Radiowywiad w I wojnie światowej. W bitwie pod Tannenbergiem po raz pierwszy świadomie użyto dezinformacji w eterze

Wojna nie zmieniła tylko jednego kanonu: wygrywał ten, kto wiedział więcej o planach przeciwnika. Ten, kto potajemnie zdobył więcej prawdziwych informacji i umiejętnie podsunął fałszywe.

Rafał Brzeski

Radiowywiad w I wojnie światowej – cz. 3

Jeszcze na łożu śmierci, w pierwszych dniach 1913 r., mózg pruskiego sztabu generalnego, feldmarszałek hrabia Alfred von Schlieffen napominał junkrów pruskich, generałów wojsk lądowych Cesarstwa Niemiec: „Kiedy wkroczycie do Francji, niech rękaw ostatniego żołnierza po prawej stronie tyraliery otrze się o fale Kanału La Manche”.

Tworzony przez niego od 1905 r. plan błyskawicznego przemarszu przez neutralną Belgię, zaatakowania Francji od północnego wschodu, marszu wzdłuż Kanału i uderzenia na Paryż od północy był cyzelowany aż do ostatnich miesięcy przed wojną. Ćwiczono go na mapach i podczas manewrów. Podporządkowano mu program rozbudowy linii kolejowych, opracowano co do minuty wojenny rozkład jazdy pociągów cywilnych i wojskowych. Plan mobilizacji i koncentracji wojsk był tak precyzyjny i tyle razy sprawdzany i ćwiczony, że nie dostrzegano w nim żadnych luk i nie zostawiano miejsca na nic nieprzewidzianego.

W sierpniu 1914 ofensywa rozwijała się zgodnie z planem. Nawet belgijska forteca Liège, którą Schlieffen uważał za twardy orzech do zgryzienia, padła pod ogniem ciężkich moździerzy oblężniczych kalibru 420 mm wyprodukowanych w zakładach Kruppa. Pierwszy strzał oddano 12 sierpnia o 18.40. Ważący prawie tonę granat „rozbił w pył fort Pontisse: beton, stal i szczątki ludzkie wyrzucone zostały w powietrze na wysokość 300 m”. Granat „Grubej Berty” przebił około 2 m ziemi, 3 m betonu, a potem gruby mur z cegły. Po nawale ogniowej moździerzy z fortyfikacji Liège zostały ruiny i zgliszcza. Wielu obrońców huk wybuchów przyprawił o obłęd. Po 4 dniach najnowocześniejsza twierdza w Europie skapitulowała. Armia cesarska mogła maszerować dalej.

W swym planie Schlieffen nie przewidział jednak uporu i oporu Belgów, którzy wbrew utartym kanonom wojny przecinali druty telegraficzne i wywracali słupy. Belgijska sieć łączności legła w strzępach. Niemiecki wywiad nie rozpoznał wcześniej ani belgijskiej, ani francuskiej sieci telekomunikacyjnej, sztab generalny nie konsultował planów kampanii z oficerami łączności, nie przygotowano więc zapasów części zamiennych ani odpowiednich zapasów kabla. Trzeba było przejść na łączność bezdrutową, co teoretycznie nie powinno sprawić trudności, ale w praktyce generałowie Alexander von Kluck i Karl von Bülow, którzy dowodzili w Belgii, mieli kłopotów co niemiara. Łączność rwała się, gdyż obowiązujący szyfr nie nadawał się do warunków polowych. Każdy błąd powodował takie zniekształcenie tekstu, że odbiorca otrzymywał niezrozumiały bełkot. W rezultacie niemieccy telegrafiści powtarzali depesze, a wreszcie nadawali otwartym tekstem.

Na taką chwilę czekali operatorzy nasłuchu Service du Renseignement (Służby Rozpoznania) na szczycie wieży Eiffla. Ich „ulubieńcem” był pruski generał Johannes Georg von der Marwitz, dowódca kawalerii 1 Armii, który z kawaleryjskim temperamentem nie czekał na żmudne szyfrowanie i deszyfrowanie, tylko kazał telegrafistom nadawać otwartym tekstem. To właśnie jego depesza z początku września 1914 r., o konieczności przekucia podków i dania koniom dwudniowego odpoczynku uzmysłowiła Francuzom, że mają czas przygotować kontruderzenie nad Marną.

W rezultacie kilkudniowej bitwy niemiecka ofensywa została zahamowana, a w pruskim dowództwie zapanował chaos, czego świadectwem była kolejna depesza von der Marwitza: „Powiedzcie, gdzie dokładnie jesteście i co robicie. Tylko spieszcie się, żebym zdążył spieprzyć stąd jak najszybciej” (Krop P., Sekrety wywiadu francuskiego, Warszawa 1999, s. 143). Przegrana nad Marną sprawiła, że plan Schlieffena powędrował do sztabowego kosza i front przekształcił się w łańcuch transzei i umocnień od Szwajcarii po Morze Północne, a wojna z manewrowej zamieniła się w pozycyjną.

Również dla Anglików wojna rozpoczęła się nie tak, jak planowali. Wprawdzie jeszcze w czerwcu 1914 r. sporządzili rejestr funkcjonujących na świecie nadajników wraz z podstawowymi danymi o ich mocy, zasięgu i konstrukcji, ale kiedy Brytyjskie Siły Ekspedycyjne wylądowały we Francji, w radiostacje na konnych wozach, po 3 na dywizję lub brygadę, wyposażona była tylko kawaleria. W Komitecie Obrony Imperialnej uznano bowiem, że łączność radiowa potrzebna jest tylko jednostkom szybkim, a piechocie wystarczą polowe telefony. Tymczasem po trzech miesiącach front stanął w miejscu i spieszonych kawalerzystów wysłano do transzei. Swoje radiostacje zabrali do okopów, gdzie stwierdzili, że w nasłuchu sprawdzają się doskonale i „niebawem używano ich niemal wyłącznie do przechwytywania komunikacji wroga, i to ze sporym sukcesem”. Najpoważniejszą trudność stanowił brak tłumaczy. Mściła się przedwojenna opinia wpływowego w ministerstwie wojny (później marszałka polnego) gen. Henry’ego Wilsona, że oficerowi wystarczy, jak dobrze włada własnym językiem, bo żaden z wielkich dowódców nie znał języków obcych.

Niemiecką łączność telefoniczną początkowo podsłuchiwano, podłączając się do nieprzyjacielskich kabli, co nie było specjalnie trudne, gdyż miesiącami okopy obu stron dzieliły niewielkie odległości, nawet niespełna 20 m. Zebrane doświadczenie przydało się Brytyjczykom w budowie aparatów podsłuchowych. Polowe testy przeprowadzone w 1915 r. pozwalały prowadzić podsłuch z odległości 100 metrów. Zadowolenie zwarzyły jednak tłumaczenia podsłuchanych rozmów, z których wynikało, że Niemcy mają jeszcze lepsze aparaty. Brytyjskie telefony i telegrafy polowe wykorzystywały jeden rozciągnięty kabel oraz dobre uziemienie. Niemieckie urządzenia „Moritz” działały na zasadzie indukcji. Wystarczyło przeczołgać się nocą pod zasiekami i zagrzebać w ziemi podłączone do kabla miedziane płytki, a drugi koniec przyłączyć do „Moritza”. Wzmacniacz urządzenia umożliwiał skuteczny podsłuch nawet z odległości 1000 m od linii telefonicznej przeciwnika. W połowie 1915 r. szkockich piechurów przybywających w tajemnicy na pierwszą linię okopów powitał niemiecki trębacz, grając z werwą tradycyjny marsz ich pułku.

Aparaty „Moritz” sprawowały się doskonale, a Brytyjczycy byli niebezpiecznie gadatliwi. Szczególnie „oficerowie wyższych stopni, którzy mogli zdradzić najwięcej sekretów. Nie będzie żadną przesadą stwierdzenie, że skutkiem ich niedyskrecji w latach 1915 i 1916 były tysiące ofiar i dopiero w 1917 r. udało się wprowadzić w miarę skuteczne przeciwśrodki” (Nalder R., Royal Corps of Signals, Londyn 1958, s. 107). Jednym z nich był zakaz prowadzenia rozmów telefonicznych w odległości mniejszej niż 3000 m od linii frontu.

Brytyjska łączność polowa stała się w miarę bezpieczna dopiero pod koniec 1915 r., gdy na odcinku pod Ypres we Flandrii wprowadzono pierwsze egzemplarze okopowego telefonu zwanego Fullerphone, od nazwiska konstruktora, majora A.C. Fullera. Z jego pomocą można było bezpiecznie przesyłać depesze telegraficzne na odległość 30 kilometrów, a rozmawiać na nieco krótszym dystansie.

Na 1916 rok Niemcy zaplanowali wykrwawienie armii francuskiej uderzeniem na umocniony rejon Verdun. Naczelny wódz wojsk francuskich, generał Joseph Joffre, był rozdarty. Wywiad twierdził, że celem niemieckiej ofensywy będzie zdobycie twierdzy Verdun; wydział operacyjny jego sztabu zapewniał, że Niemcy uderzą w Szampanii lub w Alzacji. Politycy w Paryżu, którym zaszedł za skórę, tylko czyhali na jego potknięcie. Wysłał więc szefa sztabu generała Noëla de Castelnaua w podróż inspekcyjną na pierwszą linię frontu. Pod koniec stycznia 1916 r. de Castelnau dotarł do słabo przygotowanej do obrony twierdzy Verdun. Tam w przyfrontowym lesie do kolejnej ostrej wymiany zdań między oficerami wywiadu i wydziału operacyjnego włączył się nagle sierżant Henri Morin, szef placówki nasłuchu, i przekonał de Castelnaua, że Niemcy okopali się solidnie, dostali świeże uzupełnienie, mają liczne odwody i są gotowi do ofensywy, która „powinna zacząć się około 13 lutego”. Placówki francuskiego nasłuchu niemieckich linii telefonicznych w rejonie Verdun były wyposażone w aparaty z techniczną nowością – wzmacniaczami lampowymi. Dzięki temu ludzie Morina dysponowali wyjątkowo precyzyjnymi wiadomościami. De Castelnau wrócił do głównej kwatery i mimo oporów wydziału operacyjnego wymusił wzmocnienie rejonu umocnionego Verdun, głównie artylerią ciężką i działami kolejowymi.

Sierżant Morin pomylił się o tydzień. Niemcy uderzyli 21 lutego 1916 r., rozpoczynając jedną z najbardziej krwawych bitew I wojny światowej. Do grudnia straty obu stron wyniosły około 800 tysięcy żołnierzy. Wystrzelono ponad 36 mln pocisków artyleryjskich.

Wojska francuskie walczyły pod Verdun, kiedy Brytyjczycy postanowili zaatakować nad Sommą we francuskiej Pikardii. Planowano, że kilkudniowe przygotowanie artyleryjskie zniszczy niemieckie umocnienia polowe i piechota bez trudności sforsuje niemiecką linię obrony. Niemcy wiedzieli, że Brytyjczycy szykują się do ofensywy, a kiedy rozpoczęła się ogniowa nawała, mieli pewność, że atak się zbliża. Pytanie, kiedy. Odpowiedź dali 30 czerwca łącznościowcy podsłuchujący angielskie linie telefoniczne. Ktoś po drugiej stronie frontu relacjonował słowa generała dodającego ducha żołnierzom, którzy jutro o 7.30 rano ruszą na wroga. Niedyskrecja pozwoliła Niemcom wycofać się z ostrzeliwanej pierwszej linii okopów, podciągnąć karabiny maszynowe i czekać. Kiedy ogień brytyjskiej artylerii przesunął się na tyły, ogień zaporowy otworzyła niemiecka artyleria, piechota wróciła na pierwszą linię i karabiny maszynowe zaczęły zbierać krwawe żniwo. Zanim zapadł zmrok, Brytyjczycy stracili w zabitych i rannych blisko 60 tysięcy ludzi. Bitwa nad Sommą trwała do 18 listopada 1916 r. Po obu stronach straty były ogromne – w sumie około miliona ludzi. Wojska Ententy przesunęły front o 12 kilometrów.

Na froncie wschodnim starciem, które w Niemczech urosło do symbolu Deutschland über alles, była bitwa pod Tannenbergiem. Pod koniec sierpnia 1914 r. słabsze siły niemieckie rozgromiły między jeziorami mazurskimi dwie armie rosyjskie generałów Pawła Rennenkampfa i Aleksandra Samsonowa. Pod naciskiem Rosjan wojska niemieckie początkowo wycofywały się i miały zamiar uciec za Wisłę. Po południu 23 sierpnia szef sztabu generalnego Helmuth von Moltke wymienił dowództwo 8 Armii na generałów Paula von Hindenburga i Ericha Ludendorffa,. Do wieczora przygotowali plan operacyjny swoich wojsk. 25 sierpnia Hindenburg gotował się do wyjazdu inspekcyjnego na front, kiedy wręczono mu przechwycony w nocy radiogram. Był to rozkaz operacyjny Rennenkampfa dla rosyjskiego IV Korpusu. Został nadany otwartym tekstem!

Hindenburg dowiedział się nie tylko o zamiarach korpusu, ale również, że po drugiej stronie frontu stoi rosyjska 1 Armia, o czym dotychczas nie wiedział. Tego samego dnia po południu otrzymał kolejny radiogram, również nadany otwartym tekstem; tym razem był to rozkaz generała Samsonowa o organizacji i kierunkach działania 2 Armii rosyjskiej. Teraz mógł spokojnie przygotowywać kontruderzenie.

Dzięki nasłuchowi, do końca trwającej kilka dni bitwy Hindenburg i Ludendorff otrzymywali istotne rosyjskie rozkazy, które nadawane były nadal bez szyfrowania. W rezultacie byli lepiej poinformowani o sytuacji niż dowódcy rosyjscy. Nic więc dziwnego, że pokonali Rosjan i zmusili ich do chaotycznego odwrotu. Niemal cały rosyjski sprzęt został rzucony w bagna, a Niemcy wzięli do niewoli ponad 92 000 Rosjan. Trzeba było 60 pociągów, żeby odstawić jeńców na tyły.

W trakcie bitwy pod Tannenbergiem podsłuch korespondencji rosyjskiej prowadziły radiostacje forteczne w Królewcu i Toruniu oraz dwie radiostacje sztabowe 8 Armii niemieckiej. Po zwycięskiej bitwie Hindenburg został ogłoszony „zbawcą Prus”, razem z Ludendorffem zaś uznany za genialny tandem dowódczo-sztabowy. Dwa miesiące po bitwie Hindenburg awansował na feldmarszałka. W opublikowanych w 1919 r. memuarach słowem nie wspomniał o przechwyconych przez nasłuch radiogramach. Ludendorff był nieco uczciwszy. Zapisał: „Otrzymaliśmy przechwycony telegram przeciwnika, który dał nam jasny obraz ruchów wroga w następnych dniach” (Flicke W.F., War Secret in the Ether…, Waszyngton 1953, s. 18). Nie napisał jednak, że tych telegramów było wiele. No, ale wtedy trudno byłoby mówić o genialnych dowódcach niemieckich.

W opinii kwatermistrza generalnego sztabu najwyższego naczelnego dowódcy, gen. Jurija Daniłowa, główną przyczyną porażki był kompletny chaos łącznościowy. Z braku kabla telefonicznego ciężar komunikacji spadł na radiostacje, których obsługa nie była odpowiednio przygotowana. Szyfranci nie potrafili sprawnie utajniać i odczytywać radiogramów. Sztab XIII Korpusu nie miał ani szyfrów, ani kodów i nie mógł przyjmować innej korespondencji, jak otwartym tekstem. Ponadto rozkazy dzienne wydawane były zbyt późno i nawet bez szyfrowania docierały do niższych szczebli dopiero około 10.00 przed południem, kiedy jednostki powinny być już dawno w marszu. Gdyby korespondencja była szyfrowana, opóźnienia byłyby jeszcze większe. Daniłow zwrócił jednak uwagę, że niemiecka strona też nadawała otwartym tekstem, z czego korzystały rosyjskie sztaby.

W trakcie bitwy pod Tannenbergiem zapewne po raz pierwszy zastosowano świadomie dezinformację w eterze. Radiostacja w Królewcu wysłała 7 września 1914 r. otwartym tekstem radiogram, który w wielu miejscach był przekłamany pozorowanymi zakłóceniami, ale w jednym miejscu nakazywał korpusowi gwardii połączyć się pod Labiawą (obecnie Polessk w obwodzie kaliningradzkim) z jednostkami wyładowującej się tam 5 Armii. O ten fałszywy fragment chodziło. Rosjanie przechwycili radiogram, „łyknęli” dezinformację i wstrzymali dalsze natarcie, chociaż 5 Armia była wówczas na froncie we Francji.

Za „ojca chrzestnego” niemieckiego radiowywiadu należy uznać dowódcę radiostacji fortecznej w Toruniu, który w trakcie bitwy pod Tannenbergiem z własnej inicjatywy zorganizował dowóz przechwyconych radiogramów kurierami na motocyklach do sztabu Ludendorffa, tworząc w ten sposób zintegrowany system nasłuchu, przejmowania i wykorzystywania korespondencji radiowej przeciwnika. Na tym się jednak skończyło. Dopiero rok później w Niemczech zorganizowano systematyczny monitoring nieprzyjacielskiego ruchu w eterze.

Austriackie wojska na froncie wschodnim od pierwszych dni wojny dysponowały już zalążkiem systemu nasłuchu i przechwytywania korespondencji przeciwnika w oparciu o radiostacje forteczne w Krakowie i Przemyślu. Nasłuch powiązany był z Geheimdienst – kryptologiczną sekcją kancelarii cesarskiej, co pozwoliło już w drugim tygodniu wojny prowadzić nie tylko nasłuch, ale również skuteczny dekryptaż rosyjskiej korespondencji. Na froncie serbskim, włoskim oraz na Adriatyku radiowywiad Evidenzbureau wojsk lądowych współpracował z Telegraphenbureau w bazie cesarsko-królewskiej marynarki wojennej w Pola. Marynarka wojenna przechwytywała korespondencję, armia prowadziła dekryptaż. Całość austriackich działań radiowywiadowczych nosiła kryptonim PENKALA.

Po drugiej stronie frontu Francja i Włochy od początku wojny prowadziły nasłuch korespondencji Austro-Węgier. We Włoszech przechwycone depesze zbierano w Ufficio Informationi, ale austriackie szyfry oparły się włoskim kryptologom i odczytywanie korespondencji rozpoczęto dopiero w kwietniu 1916 r., kiedy włoskiemu wywiadowi udało się uzyskać książkę kodową UC 12. Rok później wzdłuż wybrzeża Adriatyku uruchomiono sieć stacji radionamiaru, który z miejsca przyniósł doskonałe efekty w ustalaniu pozycji austriackich i niemieckich okrętów podwodnych.

Pierwsza wojna światowa przyniosła nowy wymiar walk – w powietrzu. Pierwszy nalot niemieckich zeppelinów na Wielką Brytanię 19 stycznia 1915 r. był ryzykownym przedsięwzięciem nie tyle z uwagi na obronę przeciwlotniczą, ile na trudności nawigacyjne. Dopiero w kwietniu uruchomiono trzy stacje nadawcze w Niemczech i jedną w okupowanej Belgii, których sygnał umożliwiał prymitywną radionawigację. Stacje te były od razu monitorowane przez Brytyjczyków. Pojawienie się w eterze ich sygnału ostrzegało o szykującym się nalocie, a śledzenie kursu sterowców umożliwiał regulamin cesarskiej marynarki wojennej, który nakazywał kapitanom większości zeppelinów łączyć się co godzina z dowództwem. Nawet krótka depesza umożliwiała zaalarmowanym już stacjom brytyjskiego radionamiaru ustalenie pozycji sterowca, nakreślenie kursu i ogłoszenie pogotowia dla obrony przeciwlotniczej. Dzięki radionamiarowi w 1916 r. zestrzelono 8 sterowców. Rozpoznanie metod nawigacji umożliwiło też co najmniej jeden przypadek podszycia się pod niemiecką stację i nadania fałszywego sygnału. Zmyleni nawigatorzy zeppelinów, wracając z nad Anglii, skierowali swe sterowce nad Francję, gdzie zostały zestrzelone.

Radiotelegraficzną operację dezinformacyjną o znacznie większym wymiarze przeprowadzono jesienią 1917 r. W Niemieckiej Afryce Wschodniej dowodzony przez generała Paula von Lettowa kolonialny garnizon bronił się umiejętnie od ponad trzech lat, ale jego sytuacja z braku zaopatrzenia była dramatyczna. W Berlinie postanowiono wysłać pomoc superzeppelinem L-59. Do długodystansowego lotu w jedną stronę na wyżynę Makonde przygotowano go pieczołowicie. Różne elementy konstrukcji zmieniono tak, by można je było na miejscu wykorzystać do naprawy sprzętu i uzbrojenia. Część powłoki uszyto z najwyższej jakości brezentu, aby przerobić ją na namioty. Załadowano na pokład 15 ton zaopatrzenia: amunicję, uzbrojenie, zamki i lufy do karabinów, lekarstwa, materiały opatrunkowe, tkaniny mundurowe i maszyny do szycia nowych mundurów, a także części zamienne do radiostacji, pudełko medali „Żelazny Krzyż” i skrzynkę wina.

Wyładowany po brzegi L-59 wystartował 21 listopada z miasta Jamboł w Bułgarii. Bez kłopotów przeleciał nad Morzem Śródziemnym i Egiptem. 22 listopada minął Chartum i był już poza zasięgiem brytyjskich samolotów, kiedy dowódca, Kapitänleutnant Ludwig Bockholt otrzymał rozkaz powrotu, ponieważ garnizon von Lettowa skapitulował. L-59 zawrócił i po 95 godzinach lotu i przebyciu prawie 7000 kilometrów wylądował w Jamboł.

Na ziemi wyczerpana załoga dowiedziała się, że niemiecki garnizon walczy nadal. W swych powojennych wspomnieniach szef brytyjskiego wywiadu w Afryce Wschodniej, pułkownik Richard Meinertzhagen napisał, że depesza nakazująca powrót L-59 została wysłana słabym sygnałem przez radiostację brytyjską, bowiem Brytyjczycy złamali szyfr Cesarskiej Marynarki Wojennej i podszyli się pod niemiecką admiralicję. Jeśli to prawda, a wielu historyków powątpiewa, byłby to przykład bardzo skutecznej dezinformacji w eterze.

Feldmarszałek von Schlieffen planował wojnę manewrową, tymczasem szybko przerodziła się ona w pozycyjną. Latami dowódcy obu stron wierzyli, że tylko wielodniowa nawała artyleryjska otworzy drogę piechocie szturmującej okopy przeciwnika. Ginęły miliony ludzi, a front ledwie drgał, przesuwając się o kilka lub kilkanaście kilometrów. Przełomu dokonała broń dotychczas nieznana – czołgi. Admiralicja brytyjska ufała swoim pancernikom, a tymczasem Albion omal nie został rzucony na kolana przez okręty podwodne, zeppeliny oraz bombowce Gotha i Giant. Wojna nie zmieniła tylko jednego kanonu: wygrywał ten, kto wiedział więcej o planach przeciwnika. Ten, kto potajemnie zdobył więcej prawdziwych informacji i umiejętnie podsunął fałszywe.

Artykuł Rafała Brzeskiego pt. „Radiowywiad w I wojnie światowej cz. III” znajduje się na s. 17 czerwcowego „Kuriera WNET” nr 48/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi oraz dodatek specjalny z okazji 9 rocznicy powstania Radia WNET, czyli 44 strony dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Wywiad Rafała Brzeskiego pt. „Radiowywiad w I wojnie światowej cz. III” na s. 17 czerwcowego „Kuriera WNET” nr 48/2018, wnet.webbook.pl

Żaryn: Broniąc prawdy o historii II wojny światowej będziemy musieli zderzyć się z żydowskim mitem Holokaustu [VIDEO]

Senator Prawa i Sprawiedliwości podkreślił, że przekaz środowych konferencji premierów Polski i Izraela był sukcesem Rzeczpospolitej, w walce o popularyzację naszej narracji historycznej Holokauście.

 

Zdaniem gościa Poranka Wnet nowelizacja ustawy o IPN oraz następnie konferencje premierów Morawieckiego i Netanjahu były sukcesem Polski: Deklaracja premierów jest naszym zwycięstwem w walce o narrację historyczną, ponieważ storna izraelska stara się, by historia holocaustu nie uległa żadnej deformacji, poprzez jakieś wyjątkowe doświadczenie innego narodu. A my mieliśmy wyjątkowe doświadczenia II wojny światowej.

Jeżeli chodzi o kwestie roszczeń bezspadkowych, to niewątpliwie wartość deklaracji premierów zobaczymy dopiero w trakcie kolejnych negocjacji, które pewnie będą wynikiem nacisków USA – podkreślił w Poranku Wnet profesor Jan Żaryn, historyk, znawca dziejów Holokaustu oraz senator Prawa i Sprawiedliwości.

Zdaniem gościa Poranka Wnet w ramach walki o historyczną prawdę musi dojść do sporu innymi narodami: W społeczności żydowskiej jest bardzo wiele osób i środowisk, które są zainteresowane w podtrzymaniu mitu o wyjątkowy losie narodu żydowskiego w czasie II wojny świętej, w którym żaden obcy dźwięk ma nie być obecnym. W tym micie kluczowe jest, że Holokaustu dokonali naziści z Niemiec, ale za zgodą chrześcijańskich narodów Europy i stanowił finał antyżydowskiej opowieści toczącej się co najmniej od 70 roku po Chrystusie.

Prof. Jan Żaryn podkreślił, że jeszcze wiele działań przed rządem oraz polskim społeczeństwem, zanim polska narracja o II wojnie światowej zajmie właściwe miejsce w światowym obrazie tych wydarzeń: Po tej deklaracji front z Izraelem nie jest zamknięty. W relacjach między USA i Izraelem a Polską i w tym trójkącie mamy jeszcze wiele zadań do wykonania. Zrobiliśmy pierwszy krok, ale teraz czas na edukację i naukę. Trzeba powoływać katedry zajmujące się kulturą i historią Polski na zachodnich uniwersytetach i nie oddawać ich w ręce takich ludzi jak Tomasz Gross, a tak działo się dotychczas.

Musimy zdawać sobie sprawę, że ta prawda historyczna dotycząca II wojny światowej, stawia nas w pozycjach wyjątkowych, jeśli chodzi o przebieg II wojny światowej, więc musimy się zderzyć z narracjami obcymi i musimy się zderzyć, także z mitologiami, w związku z tym musimy być potraktowany jako intruz. To jest kwestia, która powinna być dla nas oczywiste – podkreślił profesor Jan Żaryn.

ŁAJ

Zamach w Sarajewie dał początek strasznej wojnie, która dała początek następnej – Gawęda historyczna Krzysztofa Jabłonki

104 lata temu doszło do zamachu w Sarajewie. Jednak do dzisiaj odpowiedzialni za wybuch I Wojny Światowej spychają na siebie odpowiedzialność za dramat, który doprowadził do dramatu II Wojny Światowej

Gawędy historycznej można słuchać na żywo, razem z muzyką, w każdą środę po godzinie 17.

Poprzednie audycje można znaleźć tutaj

Pierwsi turyści przepłynęli liczącym 1,1 km długości odcinkiem Głównej Kluczowej Sztolni Dziedzicznej w Zabrzu

Ponowne uruchomienie zabrskiego odcinka sztolni pozwoliło na powstanie w Zabrzu jednego z najcenniejszych i najciekawszych na skalę europejską kompleksów, prezentujących górnicze zabytki techniczne.

Adam Frużyński

Poszukiwania nowych zasobów węgla doprowadziły do odkrycia w listopadzie 1790 roku jego pokładów w rejonie Zabrza i Chorzowa. W celu wydobywania węgla dyrektor Wyższego Urzędu Górniczego w Wrocławiu, hrabia Fryderyk Reden, polecił w 1791 roku uruchomić w Zabrzu kopalnię węgla „Królowa Luiza” („Zabrze”). Gdy zgłębiono pierwsze szyby kopalni i przystąpiono do urabiania węgla, do podziemnych wyrobisk kopalni natychmiast zaczęła napływać woda, przeszkadzająca w górniczej pracy. (…)

Wtedy to hr. F. Reden polecił zaprojektowanie sztolni, która miała w pierwszej kolejności odwodnić kopalnię „Królowa Luiza”. Sztolnia miała następnie zostać przedłużona do Chorzowa, służąc do równoczesnego odwadniania wielu innych kopalń, znajdujących się w tym rejonie. Jednak miała nie tylko odprowadzać wodę z licznych kopalń, lecz jednocześnie służyć do podziemnego transportu węgla drogą wodną do specjalnie wybudowanego portu przy jej wylocie. Tam węgiel przeładowywano by na barki, płynące po Kanale Kłodnickim, łączącym Zabrze z Gliwicami i Koźlem. W ten sposób węgiel wprost z kopalni mógł dalej Odrą dotrzeć nawet do Szczecina. (…)

Ponieważ sztolnia miała 3,5 metra wysokości, była drążona dwuetapowo. W pierwszej kolejności wykonywano górny fragment sztolni. Gdy front robót przesunął się o kilka metrów, druga grupa górników wykonywała jego dolny fragment. Pracując na dwie zmiany, robotnicy wykuwali dziennie około 73 cm chodnika. (…)

Część korytarzy sztolni wzmocniono grubą na 60 cm obudową z kamienia. Stosowano też czasami obudowę mieszaną, ceglano-kamienną. Odcinki sztolni wykute w szczególnie twardych skałach pozostawiano bez obudowy, a powstałe fragmenty sztolni miały 3,5 metra wysokości, 1,6 metra szerokości, a poziom wody wynosił około 1,3 m. (…)

Urobiony przez górników w zabierkach węgiel ładowano do drewnianych skrzyń mieszczących po 370 kg węgla, które ustawiano na platformach ciągniętych przez konie. Zestawy takie poruszały się po żelaznych szynach, ułożonych w chodnikach prowadzących do podziemnych portów. Tam skrzynie z węglem przeładowywano z platform do drewnianych łodzi przy pomocy specjalnych dźwigów.

Łodzie miały 8,6 metra długości i mieściły do 10 skrzyń z węglem. Łączono łańcuchami po 3–4 łodzie, które przepychał przez sztolnię jeden robotnik. Opierał się on głową i rękami o kołki dębowe wbite w strop wyrobiska, a nogami przesuwał łodzie do przodu. Gdy znalazł się w ostatniej łodzi, przechodził do pierwszej i rozpoczynał pracę od początku. Powtarzając wielokrotnie tę czynność, po 6–7 godzinach osiągał ujście sztolni. W następnych latach przewoźnik odpychał się od stropu drewnianym kołkiem, co skróciło okres spławu do 3–4 godzin.

Łodzie płynące w kierunku wylotu mijały się z łodziami powracającymi w specjalnych mijankach. Gdy osiągnęły ujście sztolni, wypływały na powierzchnię i zatrzymywały się w małym porcie. Tam węgiel przeładowywano specjalnym żurawiem do dużych, mieszczących po 18 skrzyń łodzi, kursujących po Kanale Kłodnickim, którego budowę rozpoczęto w 1799 roku. Rozpoczynał się on w Zabrzu i łączył sztolnię z Królewską Odlewnią Żelaza w Gliwicach. W Sośnicy funkcjonowała pochylnia rolkowa, na której łodzie były opuszczane o 11 metrów, pokonując w ten sposób różnicę terenu. (…)

W latach 1850–1860 do sztolni doprowadzono kilka odgałęzień umożliwiających odwadnianie 11 innych kopalń węgla. Potem trafiono na skały wodonośne, z warstwami półpłynnymi i kurzawkami, które spowolniły prace do tego stopnia, że na początku lat 60. XIX wieku budowano tylko po 20 metrów sztolni rocznie.

Ostatecznie budowę liczącej wtedy 14,2 km sztolni ukończono 6 października 1863 r., gdy jej przodek dotarł do kopalni „Król” w Chorzowie. Unieruchomiono wtedy pompy odwadniające kopalnię i wody z podziemnych wyrobisk spłynęły do sztolni, którą przepływało wtedy 17 m3 wody na minutę.

W miarę upływu czasu sztolnia traciła powoli na znaczeniu, gdyż w wielu innych kopalniach, które do tej pory odwadniała, ustawiono silne pompy, które tłoczyły wodę bezpośrednio na powierzchnię. Sztolnia przez kilka następnych lat służyła do odprowadzania wody, lecz stanowiło to korzyść niewspółmiernie małą w stosunku do poniesionych kosztów jej budowy i utrzymania. Gdy na początku XX wieku częściowo zasypano Kanał Kłodnicki pomiędzy Zabrzem a Gliwicami, nadmiar wody ze sztolni był kierowany specjalnym upustem do Bytomki.

W tym stanie sztolnia dotrwała do lat 50. XX wieku, kiedy podjęto decyzję o jej likwidacji. Zniszczono i zamurowano w 1953 roku wylot sztolni, zasypano szybiki. W świadomości społecznej zaistniała ponownie, gdy niedawno rozpoczęto jej penetrację, a działania te zostały nagłośnione przez media. Mimo upływu dwóch stuleci, podziemne korytarze sztolni są w zaskakująco dobrym stanie.

Cały artykuł Adama Frużyńskiego pt. „Główna Kluczowa Sztolnia Dziedziczna” znajduje się na s. 2 czerwcowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 48/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi oraz dodatek specjalny z okazji 9 rocznicy powstania Radia WNET, czyli 44 strony dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Adama Frużyńskiego pt. „Główna Kluczowa Sztolnia Dziedziczna” na s. 2 czerwcowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 48/2018, wnet.webbook.pl

Ponad 200 triumfalnych bram witało wojsko polskie, które wkraczało na Śląsk w 1922 roku po powstaniach i plebiscycie

Wzruszającą chwilą było wręczenie generałowi Szeptyckiemu przez przedstawicieli byłych powstańców powiatu rybnickiego sztandaru powstańczego, który przebył wszystkie trzy powstania.

Tadeusz Loster

Kiedy w XV wieku Polska odzyskała Gdańsk i Pomorze, Jan Długosz w swoich pamiętnikach napisał: „Niemało się cieszę, że wróciły do Polski pruskie ziemie, ale jeszcze więcej bym był się radował i czuł się szczęśliwym, gdybym dożył tej chwili, gdy Śląsk, prastara piastowska dzielnica, powróci na łono ojczyzny. Wtedy błogich doznałbym uczuć, a miałbym milszy w grobie spoczynek”.

Wieczorem o godz. 22.30 dnia 15 czerwca 1922 roku w wielkiej sali gmachu Komisji Międzysojuszniczej w Opolu miała miejsce historyczna chwila – oddanie Państwu Polskiemu części Górnego Śląska. Ziemie, które miały powiększyć obszar Rzeczypospolitej, zostały przyznane Polsce decyzją Rady Ambasadorów dnia 20 października 1921 roku. Był to owoc trzech śląskich powstań oraz plebiscytu.

Już 20 czerwca o godz. 8 rano wojsko polskie pod dowództwem generała broni Stanisława Szeptyckiego przekroczyło granicę i wkroczyło do powiatu katowickiego, obsadzając w ten sposób pierwszą strefę obszaru Śląska przyznaną Polsce. Oddziały wojska polskiego, auta pancerne i kawaleria zostały powitane na moście szopienickim przez tłumy publiczności, władze państwowe i wojewódzkie, duchowieństwo oraz organizacje społeczne, polityczne i kulturalne. Wraz ze sztabem gen. Szeptyckiego granicę przekraczał generał Horoszkiewicz, dowódca 23 dywizji, która przeznaczona była do obsadzenia Górnego Śląska.

Brama powitalna w Królewskiej Hucie, 6.06.1922 r. | Źródło: NAC

Na granicy ustawiono tryumfalną bramę powitalną. Do jej słupów był przywiązany łańcuch żelazny pomalowany na kolor czarno-biały (barwy pruskie). Generał Szeptycki podjechał na koniu w pobliże łańcucha, gdzie powitał go krótką przemową wojewoda Rymer oraz ks. prałat Kapica. Po patriotycznym przemówieniu generała Szeptyckiego i odegraniu pieśni „Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród”, powstaniec śląski – inwalida młotem rozbił symboliczny łańcuch zagradzający drogę z Polski na Śląsk. Przy dźwiękach hymnu „Jeszcze Polska nie zginęła” wojsko polskie ruszyło na ziemię śląską i drogą przez Roździeń, Szopienice, Burowiec, Zawodzie udało się do Katowic.

Ludność śląska ustawiona w szpaler od granicy do Katowic entuzjastycznie witała armię polską, obrzucając ją kwiatami. Od granicy do Katowic Ślązacy ustawili około 30 bram powitalnych. W Zawodziu brama powitalna zbudowana była z węgla; górnicy z zapalonymi lampkami witali wojsko polskie tradycyjnym „Szczęść Boże”, a wójt gminy chlebem i solą.

(…) Do trzeciej strefy części obszaru plebiscytowego wojsko polskie wkroczyło dnia 26 czerwca 1922 roku. Na granicy powiatu bytomskiego w Brzezinach zostało powitane przez ludność śląską oraz proboszcza ks. Grunda, wygnańca z niemieckiej części Górnego Śląska. Z Brzezin przez Kamień i Szarlej entuzjastycznie witane wojsko pod dowództwem generała Szeptyckiego, wraz ze szwadronem ułanów przeznaczonych dla Tarnowskich Gór, dotarło do Piekar Śląskich, gdzie przed cudownym obrazem Matki Boskiej piekarskiej modlił się król polski Jan III Sobieski o zwycięstwo nad Turkami. Tutaj przed kościołem ustawiono powitalną bramę tryumfalną. Żołnierzy i ich dowódcę powitał 87-letni były górnik Wawrzyniec Hajda, który w wieku 27 lat oślepł w kopalni wskutek przedwczesnego wybuchu dynamitu. Po wypadku dla Hajdy zaczął się nowy etap życia: stał się działaczem społecznym, zaczął pisać pieśni kościelne i ludowe oraz komponować do nich melodie.

Wzruszony powitaniem przez śląskiego Wernyhorę generał powiedział: „Nie będzie Pan wprawdzie widział wojska polskiego, lecz usłyszy Pan za chwilę tętent ułanów polskich, którzy tędy przejeżdżać będą. Niech choćby to jest nagrodą za Pańską tęsknotę do Polski i za Pańskie cierpienia dla Polski”. Podobno, kiedy koło ślepego Wawrzyńca Hajdy przejeżdżał szwadron kawalerii, ten zapytał: „Czy ci polscy ułani mają skrzydła jak husaria Sobieskiego?”. (…)

Zgromadzona licznie ludność ze sztandarami i muzyką wraz z wojskiem przemaszerowała przez Goczałkowice do Pszczyny, witana owacyjnie przez zgromadzoną ludność. Na drodze przemarszu mieszkańcy ustawili ponad 50 powitalnych bram tryumfalnych.

Generał Szeptycki wraz z posłem Korfantym, oficerami sztabu oraz zaproszonymi gośćmi, dziennikarzami prasy warszawskiej, krakowskiej i śląskiej, udał się samochodami do Pszczyny. Tutaj przybyłych powitała wspaniała brama tryumfalna ustawiona kosztem zarządu dóbr księcia pszczyńskiego.

Przybyłe do Pszczyny wojsko polskie oraz gen. Szeptyckiego powitał chlebem i solą burmistrz miasta Figna. Gen. Szeptycki, dziękując mu po przemówieniu, przyjął od dzieci polskich miasta Pszczyny biało-czerwone bukiety kwiatów. Potem w imieniu ludności niemieckiej przemówił pan Groll. Jego prowokacyjne wystąpienie przerwał generał: „W Polsce tak polski, jak i niemiecki obywatel może być pewny swych praw i bezpieczeństwa mienia i życia”. (…)

Do ostatniej strefy obszaru plebiscytowego powiatu rybnickiego wojsko polskie wkroczyło 4 lipca 1922 roku. Uroczyste jego przyjęcia nastąpiły w Żorach i Wodzisławiu, ale główne uroczystości świętowane były w Rybniku. Generał Szeptycki wraz z towarzyszącym mu gen. Osieńskim, oficerami sztabu i prasą przybył do Rybnika z Katowic. Przy bramie powitalnej w pobliżu nowego kościoła wojsko polskie, generałów, wojewodę Rymera oraz ks. Prałata Kapicę powitał mecenas Różański. 3 Pułk Strzelców Podhalańskich oraz 1 bateria 23 Pułku Artylerii Polowej, przeznaczone dla tego miasta, przybyły koleją do Orzesza, skąd marszem udały się do Rybnika. Po drodze oczekiwały przybyłych szpalery ludności i bramy tryumfalne, których w całym powiecie rybnickim Ślązacy postawili ponad 120. (…)

Ślązacy wybudowali ponad 200 tryumfalnych bram witających wojsko polskie. Żadna z nich nie była podobna do innej, były to indywidualne projekty związane z tradycjami danego regionu Śląska. Jedno, co je łączyło, to umieszczone na nich symbole i godła Polski. Niektóre z bram były olbrzymie i piękne, postawiono je dużym wysiłkiem i kosztem. Bowiem dla narodu śląskiego były one bramami do Polski.

Cały artykuł Tadeusza Lostera pt. „Bramy do Polski” znajduje się na s. 1 i 3 czerwcowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 48/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi oraz dodatek specjalny z okazji 9 rocznicy powstania Radia WNET, czyli 44 strony dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Tadeusza Lostera pt. „Bramy do Polski” na s. 1 czerwcowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 48/2018, wnet.webbook.pl

– Rób życie! – mawiała zawsze Halina, co znaczyło: ciesz się, baw się, używaj/ Wojciech P. Kwiatek „Kurier WNET” 48/2018

„Wiem, że gdyby nie wy, mnie już by nie było na tym świecie” – napisała Halina w swym pierwszym od czasu wyjazdu z Polski liście, dając – po blisko 15 latach – znak, że przeżyła i jest szczęśliwa.

Wojciech Piotr Kwiatek

HALINA
Historia prawdziwa

Do domu moich dziadków na warszawskiej Pradze przy ul. Ząbkowskiej trafiła w 1943 r., krótko po wybuchu powstania w getcie. Miała wtedy 13 lat, dwa lata więcej niż moja matka. W kamienicy wszyscy ją znali, wcześniej służyła bowiem jako pomoc domowa u państwa Sz., naszych sąsiadów.

Któregoś dnia moja matka wracała do domu. Na parapecie półpiętra zobaczyła Halinę. Siedziała i płakała.

– Co się stało? Czemu płaczesz? – spytała matka.

– Sz. mnie wypędzili – usłyszała w odpowiedzi.

Matka pobiegła szybko do babci i wszystko opowiedziała.

– Mamusiu, co z nią będzie? – spytała. – Ona nie ma w Warszawie nikogo…

Babcia zawołała Halinę.

– Chcesz przyjść do nas? Będziesz pracować? I słuchać się?

Dziewczyna chętnie zgodziła się pomagać u nas w domu. Miała robić zakupy, sprzątać, pomagać w opiece nad moim wujem (miał wtedy 9 lat). Rodzina zyskała więc wyrękę, a moja matka – koleżankę; toż były niemal rówieśnicami.

„Życzliwi”

Nie minęło wiele czasu, gdy pani Sz. zaczepiła babcię na schodach:

– Pani Zdawkowa, Halina to Żydówka, musi pani wiedzieć, kogo pani wzięła do domu…

Babcia nie była strachliwa nigdy, ale sprawa była poważna. Wszystkim lokatorom domu, w którym ukrywano Żyda, groziła śmierć. Wróciwszy do domu babcia zawołała Halinę.

– Jesteś Żydówką – powiedziała jej wprost. Dziewczynka rozpłakała się, zaczęła się zaklinać, że to nieprawda. Pokazała nie budzącą wątpliwości metrykę chrztu katolickiego. Była naturalną blondynką.

Babcia dokładnie obejrzała metrykę, pomyślała, w końcu machnęła ręką. Po latach wspominała, że nie potrafiła wyobrazić sobie wyrzucenia z domu 13-letniego dziecka w sercu nocy hitlerowskiej okupacji. I mimo że sąsiedzi – poinformowani widać przez panią Sz. – wielekroć upominali babcię i ostrzegali, ta nigdy ich nie posłuchała.

Babcia Luta Zdawkowa

Szczęśliwe lata

Halina Kuśmierek zżyła się z rodziną, najbardziej z matką i wujem. Była sprytna, posłuszna, chętna do pomocy. Czas wolny od domowych zajęć najchętniej spędzały z matką na przekomarzankach z ulicznikami z sąsiedztwa, na potańcówkach, wyprawach na Targową i dalej, jak to się wtedy mówiło – „do miasta”.

Obie wspominały później, że to były dla nich naprawdę szczęśliwe lata, lata pełne wygłupów, flirtów, zabawy i nie wygasającego nigdy śmiechu. Zwłaszcza Halina była uosobieniem radości i wesołości. Dla kilkunastoletniej dziewczynki okrucieństwo wojny to nieraz bajka o żelaznym wilku.

Jedno tylko mąciło owe radosne chwile. Halina wraz z moją matką chodziły co pierwszy piątek do spowiedzi i Komunii św. Za każdym razem, odchodząc od konfesjonału, Halina strasznie płakała.

Odejście

Skończyła się wojna. Narodziła się komunistyczna PRL. Życie weszło w inny rytm, a na Ząbkowskiej nie zmieniło się za wiele. Halina była już jak członek rodziny, bardzo zaprzyjaźniona z matką, lubiana przez dziadków. Rodzina szczęśliwie wyszła z hitlerowskiego potopu bez strat, choć przecie po drodze była i konspiracja w AK, i Powstanie, co prawda na Pradze w zasadzie „nieobecne”.

Jedyną dostrzegalną różnicą była drobna, ale uchwytna zmiana w zachowaniu się Haliny. Zrobiła się bardziej pewna siebie, momentami harda, raz czy drugi pozwoliła sobie na dyskusje z poleceniami wydawanymi jej przez dziadków. Z początku wszystko łagodziły „rozmowy wychowawcze”. W 1946 r. doszło jednak do scysji poważniejszych, wywołanych tym, że Halina zdecydowanie odmówiła wykonania kilku drobnych poleceń. Trzeba było coś postanowić. Sytuację nieco rozjaśniał fakt, że Halina odnalazła gdzieś, bodaj w Kieleckiem, resztki rodziny, konkretnie ciotkę.

– Słuchaj, Halina – powiedziała pewnego dnia babcia. – Zrobiłaś się nieposłuszna, nie możemy dać sobie z tobą rady. Jeżeli już nie chcesz u nas być, droga wolna. Najgorsze minęło, zrobiliśmy dla ciebie, cośmy mogli… Masz podobno jakąś rodzinę… Teraz niech ona ci pomoże…

I tak się stało. Pewnego dnia Halina odeszła bez obustronnego go żalu. Choć pewnie moja matka żałowała koleżanki…

W świat

Pojawiła się na Ząbkowskiej jeszcze raz, mniej więcej rok później. Pojawiła się, żeby się pożegnać na zawsze. Przez Czerwony Krzyż czy inną drogą została odnaleziona przez mieszkającą w Paryżu daleką krewną. Serdecznie za wszystko podziękowała, przeprosiła za nieposłuszeństwo. Dziadkowie, szczęśliwi, że jej oddalenie nie przyniosło w skutkach nic złego, życzyli jej szczęścia w nowym świecie. Miało jej być potrzebne. Miała już 17 lat. Na resztę życia wybierała się do Paryża.

List

Ale Halina nie zniknęła z życia mojej rodziny na zawsze, żegnając się w 1947 r. na Ząbkowskiej. Dziesięć czy dwanaście lat później dostaliśmy od niej list. Na kopercie nalepiony był znaczek poczty państwa Izrael.

Byłem jeszcze za mały, żeby pamiętać szczegóły. Pamiętam jedynie, że czytając go, babcia i matka płakały z nieopanowanego wzruszenia, jakie wywołać musiały słowa:” Jestem Żydówką”, czy: „Wiem, że gdyby nie wy, mnie by już nie było na tym świecie”. Hanah, bo tak naprawdę miała na imię, uciekła z getta tuż przed wybuchem w nim powstania. Jej matka powiedziała: Masz szansę przeżyć, nie jesteś podobna do Żydówki. Wyjdziesz z getta. A gdy Hanah odmówiła, oświadczając, że nie zostawi matki, ta zagroziła samobójstwem.

Hanah wyszła więc z getta i przeżyła dzięki moim dziadkom. Jej matka zginęła w Treblince, ojciec, być może, w powstaniu. Gdy w 1989 r. spotkałem się z Haliną, nie chciałem rozpytywać o szczegóły. Może źle zrobiłem? Może jeszcze nadarzy się okazja?

Listy i pomarańcze

Od tej pory między ul. Ząbkowską w Warszawie a ul. Hagalil w Hajfie rozpoczęła się regularna korespondencja, prowadzona przez Hanah i moją matkę. Dowiedzieliśmy się więc, że wyszła za mąż, że jest szczęśliwa, że jej mąż, Dawid, facet twardy i pracowity, pracuje jako kierowca, wożąc materiały budowlane ogromną ciężarówką przez cały Izrael, od Akki po Pustynię Negew i Ejlat. Hanah opisała, jak w 1947 r. omal nie zginęła o krok od Ziemi Obiecanej, gdy flota Anglików, sprawujących wówczas protektorat nad ziemiami dzisiejszego Izraela, otworzyła na redzie portu w Hajfie ogień do statku, którym płynęła jako „nielegalna imigrantka”, wraz z tysiącami podobnych.

Ja miałem w jej wdzięczności udział najwspanialszy: dwa razy do roku przychodziła dla mnie z Izraela skrzynka pysznych pomarańczy, pachnących jak żadne inne w tamtych czasach, gdy na komunistycznym rynku pomarańcza należała do największych rarytasów. Hanah pamiętała też o babci i matce. W domu zaczęły się pojawiać piękne wyroby galanteryjne ze skóry i srebra, doskonałego jedwabiu, egzotyczne we wzornictwie i zdobieniach.

Z biegiem lat Hanah i Dawid stanęli mocno na nogach i otworzyli w Hajfie sklep mięsny. Pracowali w nim oboje od rana do wieczora. Dorobili się stałej, niemałej klienteli.

Wojna, polityka, milczenie

W 1967 r. doszło do wybuchu „wojny sześciodniowej”. Stosunki Polski z Izraelem, i tak dalekie od ideału, uległy niemal całkowitemu zerwaniu. Można oczywiście było korespondować, ale w Polsce listy takie nie były dobrze widziane. A potem był marzec ’68 i wielki exodus Żydów z Polski do Izraela. Stosunki między oboma państwami praktycznie przestały istnieć.

Między Ząbkowską w Warszawie a Hagalil w Hajfie zapanowało długie milczenie.

Wszystko to stało się dosłownie w chwili, gdy moja matka miała jechać do Izraela, by spotkać się z Haliną. Nie spotkały się już nigdy. W latach 70. wymieniły jeszcze kilka listów.

Wszystko dla cioci

Korespondencja została podjęta chyba w końcu lat 70., a może na początku 80. Ale listy przychodziły już tylko do babci. Matka zmarła w 1976 r.

W listach była troska o zdrowie „cioci” (tak Hanah, będąc jeszcze w Warszawie, w naszym domu, zwracała się do babci), o to, jak powodzi się reszcie rodziny – mnie, wujowi, jego synom. Około połowy lat 80. zaczęły też przychodzić paczki dla babci – ze słodyczami i lekami, z bielizną, z odżywkami. Hanah i Dawid podjęli też kroki w celu przyznania babci przez Instytut Pamięci w Yad Yashem medalu Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata. Hanah zaczęła też w listach, a czasem i w telefonicznych rozmowach, namawiać babcię do przyjazdu do Izraela.

– Halina – odpowiadała jej babcia – ja mam już 85 lat, jak ja mam się wybrać w taką straszną drogę?

– Ciociu – odpowiadała na to Halina – o nic się nie martw. Tu cię będą cały czas na rękach nosić, nie będziesz musiała sama zrobić nawet kroku…

Babcia śmiała się i mówiła, że się zastanowi. Namawiałem ją do tego – byłaby to dla niej wielka przygoda, a Hanah z Dawidem byliby tak szczęśliwi! Dawid zawsze powtarzał, że on zaciągnął u „cioci” większy dług niż sama Hanah. „Ona uratowała dla mnie najlepszą żonę na świecie!” – krzyczał z emfazą.

Ja na razie nie przyjadę, może później – odpisała któregoś dnia babcia. – Jak chcesz, zaproś Wojtka.

Ponad pokoleniami

Ale wcześniej Halina zjawiła się w Polsce.

Przyjechała na obchody 45. rocznicy powstania w getcie, w 1988 roku. Wtedy ją poznałem. Byliśmy razem na uroczystościach rocznicowych, byliśmy w Treblince i na Majdanku, w Teatrze Żydowskim na Pieśni o zamordowanym żydowskim narodzie. W czasie tego pierwszego od blisko pół wieku pobytu w Polsce Hanah trochę się śmiała. Ale znacznie więcej płakała.

A rok później, latem 1989 roku, po 3 godzinach lotu ujrzałem przez samolotowy iluminator najpierw nieprawdopodobnie błękitną taflę Morza Śródziemnego, a potem palmy wokół portu lotniczego Ben Gurion.

„Za życie!”

Spędziłem z Hanah i Dawidem dwa i pół miesiąca, jeden z najpiękniejszych okresów w życiu. Byłem przyjmowany i goszczony w wielu żydowskich domach, których mieszkańcy – ludzie zwykle bardzo starzy – niemal bez wyjątku mówili – albo przynajmniej rozumieli – po polsku. Z Haliną poznawałem Hajfę, piękne, schodzące tarasami z góry Karmel ku morzu miasto, w którym nie odczuwało się upału. Z przyjacielem Haliny i Dawida, Jossim, zjeździliśmy samochodem niemal cały Izrael.

Miałem tam sobie trochę popracować, redaktorska pensyjka w Polsce zdecydowanie wymagała wsparcia, ale okazało się, że o pracę (oczywiście „na czarno”) nie jest w Izraelu łatwo, zwłaszcza z kwalifikacjami magistra polonistyki. Gdy więc jechałem sam na zwiedzanie (Hanah musiała czasem pomóc Dawidowi w sklepie), dostawałem w kieszeń 10 szekli (około 5 dolarów).

– Masz, jedź i rób życie! – mawiała zawsze Halina. „Rób życie” znaczyło u niej: ciesz się, baw się, używaj. Więc „robiłem życie”, a wieczorami siadaliśmy we trójkę przed telewizorem, piliśmy dobre alkohole i za każdym razem wznosiliśmy po hebrajsku najpiękniejszy toast, jaki kiedykolwiek słyszałem: Le chaim!, co znaczy: za życie.

Sprawiedliwi

W czasie, gdy ja „robiłem życie” w Izraelu, w Warszawie miało miejsce coś o wiele ważniejszego: mojej babci przyznano wnioskowany przez Halinę i Dawida medal Sprawiedliwy wśród narodów świata. Każdy, kto taki medal otrzyma, ma w Parku Sprawiedliwych w Jerozolimie swoje drzewko. Sadzą je zwykle ci, którzy ocaleli dzięki tym, dla których sadzą drzewo. Ja byłem o krok od wielkiej szansy: mogłem sam babci to drzewko w Jerozolimie posadzić.

Niestety, los chciał inaczej. Wyznaczony termin posadzenia drzewka był o kilka dni późniejszy niż termin mego odlotu do Polski.

Drzewko posadziła Halina.

Niektóre imiona, nazwiska i inicjały zostały przez autora zmienione.

Czy to jest chichot historii? Jestem ofiarą czy sprawcą? / Marian Smoczkiewicz, „Wielkopolski Kurier WNET” 48/2018

Mamy do czynienia z fałszowaniem historii na potężną skalę. Wymyślono tezę, która zaciera granicę między ofiarą a sprawcą. Teza ta, skutecznie wsparta medialnie, ma stać się obowiązującą prawdą.

Wielkopolskie losy

Marian Smoczkiewicz

Ofiara czy sprawca? Uwagi na temat relacji polsko-żydowskich

Czy to jest chichot historii? Współczesna narracja dotycząca ofiar niemieckiej okupacji w czasie II wojny światowej sugeruje ich podział na dwie grupy: lepszych i gorszych. Tak rozumiem – na podstawie opinii ekspertów i doniesień medialnych – intencje amerykańskiej ustawy 447, podpisanej w maju przez prezydenta Donalda Trumpa. I na mocy tej właśnie ustawy zakwalifikowano mnie jako tę gorszą ofiarę niemieckiej okupacji. Co więcej, okazuje się, że na odszkodowania z tytułu poniesionych strat w czasie II wojny światowej będę musiał się składać do spółki z oprawcami.

Ja również jestem ofiarą niemieckiego systemu eksterminacji narodu polskiego, wprowadzonego w 1939 roku na ziemie polskie. Cierpienia moich bliskich są nie tylko podobne do cierpień rodzin żydowskich, ale wręcz zbieżne z nimi. Umniejszanie wojennych strat polskich rodzin jest dla mnie sprawą o znaczeniu życiowym, a dla mojej Ojczyzny fundamentalnym. Jeśli takie mocarstwo, jakim są Stany Zjednoczone, przyjmuje tego typu ustawę, to musi mieć konkretny cel. Widać to było w trakcie debaty, która odbyła się przy tej okazji w Izbie Reprezentantów. Amerykańscy kongresmeni mówili wprost, że należy stworzyć pewną podstawę ustawową dla Sekretarza Stanu, dla rządu czy innych instytucji. Te z kolei będą mogły wywierać presję – dokładnie użyto tego określenia – na rządy innych państw, uczestników konferencji w Terezinie, która dotyczyła tzw. mienia ery Holokaustu. To znaczy, aby w przypadku mienia bez spadkobierców, które z reguły przejmuje Skarb Państwa, równowartość takiego mienia przechodziła na rzecz organizacji – w tym przypadku amerykańskich – zajmujących się tzw. pomocą ofiarom po Holokauście lub krzewieniem pamięci o Holokauście. Reasumując, nie do przyjęcia jest dla mnie, abyśmy składali się finansowo na pokrzywdzonych przez Niemców Żydów, a w gruncie rzeczy na stowarzyszenia reprezentujące żydowskie ofiary II wojny światowej.

Mój Ojciec Marian

Urodziłem się dwa lata przed wybuchem II wojny światowej. Moi rodzice pochodzili z licznych rodzin: tata z sześciorga, a mama z siedmiorga dzieci. Właśnie ta generacja wzięła na siebie największy ciężar obrony kraju. Stawili czoła Niemcom, walczyli tak heroicznie, jak tylko było to możliwe… do końca. Nie zgodzę się więc nigdy, by ktokolwiek śmiał obsadzać w roli współsprawców Holocaustu mojego ojca, moich stryjów, wujów czy ich współbraci w walce.

Marian Smoczkiewicz, ojciec Autora | Fot. archiwum rodzinne

Gdy wybuchła wojna, mieszkaliśmy w Bydgoszczy, gdzie ojciec, Marian Smoczkiewicz, miał kancelarię adwokacką. Pamiętam go słabo, pojedyncze obrazy ze wspólnych zabaw. Po wkroczeniu Niemców do Bydgoszczy otrzymał w październiku 1939 roku wezwanie na policję. Do końca nie zdawał sobie sprawy, z jakim barbarzyństwem przyjdzie stanąć mu twarzą w twarz. Był jednak człowiekiem honorowym i odważnym, więc zgłosił się w wyznaczonym czasie. Wychodzącego z domu widzieliśmy go po raz ostatni. Od tego momentu wszelki ślad po nim zaginął. Zapytania, które mama kierowała na policję w sprawie losów ojca, spotykały się arogancją, lekceważeniem i w efekcie z brakiem wieści. Dziś wiemy tyle, że prawdopodobnie więziono go z prezydentem Bydgoszczy, innymi prawnikami, nauczycielami, lekarzami, księżmi. Wszyscy oni zginęli, a tym samym nie ma też żadnych świadków, którzy mogliby opowiedzieć cokolwiek o bydgoskim adwokacie, Marianie Smoczkiewiczu. Nigdy nie ustaliliśmy: kiedy tata zginął, jak zginął, gdzie jest pochowany. Prawdopodobnie został zamordowany na początku listopada, bo wtedy Niemcy prowadzili masowe rozstrzeliwania przedstawicieli inteligencji bydgoskiej, w lasach pod miastem. Miał wtedy 31 lat.

Stanisław, Jan i ich siostry

Młodszy brat Mariana, Stanisław Smoczkiewicz, również prawnik, absolwent studiów prawniczych na Uniwersytecie Poznańskim, został zamordowany na przełomie 1941/1942 roku. Stanisław Smoczkiewicz po wybuchu wojny bardzo aktywnie zaangażował się w działalność podziemną w Poznaniu i całej zachodniej części Polski. Był członkiem tajnej organizacji „Ojczyzna”, w której kierował wydziałem organizacyjnym oraz należał do ścisłego grona przywódców. Na bazie „Ojczyzny” z czasem utworzono struktury Delegatury Rządu na terenach zachodniej Polski. W 1941 roku rozpoczęły się aresztowania członków kierownictwa „Ojczyzny”. Między innymi aresztowano ks. infułata Józefa Prądzyńskiego, wielu innych tajnych żołnierzy, a wśród nich Witolda Ewerta-Krzemieniewskiego, brata mojej matki.

Stanisław Smoczkiewicz, mój stryj, został aresztowany w grudniu 1941 roku. Osadzono go w Forcie VII w Poznaniu, pierwszym i najokrutniejszym obozie koncentracyjnym na terenach Polski. Według listu Witolda Ewerta-Krzemieniewskiego, więzionego w tym samym czasie w Forcie VII, po długich torturach, nazywanych przez Niemców przesłuchaniami, Stanisław Smoczkiewicz został na początku 1942 roku wywieziony z obozu wraz z grupą innych działaczy i już nigdy nie wrócił. Moja babcia Czesława odebrała tylko paczkę z więzienia wypełnioną zakrwawioną odzieżą Stanisława. Do dziś nie wiemy, jak zginęła wywieziona grupa i gdzie ich pochowano.

Najmłodszy brat mojego ojca, Jan Smoczkiewicz, został wywieziony do obozu pracy do Niemiec, gdzie został uwolniony przez aliantów w 1944 roku. Dwie młodsze siostry ojca: Aleksandra (18 lat) i Teresa (14) były również wywiezione na roboty do Niemiec. Podsumowując, z sześciorga dzieci Czesławy i Władysława dwóch najstarszych synów zamordowano, troje wywieziono na roboty do Niemiec.

Rodzina Mamy

Rodzina ze strony mojej matki Aleksandry z domu Ewert-Krzemieniewskiej składała się z siedmiorga rodzeństwa: trzy córki i czterech synów. Moja matka była najstarsza. Jej młodsza siostra Kazimiera, zamężna, całą wojnę trwała samotnie, walcząc o przetrwanie dla swojego syna, wspierając równocześnie moją mamę i mnie. Mąż Kazimiery, Roman Sioda, uczestniczył w kampanii wrześniowej, a po niej przetrzymywany był w obozie jenieckim w Niemczech. Wrócił dopiero po wojnie. Druga siostra, Halina, była żoną Kiryła Sosnowskiego, jednego z założycieli organizacji „Ojczyzna”, wybitnego działacza Polski Podziemnej, który nie uniknął aresztowania (Pawiak) przez Niemców. A po wojnie również został aresztowany, tym razem przez władze Polski Ludowej i skazany na osiem lat więzienia za działalność „antypolską”. Brat mojej matki, Witold Ewert-Krzemieniewski, jako szef wydziału finansowego „Ojczyzny” został aresztowany w tym samym czasie co Stanisław Smoczkiewicz. Od tego ostatniego otrzymał gryps, jak ma zeznawać. To mu uratowało życie. Z obozu w Forcie VII został wysłany do obozu koncentracyjnego w Mauthausen-Gusen, gdzie doczekał się uwolnienia przez aliantów. Do Polski już nie wrócił, wiedząc o licznych aresztowaniach wśród działaczy podziemia. Zmarł w Kanadzie. Młodszy brat z kolei, Marian Ewert-Krzemieniewski, działał w organizacji Kedyw w Warszawie. Walczył pod pseudonimem, którego nikt w rodzinie nie znał. Zginął w Warszawie, prawdopodobnie w tak zwanym kotle, pułapce zastawionej przez niemiecką policję, Gestapo.

Marian Ewert-Krzemieniewski | Fot. archiwum rodzinne

Najmłodszy brat, Stanisław Ewert-Krzemieniewski, w tamtym czasie czternastolatek, został też aresztowany i osadzony w Forcie VII na początku 1942 roku. Ze względu na dziecięcy wiek, na szczęście po tygodniu został zwolniony.

Statystyka wojenna wśród rodzeństwa mojej mamy jest nieco „korzystniejsza” niż u Smoczkiewiczów. Z trzech synów, żyjących w czasie II wojny światowej, jeden został zamordowany, jeden był więziony, jeden przeżył ze względu na swoje 14 lat, ale również był aresztowany. Trzy siostry: Aleksandra, Kazimiera i Halina miały za zadanie przeżyć, nie dać się aresztować za działalność mężów i braci, i przede wszystkim ochronić dzieci. Ten obowiązek wypełniły, choć tylko sam Pan Bóg wie, jakim cierpieniem i strachem okupiły te lata i następne, powojenne, również.

Jesteśmy ofiarami

Ostatnie wydarzenia i informacje dotyczące relacji polsko-żydowskich skłoniły mnie nie tylko do refleksji, ale ponownego rozliczenia wojennych dziejów mojej rodziny. Na podstawie opisanej historii widać, że niemieckie ludobójstwo i fizyczna eksterminacja dotyczyła również Polaków. Wielu zapłaciło życiem, wielu zdrowiem, przebywając w nieludzkich warunkach w obozach koncentracyjnych czy na przymusowych robotach w Niemczech. Do tego należy dołączyć ból osób najbliższych przeżywających utratę dzieci, braci, mężów, a także ciągły strach o życie najbliższych. Mam też świadomość, że historii zdziesiątkowania polskich rodów, które okupant zniszczył bezpowrotnie, jest bardzo dużo. Trudno to też fizycznie policzyć, bo po wielu polskich bohaterach nie pozostał nawet ślad w postaci mogiły.

Nic nie stoi na przeszkodzie, aby poniesione straty – zarówno ból związany ze śmiercią najbliższych, jak i materialne – porównywać z podobnie doświadczonymi rodzinami żydowskimi. Zdaję sobie sprawę, że samo słowo „porównanie” nie jest właściwym terminem. Jednak jesteśmy ofiarami tego samego okupanta, najeźdźcy i zbrodniarza.

Od zakończenia wojny upłynęło już ponad siedemdziesiąt lat. Nikt nigdy nie powiedział mojej mamie albo mnie – przepraszam. Cała moja rodzina, zarówno ze strony matki, jak i ojca, w czasie okupacji była wyrzucona ze swoich domów i mieszkań. Nikt nic nie zdołał zabrać ze sobą, prócz rzeczy osobistych. Miejsca, do których nas przesiedlano, często nie nadawały się do zamieszkania. Nie mieliśmy wielkiego majątku, ale i tak straciliśmy wszystko.

Stanisław, Aleksandra i Marian Smoczkiewiczowie | Fot. archiwum rodzinne Autora

Nie da się przeliczyć na pieniądze śmierci mojego ojca, nie da się oszacować samotności mojej matki i mojego oczekiwania na powrót taty z wojny. Przez lata czuliśmy, może nawet podświadomie, że zgoda na odszkodowanie to jakby ujma dla tych, którzy poświęcili swoje życie w walce o wolność Ojczyzny. Jednak na moich oczach inne środowiska nie tylko wzbogacają się kosztem również polskiej tragedii, ale jeszcze dopisują nas do sprawców. Nie mogę i nie chcę się na to zgodzić.

***

Mamy do czynienia z fałszowaniem historii na potężną skalę. Nic nie znaczyły meldunki podziemnego Państwa Polskiego opisujące niemiecką okupację. Nic, żaden dokument, żadna relacja, żadne fakty nie były uwzględniane. Wymyślono tezę, która zaciera granicę między ofiarą a sprawcą. Teza ta, nie z racji jej trafności, ale skutecznie wsparta medialnie, ma stać się prawdą. Wydaje się, że Żydzi i Polacy pochodzenia żydowskiego umieli się lepiej zorganizować i wymóc na agresorach odszkodowania, które im się należały. Jednak amerykańska ustawa 447 może spowodować, że dołożą się do tych rekompensat również ofiary.

Wysłuchała i spisała Aleksandra Tabaczyńska.

Marian Smoczkiewicz – prof. dr hab., chirurg, były kierownik Kliniki Chirurgii Ogólnej i Gastroenterologicznej Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu, Dyrektor Polskiego Zespołu Medycznego i ordynator chirurgii Szpitala Wahda w Libii, Konsultant Chirurgii Szpitala Rashid, Dubai Emiraty Arabskie, ordynator oddziału Chirurgii szpitala w Ballinasloe w Irlandii, emerytowany nauczyciel akademicki.

Artykuł Mariana Smoczkiewicza „Ofiara czy sprawca? Uwagi na temat relacji polsko-żydowskich” znajduje się na s. 8 czerwcowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 48/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi oraz dodatek specjalny z okazji 9 rocznicy powstania Radia WNET, czyli 44 strony dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Mariana Smoczkiewicza „Ofiara czy sprawca? Uwagi na temat relacji polsko-żydowskich” na s. 8 czerwcowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 48/2018, wnet.webbook.pl

Wyniki badań archeologicznych w Europie Środkowo-Wschodniej na służbie nacjonalistycznej narracji germańskiej

W zachodnioeuropejskiej polityce historycznej promuje się koncepcje uznające obywateli UE z państw środkowo-wschodniej Europy za niższą kategorię Europejczyków, w przeciwieństwie do ludów germańskich.

Stanisław Orzeł

„Nauka” zachodnioeuropejskich państw wchodzących w skład Unii Europejskiej jest wykorzystywana – służebnie wobec interesów ekonomicznych i politycznych swoich mocodawców – do takiego kształtowania świadomości obywateli tych państw, aby jednoznacznie utożsamiali obywateli UE z państw środkowo-wschodniej Europy z niższą kategorią Europejczyków.

Dzieje się to poprzez realizację w zachodnioeuropejskiej polityce historycznej nacjonalistycznej koncepcji neokossinnizmu, promującej badania identyfikujące jakoby konkretne ludy, zwykle germańskie, z tzw. kulturami archeologicznymi. Warto podjąć próbę zareagowania na tę zakamuflowaną formę indoktrynacji neokolonialnej.

Nie jest to nic nowego w dziejach Europy, a zwłaszcza Niemiec. Już w XVIII w., podczas budowy późniejszej kopalni galmanu „Scharley” w Szarleju (wówczas od Piekarami Śląskimi), doszło do odkrycia pozostałości osadnictwa z okresu rzymskiego (I–IV w. n.e.). Odsłonięta osada była spora, ale pruscy urzędnicy nie byli pewni, czy zamieszkiwała ją ludność słowiańska, czy może jednak germańska. Odkryciem zainteresował się sam król Prus, Fryderyk Wilhelm III. Wezwano pruskich archeologów pod kierownictwem Lauberta, a ci, w porozumieniu z baronem Hardenbergiem, który właśnie w 1795 r. doprowadził do zawarcia pokoju z Francją, co umożliwiło trzeci rozbiór Polski – przeprowadzili wnikliwe badania. W ich wyniku uznali, że ową osadę z początków nowej ery zamieszkiwała ludność prasłowiańska. Co więcej – w III w n.e. ludność ta wytapiała z rudy darniowej w dymarkach żelazo…

Taki wynik badań nie odpowiadał Fryderykowi Wilhelmowi III (podobnie jak i dzisiejszym, niemieckim i zachodnioeuropejskim elitom wspierającym nacjonalistyczne „badania” archeologiczne) i rozkazał, aby znalezione na stanowisku przedmioty zniszczyć. W ten sposób władze Prus zaczęły „tworzyć” nową historię Śląska.

Jednak były żołnierz napoleoński, a wówczas już młynarz z pobliskich Brzozowic (dziś w Piekarach Śląskich), Karol Piekoszewski, zebrał wszystko, co się dało znaleźć w Szarleju i zabezpieczył w swojej stodole. Następnie wydał w 1852 r. w drukarni Teodora Haneczka broszurę, w której to opisał. Niestety – jej oryginał nie dochował się do naszych czasów. Władze pruskie działały sprawnie na polu polityki historycznej.

Potwierdza to przykład odkrycia w 1913 r., podczas rozbudowy przez spadkobierców Giszego zakładu produkcji galmanu „Wilhelmine”, śladów osady słowiańskiej z III i IV w. n.e., czyli z okresu, w którym według ówcześnie i obecnie obowiązującej narracji w polityce historycznej – Słowian w ogóle jeszcze nad Wisłą, a co dopiero na Śląsku, nie było. W tej sytuacji niemiecki historyk Ulrich Haacke przeprowadził badania opisane w „Eine alterhermanische Siedlung in Deutsch Piekar”, w wyniku których uznał, że te słowiańskie stanowiska archeologiczne nie są słowiańskie, ale germańskie. Jak to zgrabnie określił Dariusz Pietrucha, bytomski nauczyciel, który starał się zgłębić historię przemysłu wydobywczego w Piekarach Śląskich: opis taki był „poprawny ideologicznie, ale nie historycznie”…

Taka „poprawna” ideologicznie, ale nie historycznie narracja o ludności ziem znanych dziś jako Polska oraz o jej osiągnięciach w dziedzinie protoprzemysłowego wydobycia minerałów, a następnie ich hutniczej obróbki – trwa do dziś. (…)

Pomponiusz Mela w Chorografii, czyli o położeniu krajów świata ksiąg trzy, napisanej w 43 lub 44 r. n.e., opierając się na zaginionym dziele historycznym Corneliusa Neposa (100 do ok. 25 p.n.e.) podał, że rzeką graniczną między Germanią a Sarmatią była Vistula/Wisła, a za nią, w Sarmatii – według niektórych – zamieszkują Sarmaci, Wenetowie, Skirrowie, Hirrowie i inne ludy.

W Naturalis Historia, napisanej przed 79 r. n.e., Pliniusz Starszy (23–79 n.e.) przekazał, że około roku 330 p.n.e. grecki żeglarz Pyteasz z Marsylii (opisał to we fragmentarycznie zachowanym dziele O oceanie), wracając z wyprawy do Ultima Thule, podczas której poszukiwał cyny i Wyspy Bursztynowej/Balcii/Abalus, „w pobliżu Guiones, plemienia germańskiego” wpłynął na obszar „estuarium oceani Metuonis długości 6000 stadiów” – czyli około 1150 km. Owo estuarium może oznaczać zatokę oceanu, jaką jest Bałtyk. „Stąd o jeden dzień żeglugi oddalona leży wyspa Abalus – tam w okresie wiosny jest on [bursztyn] wyrzucany na brzeg, a jest wymiotem stałego morza. Mieszkańcy używają go zamiast drew do ognia i sprzedają swoim sąsiadom Teutonom”.

Kim byli ci „mieszkańcy”, którzy już za czasów Pyteasza sprzedawali bursztyn Teutonom? Otóż tenże Pliniusz Starszy powtórzył informację Cornelisza Neposa, przypomnianą przez Pomponiusza Melę o Wiśle, Sarmatach i Wenetach.

Nieco później, około roku 98 n.e., w De origine et situ Germaniae Tacyt pisał: „Wenetowie przejęli wiele z obyczajów Sarmatów. Przebiegają bowiem w celach łupieskich wszystkie lasy i góry znajdujące się między Peucynami a Fennami. Jednak powinni być raczej zaliczani do Germanów, ponieważ budują domy, noszą tarcze i lubią szybkie, piesze marsze. Odróżnia ich to od Sarmatów żyjących na wozie i na koniu”.

Klaudiusz Ptolemeusz, który ok. 150 r. n.e. w dziele Nauka Geograficzna zaznaczył na mapie m.in. lokalizację miejscowości Calisia (Kalisz), uważał, że na prawym brzegu Bałtyku u ujścia Wisły zamieszkują Wenedowie. Byli tam tak długo, że wiązał z nimi nazwy: Zatoka Wenedzka (Zatoka Gdańska) i Góry Wenedzkie (wzgórza na Mazurach lub Pomorzu). (…)

Wenetowie w wyniku ekspansji Gotów na wschód zetknęli się ze znanymi od czasów Herodota wschodnimi Słowianami. Widać to u Klaudiusza Ptolemeusza, który ok. 150 r. n.e. nad rzeką Rha/Wołga umiejscowił plemię Souobenoi, którego nazwa jest prawdopodobnie pierwszym, greckobrzmiącym zapisem słowa „Słowieni”. Zaś między Bałtami a irańskimi Sarmatami umieścił plemię Stauanoi, Stałan, którzy pod naporem idących znad Wisły Gotów wywędrowali w II w. na północ i osiedli wokół jeziora Ilmień. Przed 150 r. trwał więc napór na wschód od Wisły dwóch ludów: Gotów (wraz z podporządkowanymi im Wandalami) i Wenedów. Ich wyprawy były wspólne do przeł. II/III w., kiedy Goci ruszyli nad Morze Czarne.

Ta ludność „przeworska”, która pozostała na wschód od Wisły, została przez Kasjodora i Jordanesa utrwalona w historii Gotów jako Wenedowie, od których wzięła się u Germanów nazwa wszystkich Słowian.

Dlaczego od nich? Bo z nimi Goci porozumiewali się pierwsi, wędrując na południe wśród ludności „przeworskiej”, a następnie z podobnie mówiącą ludnością słowiańską zetknęli się nad Morzem Czarnym. W ten sposób skojarzyli Wenedów ze Słowianami nadczarnomorskimi, czyli Antami i Sklawinami, znanymi wschodnim Rzymianom. Natomiast wśród historiografów bizantyjskich Wenetowie zostali uznani za trzeci, zachodni odłam Słowian. Tak można rozwiązać zagadkę Słowian. (…)

Co najmniej od V w. p.n.e. puszcze na styku stepów nadczarnomorskich i równiny między Bałtykiem a Karpatami zamieszkiwały ludy mówiące podobnym językiem, znane pod nazwami nadawanymi im przez sąsiadujące od zachodu lub południa plemiona celtyckie lub germańskie. Owi Staroindoeuropejczycy, co zostało potwierdzone w ostatnich latach przez genetykę historyczną przy pomocy tzw. haplotypu R1a1, w sposób nie budzący już wątpliwości byli przodkami trzech odłamów Słowian: Wenetów/Wenedów – czyli zachodnich, Antów – czyli wschodnich i Sklawinów – czyli południowych. Kontakty o różnym charakterze z plemionami kimeryjskimi, scytyjskimi i sarmackimi oraz wschodnimi Celtami, a następnie germańskimi Gotami na przestrzeni od VII w. p.n.e. do II w. n.e. doprowadziły najpierw do wyodrębnienia się ze staroindoeuropejskiej – wspólnoty prasłowiańskiej, a następnie do jej podziału na trzy odłamy.

Dla wydzielenia się odłamu zachodniego przełomowy wydaje się okres archeologiczny tzw. kultury przeworskiej. Wraz z nią ukształtował się tzw. wieloplemienny związek Lugiów o wpływach celtyckich w południowej części obszaru między Bałtykiem a Karpatami oraz zespół plemion Wenetyjskich o wpływach sarmackich na północ od niego.

Wpływy sarmackie, m.in. Jazygów, oddziaływały również na Lugiów w późnym okresie istnienia ich związku plemiennego. W ten sposób oba te odłamy plemion zachodniosłowiańskich ostatecznie wyodrębniły się od plemion indoeuropejskich Europy Zachodniej. Stąd i późniejsze przekonanie wielu polskich rodów rycerskich o sarmackim pochodzeniu.

Cały artykuł Stanisława Orła „Nacjonalistyczna narracja germańska a początki przemysłu na ziemiach polskich (cz. 2)” znajduje się na s. 9 czerwcowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 48/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi oraz dodatek specjalny z okazji 9 rocznicy powstania Radia WNET, czyli 44 strony dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Stanisława Orła „Nacjonalistyczna narracja germańska a początki przemysłu na ziemiach polskich (cz. 2)” na s. 9 czerwcowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 48/2018, wnet.webbook.pl

Warszawa 1794 r. na szlaku ku Niepodległej. Przypomnienie dzieł historiograficznych płk. profesora Wacława Tokarza

Mimo bardzo krótkiego okresu funkcjonowania Konstytucji uwidoczniły się jej dobrodziejstwa: przyspieszenie rozwoju gospodarczego kraju, „braterskie zbliżenie mieszczan i szlachty” oraz dobre funkcjono

Zdzisław Janeczek

Z okazji 100 rocznicy odzyskania niepodległości Wacław Tokarz, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego i Uniwersytetu Warszawskiego, członek Polskiej Akademii Umiejętności, odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski (1922 r.) i Krzyżem Walecznych, Oficer Francuskiej Legii Honorowej i Kawaler Legii Honorowej, pułkownik WP, historyk polskich walk niepodległościowych, wraz ze swoim dorobkiem naukowym w pełni zasługuje na przypomnienie.

Wacław Tokarz | Fot. Wikipedia

Wacław Tokarz (1873–1937), uczeń Stanisława Smolki, Wincentego Zakrzewskiego i Stanisława Tarnowskiego, wybitny historyk wojskowości, gdy zetknął się z zainicjowanym przez Józefa Piłsudskiego ruchem strzeleckim, objął prezesurę koła Drugiej Krakowskiej Drużyny Strzeleckiej. Współtworzył także Komisję Skonfederowanych Stronnictw Niepodległościowych i upowszechniał idee J. Piłsudskiego wśród młodzieży Uniwersytetu Jagiellońskiego. W 1914 r. wstąpił ochotniczo do wojska. Od 1915 r., jako aspirant, został żołnierzem Legionów Polskich. Był zastępcą Komisarza Głównego i członkiem Rady Polskiej Organizacji Narodowej w 1914 r. Nauczał w szkołach podchorążych w Kozienicach i Kamieńsku. Pod jego redakcją ukazywały się tomiki „Biblioteczki Legionisty”, odbijane czcionkami Drukarni Ludowej w Krakowie. Dzięki niemu do rąk żołnierzy J. Piłsudskiego trafiały myśli i dzieła wybitnych wojskowych i działaczy niepodległościowych, m.in.: Dezyderego Chłapowskiego Wojna w 1807 roku, Ignacego Prądzyńskiego Czterej ostatni wodzowie polscy przed sądem historii, Konstantego Górskiego Bitwa pod Racławicami, Karola Różyckiego Wspomnienia o pułku jazdy wołyńskiej, Władysława Bentkowskiego Notatki osobiste z roku 1863, czy Stanisława ks. Jabłonowskiego Wspomnienia o baterii pozycyjnej artylerii konnej gwardii królewsko-polskiej. Jako historyk był już wówczas autorem kilku znakomitych prac, m.in. ukończonej w 1911 r. książki pt. Warszawa przed wybuchem powstania 17 kwietnia 1794 roku. (…)

W końcu XVIII w., w środku Europy, została popełniona zbrodnia zaboru ziem Rzeczypospolitej, aż do jej unicestwienia, na co od początku, tj. od konfederacji barskiej, nie było zgody Polaków, czemu wyraz dali na sejmie zwołanym 19 IV 1773 r. posłowie Tadeusz Rejtan i Samuel Korsak.

Mocarstwa sąsiednie narzuciły ze względów propagandowych w polityce termin „rozbiory” aby ukryć swoje zbrodnicze pomysły i uniknąć określenia rzeczywistego stanu rzeczy, jakim była okupacja i kolonizacja ziem polskich.

Tak więc w aktach dyplomatycznych epoki znajdujemy obcojęzyczne słowa: „partage”, „Theilung” itp., które w dosłownym znaczeniu należy tłumaczyć jako „podział”, jednak z punktu widzenia politycznej racji stanu Rzeczypospolitej oznaczały: „najazd”, „okupację”, „grabież”, ale nie „rozbiór”, gdyż pojęcie to było nieobecne w polskiej terminologii i nie uwzględnił go współczesny leksykograf i językoznawca Samuel Bogumił Linde (1771–1847) w monumentalnym Słowniku języka polskiego (1807–1815) (…). Podobnie jak zwrot ‘Finis Poloniae’, kłamliwie przypisywany po klęsce maciejowickiej Tadeuszowi Kościuszce, był to termin ukuty przez wrogą propagandę. (…)

Ignacy Potocki | Fot. Wikipedia

Poddanie się zupełnej kurateli rosyjskiej i wyrzeczenie dążeń Sejmu Czteroletniego nie zapewniło Rzeczypospolitej i jej stolicy nawet paru tygodni westchnienia po katastrofie rozbiorowej”. Równie wnikliwie, jak stan umysłów i sytuacje polityczną W. Tokarz charakteryzuje rosyjskich satrapów: Jakoba Sieversa, który kazał wymierzyć działa w salę obrad sejmu grodzieńskiego, oraz jego godnego następcy, gen. Osipa Igelströma, od 28 XII 1793 r. posła nadzwyczajnego i ministra pełnomocnego w Rzeczypospolitej, którego decyzja o redukcji polskiego wojska o połowę (z 15 tysięcy do 7,5 tys.) była bezpośrednią przyczyną wybuchu insurekcji kościuszkowskiej.

W ocenie H. Kocója niezmiernie wartościowe w pracy W. Tokarza są te części, w których autor omawia działalność i rolę Rady Nieustającej, najwyższego organu władzy rządowo-administracyjnej powołanej pod wpływem Katarzyny II przez Sejm Rozbiorowy w 1775 r., zniesionej przez Sejm Wielki i przywróconej w Grodnie w 1793 r. W tej zmodyfikowanej Radzie Nieustającej W. Tokarz wyróżnił trzy odrębne frakcje:

– Ludzi oddanych Stanisławowi Augustowi, liczących na to, że możliwe byłoby porozumienie z przywódcami powstania;

– Partię czysto ambasadorską, której członkowie opowiadali się bez zastrzeżeń za rozkazami gen. Osipa Igelströma, zdając sobie sprawę z tego, że spalili za sobą wszystkie mosty w stosunku do narodu;

– Ludzi z partii Kossakowskiego, którzy zamyślali wznowienie konfederacji targowickiej. Jest znamienne, że W. Tokarz stwierdza, że byli wśród nich szlachetniejsi, jak prymas Michał Poniatowski i marszałek Fryderyk Moszyński. „Odczuwali oni, że Rosja niczego nie gwarantuje prócz hańby i nie chcieli jej dzielić z Ankwiczem, Zabiełłą i Ożarowskim”. (…)

W. Tokarz omawia szczegółowo sytuację gospodarczą ówczesnej Warszawy, nieudane starania o pożyczkę holenderską, pomysł pieniędzy papierowych, położenie materialne wojska i sfer urzędniczych, drożyznę i biedę klas niższych, a nawet prasę i teatr warszawski. Trudną sytuację ludności i jej cierpienia pogłębione okupacją wojsk rosyjskich i działaniami tajnej policji. Ponadto autor podkreśla służalczą postawę Stanisława Augusta wobec Katarzyny II i opisuje represyjne działania wobec Francuzów przebywających w Warszawie, podejrzewanych o sianie rewolucyjnego fermentu wśród Polaków. Prezentuje także pogłoski o kolejnym „rozbiorze” Polski, o którym zaczęto mówić już w styczniu 1794 r. (…)

Jesienią 1793 r. wydano nielegalnie książkę O ustanowieniu i upadku Konstytucji polskiej 3 maja 1791 roku współautorstwa marszałka wielkiego litewskiego. Dzieło to piętnowało słabość i tchórzostwo Stanisława Augusta, który przystępując do targowicy zdezorganizował obronę kraju i zaprzepaścił w 1792 r. szansę na zwycięstwo militarne. Ignacy i Stanisław Potoccy, Hugo Kołłątaj i Franciszek Ksawery Dmochowski krytykowali króla, aby przekonać naród, że powstanie przeciw zaborcom rokuje nadzieję na sukces. Liderzy Stronnictwa Patriotycznego, kreśląc program na najbliższą przyszłość, dowodzili, że mimo bardzo krótkiego okresu funkcjonowania Konstytucji uwidoczniły się jej dobrodziejstwa: przyspieszenie rozwoju gospodarczego kraju, „braterskie zbliżenie mieszczan i szlachty” oraz dobre funkcjonowanie władz. Książkę tę rozkolportowano po kraju w momencie wybuchu powstania. Była ona najsilniejszym i najbardziej propagandowo bolesnym ciosem, jaki zadali Stanisławowi Augustowi przyszli przywódcy powstania. (…)

Wacław Tokarz trafił na czasy, w których z proroctw naszych romantyków: Adama Mickiewicza, Juliusza Słowackiego i Zygmunta Krasińskiego wykreował się ten nieoczekiwany, lecz upragniony: Józef Piłsudski, jak kto w dwugłosie sformułowali Jarosław Marek Rymkiewicz i Andrzej Nowak na łamach pisma „Arcana” (nr 2012/108, s. 9). Nic więc dziwnego, że przeciwstawiał się on negatywnej i lekceważącej organizacyjny wysiłek ocenie powstań, uznając tę tezę za błędną. Bronił demokratycznej zasady wolności narodów zalegalizowanej w traktacie wersalskim 28 VI 1919 r. (…)

Wnikliwa lektura dzieła tego historyka pozwala nam lepiej zrozumieć i określić rzeczywiste pole działanie nie tylko Naczelnika T. Kościuszki i marszałka I. Potockiego, ale także pomniejszych aktorów tej sceny, jak stołecznego szewca Jana Kilińskiego, mianowanego pułkownikiem milicji mazowieckiej, i Andrzeja Kapostasa, warszawskiego bankiera, członka Rady Najwyższej Narodowej i autora ustawy o pieniądzach papierowych z 8 VI 1794 r. Obok nazwisk przywódców ludu pojawiają się też nazwiska generał-majora wojsk koronnych Jana Augusta Cichockiego (1750–1795) oraz członka sprzysiężenia przygotowującego wybuch powstania i generał-lejtnanta wojsk koronnych Stanisława Mokronowskiego (1761–1821), w insurekcji 1794 r. komendanta miasta Warszawy i Siły Zbrojnej Księstwa Mazowieckiego. W tym ostatnim W. Tokarz widział głównie narzędzie króla Stanisława Augusta zmierzającego do opanowania ruchu.

Walki na Krakowskim Przedmieściu szkic J Kossaka | Fot. Wikipedia

Stefan Kieniewicz we wspomnieniu pośmiertnym o Wacławie Tokarzu tak ocenił książkę Warszawa przed wybuchem powstania: „Ta monografia spisku przedinsurekcyjnego opierała się z konieczności tylko na archiwaliach krakowskich. A jednak dała niezmiernie żywy obraz miasta pełnego kontrastów oraz krzyżujących się działań stronników Rosji, szpiegów, patriotów, ludzi wszelkiego stanu od magnatów aż do pospólstwa. W tej książce, będącej tylko fragmentem, zabłysnął Tokarz po raz pierwszy świetnym talentem pisarskim”. Umiejętnie piętnuje arcyłotrów, kłamców (w temacie wolności i niepodległości) i pospolitych zdrajców. (…)

Sukces będącej przedmiotem zainteresowań badawczych W. Tokarza insurekcji warszawskiej przyćmiła gorycz klęski maciejowickiej i szturm Pragi. Generałowi A. Suworowowi caryca podarowała brylantową szlifę do kapelusza i trzy zdobyczne armaty. Na wieść o zdobyciu Warszawy po odczytaniu krótkiego raportu A. Suworowa: „Hurra!” Katarzyna II odpisała: „Hurra, feldmarszałku!”. Wraz z nominacją feldmarszałek otrzymał buławę wysadzaną diamentami i 7 000 dusz. Franciszek II przesłał mu swój portret, a Fryderyk Wilhelm II gwiazdę Orderu Orła Czarnego. Oficerów nagrodzono złotymi krzyżami na wstędze św. Jerzego z napisem „Praga wzięta 24 X 1794 roku”; każdy podoficer i żołnierz dostał medal i jednego rubla.

Po rzezi Pragi dokonanej w 1794 r. przez gen. A. Suworowa przyszły wydarzenia nocy listopadowej 1830 r. i zmagania lat 1863–1864. Warszawa, zdegradowana w XIX wieku do roli stolicy rosyjskiej prowincji o potocznej nazwie Priwislanskij Kraj (Привислинский край), na szlaku do niepodległości dzieliła losy narodu i Rzeczypospolitej. Niegdyś miasto bogate i ważne na mapie Europy, podczas pierwszej wojny światowej zostało ogołocone z kapitału przez niemieckie kontrybucje nałożone na polecenie władz okupacyjnych gen. Hansa Beselera.

W okresie drugiej wojny światowej Warszawę ograbiła z wszelkiego majątku trwałego i obróciła w gruzy III Rzesza. Od 8 V 1940 r. stolica była terenem ulicznych łapanek i obław, większość zatrzymanych kierowano do obozów koncentracyjnych. Symbolem zagłady polskiej ludności miasta stało się KL „Warschau”. Między październikiem 1944 r. a styczniem 1945 r. niemieckie oddziały specjalne, tzw. Technische Nothilfe, zniszczyły około 30% przedwojennej zabudowy lewobrzeżnej Warszawy. Zagładzie uległy wówczas setki bezcennych zabytków oraz obiektów o dużej wartości kulturalnej, sakralnej i gospodarczej. Wyburzaniu i paleniu Warszawy towarzyszyła zakrojona na szeroką skalę grabież pozostającego w mieście mienia publicznego i prywatnego.

Komisarz Rzeszy do spraw Umacniania Niemieckości, Reichsführer SS Heinrich Luitpold Himmler, nakazał wówczas kompletne zniszczenie miasta, po uprzednim opróżnieniu go z wszystkich wartościowych dla Rzeszy materiałów. W wydanym 9 X 1944 r. rozkazie wskazał jednoznacznie: „to miasto ma całkowicie zniknąć z powierzchni ziemi i służyć jedynie jako punkt przeładunkowy dla transportu Wehrmachtu. Kamień na kamieniu nie powinien pozostać. Wszystkie budynki należy zburzyć aż do fundamentów. Pozostaną tylko urządzenia techniczne i budynki kolei żelaznych”.

Aleksander Wojtecki w 1934 r. proroczo napisał: „Polska, która w chwili upadku w końcu XVIII wieku była tak ludna, jak Wielkorosja lub Anglia, a niewiele mniej ludna od Niemiec, zeszła przez okres 150 lat walki o niepodległość do liczby narodów drugorzędnych z powodu ciągłych strat w ludziach i z powodu powstrzymywania się rozwoju przez państwa zaborcze tak w dziedzinie społecznej, jak i kulturalnej. Te olbrzymie straty i morze wylanej krwi bohaterów domagają się należnego uszanowania, tym bardziej, że nadal znajdujemy się w obliczu trudnego zadania utrzymania niepodległości”.

Cały artykuł Zdzisława Janeczka pt. „Warszawa 1794 r. na szlaku ku Niepodległej” znajduje się na s. 6 i 7 czerwcowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 48/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi oraz dodatek specjalny z okazji 9 rocznicy powstania Radia WNET, czyli 44 strony dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Zdzisława Janeczka pt. „Warszawa 1794 r. na szlaku ku Niepodległej” na s. 6 i 7 czerwcowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 48/2018, wnet.webbook.pl

Dzięciołowski: Nie możemy pozwolić na patologie przy wydatkowaniu środków publicznych w Związku Polaków na Litwie-VIDEO

Zdaniem Fundacji Pomoc Polakom na Wchodzie, dochodziło do wyłudzeń dotacji na wydawanie tygodnika „Nasza Gazeta” przez zarząd ZPL. To działalność na szkodę Polaków na Wileńszczyźnie.

Gościem Poranka Wnet był Rafał Dzięciołowski Wiceprezes Zarządu Fundacji “Pomoc Polakom na Wschodzie”, który relacjonował wyniki kontroli wydatkowania środków publicznych przez zarząd główny Związku Polaków na Litwie: Mamy do czynienia z uzasadnionym podejrzeniem popełnienia przestępstwa przez członków zarządu głównego Związku Polaków na Litwie. Odkryliśmy mechanizm zawyżania kosztów druku gazety wydawanej przez ZPL. Wszystkie te nieprawidłowości budzą nasze wątpliwości. Wczoraj podaliśmy fakty, pokazując mechanizm złego wykorzystywania dotacji celowej.

Prezes Fundacji „Pomoc Polakom na Wschodzie” Mikołaj Falkowski w czwartek 7 czerwca na konferencji prasowej przedstawił zastrzeżenia dotyczące działalności prezesa Zarządu Głównego Związku Polaków na Litwie Michała Mackiewicza.

Z zaprezentowanych danych wynika, że zastrzeżenia dotyczą rozliczenia środków, jakie w latach 2014-2016 Związek Polaków na Litwie otrzymał na „Naszą Gazetę”. Prezes Fundacji poinformował, że w czasie analizy dokumentów zakwestionowanych zostało łącznie ponad 120 faktur dotyczących druku tego tygodnika.

W roku 2014 zakwestionowano 21 faktur, w 2015 – 45, zaś w 2016 – 50. Wysokość dotacji w tym okresie wyniosła 340 114,00 zł, zaś łączna wartość środków niewykorzystanych zgodnie z umową to 127 790,51 zł. Zarząd Fundacji poinformował, że ZPL miał otrzymywać wyższe dotacje w związku ze zwiększeniem nakładu „Naszej Gazety”. Jak się okazało, miała ona przez trzy lata pozostać na tym samym poziomie tysiąca egzemplarzy.

Według rzeczywistych dokumentów drukowane około tysiąc egzemplarzy, a rozliczano nakład w wysokości 4 tysięcy egzemplarzy, na które szły dotacje. Dla mnie zaniżanie nakładu to jest działanie na szkodę Polaków na Litwie, co jest istotnym zarzutem obok kwestii defraudacji – podkreślił gość Poranka Wnet.

Rafał Dzięciołowski zaznaczył, że działania Zarządu Głównego ZPL szkodzą kultywowaniu polskości na Litwie: Taktyka, którą przyjął zarząd główny ZPL, polega na zagłuszeniu rzeczywistości i w zasadzie próbie zastraszenia polskich polityków, że straty polityczne kontroli będą na tyle duże, że lepiej już zezwolić na łamanie prawa.

Jeśli zgodzimy się, że działanie na rzecz Polaków na Litwie immunizuje na obowiązek przestrzegania polskiego prawa, to doprowadzimy do sytuacji, w której organizacje polskie na wchodzie, staną się strukturami mafijnymi, wyłudzającymi publiczne pieniądze – zaznaczył wiceprezes Fundacji Pomoc Polakom na Wchodzie.

 

ŁAJ

www.wspieram.to/radiownet