pisarz, hoduje barany, a jednemu z nich nadał imię „Smoleńsk”.

O tej organizacji tak pisze bloger Kokos 26: Jeżeli ktoś zadałby mi pytanie, komu potrzebny był ruch Wolność i Pokój założony przez obecnego ministra Czaputowicza, to odpowiedzi szukałbym w powierzeniu jego członkom misji tworzenia Urzędu Ochrony Państwa III RP, a później zasilenia jego szeregów, i to na bardzo wysokich stanowiskach. Szczególnie kuriozalnie wyglądało uczynienie z tych młodych pacyfistów i ekologów osób odpowiedzialnych za weryfikację funkcjonariuszy SB.

Kiszczak musiał skakać ze szczęścia i nieźle się bawić, kiedy weryfikację pozytywnie przeszło 74% z 10439 esbeków i aż 7200 z nich zasiliło szeregi nowych służb.

Łotewski funkcjonariusz Boris Karpiczkow pisał o całkowitej kontroli ruchów nieformalnych przez KGB i masowym werbunku działaczy, którzy mieli stać się czołowymi politykami Łotwy po przewidywanym przez KGB rozwiązaniu ZSRR.

Jego pokrętny życiorys jest dość typowy dla wielu czekistów w trudnych czasach „pieriestrojki”. Za komuny właściwej Karpiczkow zajmował się kontrwywiadem na odcinku amerykańskim. W czasie przemian oddelegowano go do Moskwy do pracy w FSB, gdzie miał infiltrować służby łotewskie. Po półrocznym bezrobociu został agentem łotewskiego kontrwywiadu (fachowiec tej specjalności nie musi martwić się o pracę), a następnie zaangażował się do CIA (którą zwalczał w czasach sowieckich). Zajmował się powiązaniami mafii z politykami. Po oskarżeniu o kradzież 232 tys. dolarów, w 1997 roku uciekł do Londynu, a Anglicy w 2005 roku ostatecznie odmówili jego ekstradycji…

Jedność w różnorodności

Nad prawidłowością przebiegu pieriestrojki w krajach bloku czuwał najbliższy współpracownik Gorbaczowa – Aleksander Jakowlew. Krążył on między poszczególnymi krajami, doradzał i popędzał. Ciekawe, że proces „pieriestrojki” na Słowacji sterowany był raczej przez Moskwę niż przez Pragę. Czyżby już wtedy zakładano rozpad Czechosłowacji? Organizatorzy transformacji nie polegali jedynie na lokalnych strukturach służb, mając do pomocy w każdym kraju także agentów prowadzonych bezpośrednio przez „centralę”. Rosjanie szczególnie ufali wielopokoleniowym klanom agentów, w których już trzecie pokolenie pracowało dla Moskwy. Najwięcej takich rodzin było w Rumunii i Bułgarii. Polityk PO Tomasz Cimoszewicz mógłby liczyć na zaufanie wschodnich przyjaciół…

Prymusem transformacji była Estonia; Ukraina i Bułgaria zostawały w tyle. Opóźnienia poszczególnych etapów przemian dochodziły do roku, ale wszędzie w podobnym czasie wprowadzono „analogi” „ustaw Wilczka”, komercjalizację banków (w Polsce pół roku po Rosji), tworzono „firmy polonijne” (joint ventures), powołano urząd prezydenta z prawem veta i Trybunał Konstytucyjny (w Polsce w 1985 r.).

Utworzenie TK anonsowano jako krok w kierunku demokratyzacji – w rzeczywistości był to ważny „bezpiecznik”, gwarantujący utrzymanie systemu pod kontrolą. W Polsce TK dwukrotnie uniemożliwił dekomunizację jako „godzącą w prawa człowieka”…

Generowanie „partnera społecznego” było sterowane odgórnie – świadczy o tym zbieżność dat powstania Grup Inicjatywnych (ogromnie nasyconych agenturą). W skład takiej grupy wchodzili pisarze, artyści, naukowcy, autorytety moralne i inne prominentne osoby związane z establishmentem partyjnym. Pierwsza Grupa Inicjatywna powstała w Tallinie, później jednocześnie w Wilnie i Rydze, a następnego dnia w Kiszyniowie (zbieżność dat wyklucza jakąkolwiek spontaniczność). Najbardziej oporna była Bułgaria. Według opinii bułgarskiego czekisty, opozycja w Bułgarii rodziła się dzięki działalności Zarządu i była wychowywana pod jego skrzydłami.

Mimo starań wielu zadaniowanych TW nie udało się wytworzyć bułgarskich „niezależnych, samorządnych” związków zawodowych – wytypowani aktywiści pozostali przy bezpieczniejszej działalności ekologicznej. Ich ostrożność wynikała z niechęci I sekretarza Żiwkowa do zmian. Los pierwszych sekretarzy krajów wasalnych był ściśle związany z ich stosunkiem do „pieriestrojki”. Wizerunek gen. Jaruzelskiego byłby fatalny w dobie szalejącej demokracji, która zbliżała się wielkimi krokami – dyktator stanu wojennego nie miał innego wyboru, jak ucieczka do przodu. Stąd proces przemian w Polsce miał najwyższą dozę teatralności („okrągły stół”), a generał starał się być liderem na tle pozostałych krajów bloku. Jaruzelski – już jako prezydent – pewniej się czuł, mając w pobliżu Armię Czerwoną (na wszelki wypadek), dlatego w Polsce wojska sowieckie stacjonowały najdłużej (do 1993 r.).

Ci spośród komunistycznych przywódców, którzy nie wyczuli wiatru przemian, skończyli źle – Honecker na wygnaniu, Żiwkow w więzieniu, Ceausescu zamordowany. „Conducator” wiedział, że coś się szykuje w Moskwie, więc naprzód usunął funkcjonariuszy, którzy pobierali nauki w Rosji, później tych mających żony Rosjanki. W końcu zaczął „neutralizować” potencjalnych konkurentów. Udało mu się zlikwidować dwóch, ale trzeci – Ion Iliescu – ocalał i zlikwidował „Conducatora”, stając się ojcem rumuńskiej demokracji.

Dziennikarze murem za służbami i telefon Kuronia

Projektanci przemian wiedzieli, że tak ambitna operacja musi mieć pełną osłonę medialną. Równocześnie wymóg demokratyzacji nakazywał zniesienie cenzury. Okazało się, że była to instytucja całkowicie zbędna.

Obawa komunistów, że po likwidacji cenzury każdy będzie mógł sobie pisać co chce, była nieuzasadniona – redakcje przejęły na siebie rolę cenzury. Zresztą dziennikarze zawsze sami wiedzą, co pisać (a czego nie). Jedność przekazu świata dziennikarskiego po 10 kwietnia 2010 roku była imponująca, choć instytucjonalna cenzura nie istniała już od wielu lat.

Jak ujawnił Mitrochin w swoim „Archiwum”, już w 1980 r. centrala KGB zalecała swoim zagranicznym rezydenturom, by zamiast kłopotliwego pozyskiwania agentów, wynajmowały raczej dziennikarzy. Za drobne pieniądze publicysta opublikuje, literat stworzy literaturę, dziennikarz napisze wszystko to, co było zamawiane.

Wraz z liberalizacją postępował ogromny wzrost liczby tajnych współpracowników SB, którzy musieli pilnować, by nie przekroczyć ram dozwolonej wolności. W kluczowym roku demontażu systemu w Polsce liczba TW osiągnęła niemal 100 tys. (w okresie „stalinowskim” tylko 85 tys.). Najważniejszą rolę odegrali tajni współpracownicy w mediach. Kontrolowani przez SB dziennikarze otrzymywali polecenia poruszania konkretnych tematów – dostarczano im materiały, a nawet gotowe artykuły. Nadzorem SB objętych było ok. stu redakcji. Tylko w „Życiu Warszawy” było od 12 do 15 tajnych współpracowników SB (nie licząc agentów służb wojskowych).

W połowie lat 80. władze PRL nie mogły liczyć, że ktokolwiek uwierzy w informacje zamieszczone w oficjalnej prasie, więc rozgłośnia „dywersji ideologicznej” – Radio Wolna Europa stało się podstawowym medium komunikowania się ze społeczeństwem. W pewnym momencie zaprzestano nawet zagłuszania audycji – oczywiście w ramach demokratyzacji… Rozgłośnia Wolna Europa wylansowała jako głównych opozycjonistów Kuronia i Michnika, taktownie przemilczając Macierewicza i innych mniej właściwych

Wiadomości z życia „demokratycznej opozycji” przekazywał monachijskiej rozgłośni Jacek Kuroń ze swojego magicznego telefonu. Jakoś nikt z komunistów nie wpadł na pomysł, żeby ten telefon po prostu wyłączyć…

Audycje RWE umożliwiały kształtowanie się opinii publicznej nie tylko poprzez agenturę wpływu umieszczoną w rozgłośni, ale także dzięki amerykańskiemu poparciu dla komunistów dokonywujących demontażu systemu. Wielką troską Amerykanów było, by komunistom nie stała się krzywda ze strony nienawistnych katolickich „nacjonalistów”.

Politycy z zobowiązaniami

Większość premierów, prezydentów i ministrów spraw zagranicznych III RP rozwijała swoje talenty pod opieką komunistycznych służb. Bynajmniej nie byliśmy wyjątkiem.

Premierem Litwy została Kazimiera Prunskiene, od 1980 roku agentka KGB o pseudonimie „Satrija”. Dla KGB pracowali także premierzy Łotwy i Estonii. „Satrija” wyjaśniała, że uważała KGB za jedyną organizację zdolną do wprowadzenia reform, więc musiała donosić… Zdemaskowanie pani premier było wynikiem frakcyjnych tarć w służbach i wywołało na Litwie podobny szok, jak u nas sprawa „Bolka”. Litewski Sajudis został założony przez KGB i był kierowany przez agentów. Jednak w miarę upływu czasu konfidenci wykruszali się lub zostali zdemaskowani, a organizacja się oczyściła. Czy w tym procesie pomogła Matka Boska Ostrobramska?

W 1991 roku rząd Litwy postanowił, że byli pracownicy i informatorzy KGB nie mogą być posłami, ministrami, dyrektorami departamentów i piastować kierowniczych stanowisk w administracji państwowej. Osoby uwikłane zostały poproszone o ustąpienie z zajmowanych stanowisk w terminie 3 miesięcy. Pierwszym aresztowanym pod zarzutem współpracy z KGB był Algis Klimaitis (TW „Kliugeris”). Będąc odpowiedzialnym za politykę zagraniczną, „Kliugeris” krytykował „politykę konfrontacyjną” z Rosją, a żądanie wycofania wojsk rosyjskich z Litwy uważał za „dyktatorskie” i szkodzące wizerunkowi Litwy na Zachodzie… Wówczas po raz pierwszy w Europie postsowieckiej fakt współpracy z komunistyczną tajną policją uznano za czyn naganny.

Choć błyskotliwi projektanci „pieriestrojki” szczegółowo zaplanowali scenariusze, dynamika wydarzeń spowodowała, że „rozpędzonego parowozu dziejów” nie udało się już zatrzymać. Dzięki temu np. już w 1992 roku w Estonii zaczęto odbierać majątki zagrabione w wyniku złodziejskiej nomenklaturowej prywatyzacji. Przemiany osiągnęły znacznie większy zakres niż przewidywano m.in. z powodu rywalizacji Gorbaczowa z Jelcynem, KGB z GRU i walk frakcyjnych wewnątrz służb.

Podobnie jak w Polsce, dekomunizacja w Mołdawii się nie udała. Dlaczego w tym kraju nie było lustracji, wyjaśnił I sekretarz Komunistycznej Partii Mołdawii i późniejszy prezydent Lucinschi – jeśli otworzymy dossier Bezpieczeństwa, pozostaniemy bez inteligencji.

Tu nasuwa się refleksja nad elitotwórczą rolą sowieckiej policji politycznej. Jakiej proweniencji są nasze elity i jakie mają kwalifikacje moralne? Czy ktoś wspomagał piękne kariery artystyczne, literackie czy naukowe? A może właśnie brakiem uczciwej konkurencji i negatywną selekcją można wytłumaczyć stan polskich uczelni pozostających daleko w tyle w rankingach światowych?

Możemy mieć wiele pretensji do działań rządu i polityków partii rządzącej, ale musimy sobie zdawać sprawę, że Porozumienie Centrum i późniejszy PiS to jedyne liczące się ugrupowania powstałe BEZ wsparcia komunistycznych służb. Najlepszym tego dowodem są żywiołowe ataki mediów krajowych i zagranicznych na PiS i jego twórcę Jarosława Kaczyńskiego.

Artykuł Jana Martiniego pt. „Gra wstępna” znajduje się na s. 3 majowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 47/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Jana Martiniego pt. „Gra wstępna” na s. 3 majowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 47/2018, wnet.webbook.pl

 

Jak II RP przejmowała i skutecznie ratowała zagrożone kopalnie / Wykład w ramach Akademii po Szychcie w MGM w Zabrzu

Działalność państwa uratowała wiele zakładów przed bankructwem, a po przeprowadzonym procesie sanacyjnym należały one potem do najlepiej zorganizowanych i najbardziej dochodowych przedsiębiorstw.

Adam Frużyński

Gdy w listopadzie 1918 roku Polska odzyskała niepodległość, na jej terytorium znalazły się kopalnie węgla kamiennego, rud metali, soli, ropy naftowej i gazu ziemnego. Dodatkowo w 1922 roku w granicach odrodzonej Rzeczpospolitej znalazła się większość eksploatowanego przez górnictwo obszaru, obejmująca wschodnią część Górnego Śląska, w której funkcjonowały kopalnie węgla kamiennego, rud metali nieżelaznych (ołów, cynk, srebro), rudy żelaza.

Sprawy górnictwa podlegały Ministerstwu Przemysłu i Handlu. Utworzono w nim składający się z pięciu wydziałów Departament Górniczo-Hutniczy. Działalność kopalń kontrolowały Wyższe Urzędy Górnicze w Warszawie, Katowicach i Krakowie, którym podlegały okręgowe urzędy górnicze.

(…) Na podstawie zapisów konwencji Polska mogła wysyłać bez cła do Niemiec 500 tys. ton węgla miesięcznie. Ponieważ rynek wewnętrzny nie był zbyt chłonny, duże ilości węgla kierowano na eksport, a największym jego odbiorcą były Niemcy. Mniejsze ilości wysyłano do Austrii, Czechosłowacji, Włoch, Węgier.

Sytuacja górnictwa uległa dramatycznej zmianie w 1925 r., gdy Niemcy wprowadziły cło na sprowadzany z Polski węgiel. Władze Rzeszy liczyły, że wywołają w ten sposób w Polsce kryzys gospodarczy, a osłabiony kraj pójdzie na znaczne ustępstwa polityczne wobec strony niemieckiej. Nastąpił spadek wydobycia i zatrudnienia. Odpowiedzią strony polskiej było wprowadzenie ceł na towary niemieckie.

Rozpoczęła się w ten sposób polsko-niemiecka wojna celna trwająca do 1934 roku. Wyeliminowanie polskiego węgla umożliwiło kopalniom znajdującym się w niemieckiej części Górnego Śląska na trzykrotne zwiększenie wydobycia węgla.

Na sytuację ekonomiczną górnictwa ogromny wpływ miał długotrwały strajk w angielskich kopalniach (maj–listopad 1926 roku), który spowodował brak węgla w Europie. Umożliwiło to polskim kopalniom zajęcie zwolnionego miejsca na rynku i zwiększenie eksportu z 8,2 do 14,7 mln ton.

Węgiel ten wysyłano drogą morską przez Tczew, Gdynię, Gdańsk, Hamburg do państw skandynawskich, bałtyckich, Włoch, Francji, Ameryki Północnej i Południowej. W stale rozbudowywanym porcie gdyńskim swoje nabrzeża węglowe posiadały znane górnośląskie koncerny górnicze: „Skarboferm”, „Robur”, „Giesche SA”, „Progress”. Aby usprawnić transport eksportowanego węgla, w latach 1926–1933 zbudowano magistralę kolejową Śląsk–Gdynia. Jej powstanie umożliwiło integrację gospodarczą Górnego Śląska z II Rzeczpospolitą, a port w Gdyni stał się oknem na świat górnośląskiego przemysłu. (…)

Nowe ogólnopolskie prawo górnicze zostało uchwalone 29 listopada 1930 r. Na Górnym Śląsku obowiązywało ono od stycznia 1933 r., gdy zgodę na jego wprowadzenie wyraził Sejm Śląski. Od tego momentu sprawy górnictwa podlegały: Ministerstwu Przemysłu i Handlu, Wyższym Urzędom Górniczym w Krakowie, Katowicach i Lwowie, okręgowym urzędom górniczym.

Zgodnie z nowymi przepisami nadania górnicze na wydobycie węgla kamiennego i antracytu zostały zastrzeżone wyłącznie dla Państwa. W ten sposób po wyczerpaniu złóż w istniejących prywatnych kopalniach jedynymi przedsiębiorstwami dostarczającymi węgiel i antracyt miały stać się kopalnie państwowe.

W okresie międzywojennym wiele kopalń zmieniło właściciela. W znaczący sposób wzrosła w tym czasie rola przedsiębiorstw państwowych. Już w 1918 roku państwo przejęło kopalnię „Brzeszcze”. Podległa ona Ministerstwu Przemysłu i Handlu, a 29 sierpnia 1928 roku została przekształcona w skomercjalizowane przedsiębiorstwo państwowe Państwowa Kopalnia Węgla „Brzeszcze”. Bardzo duże zmiany własnościowe dokonały się w 1922 roku, gdy znajdujące się w polskiej części Górnego Śląska przedsiębiorstwa zostały podzielone na odrębne firmy działające po dwóch stronach dzielącej Zagłębie Górnośląskie granicy. Powstały w 1922 roku polsko-francuski koncern „Skarboferm” zarządzał 4 kopalniami. Akcje spółki o wartości 17,6 mln złotych w 50% należały do skarbu polskiego i 50% do przedsiębiorców francuskich. (…)

Przeprowadzone po 1922 roku zmiany doprowadziły do znacznej koncentracji przemysłu górniczego, ponieważ mniejsze spółki zostały wchłonięte przez większe organizmy gospodarcze. Znaczącym udziałowcem górnictwa stało się państwo, posiadające kilkanaście kopalń węgla kamiennego, hut stali i metali nieżelaznych, koksowni i brykietowni. (…)

Działalność państwa uratowała wiele zakładów przed bankructwem, a po przeprowadzonym procesie sanacyjnym należały one potem do najlepiej zorganizowanych i najbardziej dochodowych przedsiębiorstw.

Cały artykuł Adama Frużyńskiego pt. „Stosunki własnościowe w górnictwie 1918-1939” znajduje się na s. 9 kwietniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 46/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Adama Frużyńskiego pt. „Stosunki własnościowe w górnictwie 1918-1939” na s. 9 kwietniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 46/2018, wnet.webbook.pl