Tropem słowiańskich śladów sprzed roku 966. Co jest przyczyną polskiego fatalizmu, ciągu klęsk i tragedii narodowych?

Co powoduje głęboki kryzys polskiej tożsamości? Stąd tylko krok do arcyważnych pytań: kim jesteśmy, że łatwiej nam przychodzi kapitulować niż zwyciężać? Kto odpowiada za zapomnienie naszej tradycji?

Tomasz Wybranowski

Czy twórcy romantyzmu, kreując swoich bohaterów i ich losy, wybierali dla nich ramy fatalizmu „epoki i historii” w sposób celowy. Według mnie był to zabieg umyślny. Wplątując polskich bohaterów romantycznych w meandry „sił wyższych”, można było „wyłączyć myślenie i refleksję”. Owo wyłączenie myślenia związane jest z ciągłą afirmacją naszej typowej „polskiej mentalności” i jej praźródła. Jej „kliniczne” (i zarazem wzorcowe) symptomy to przejmująca i wszechobecna świadomość bezsilności i stanu klęski, uczucie niższości kraju wobec innych narodów oraz przeświadczenie o bezwartościowości rodzimej sztuki i kultury, z literaturą na czele. W schizofrenicznym zwidzie dostrzec można także megalomańskie zapędy, które na zasadzie kontrastu starają się zamazywać ów „bezlitosny stan klęsk”. Stąd przekonanie o tym, że polskie cierpienia narodowe są wyjątkowe, zbawcze i „lepsze” niż rozterki i bóle egzystencjalne innych nacji. (…)

Wprowadzając w X wieku nową wiarę dla Polaków, chrześcijańscy misjonarze bez żadnej refleksji ani zrozumienia starali się kropidłem i święconą wodą zmyć z nich dawne wyobrażenia duchowe, kulturowe dziedzictwo ojców, wreszcie dumę i poczucie godności. Dlaczego Słowian nie ewangelizował i nie nawracał na chrześcijaństwo św. Patryk – patron Irlandii? (…)

W jakich tekstach możemy odnaleźć choćby ślady, najmniejsze tropy mówiące o wierzeniach (w tym także o rzeczywistej bądź przypuszczalnej dacie „pierwszego chrztu”) i życiu Słowian. W pierwszej kolejności należy wymienić Nestora i jego Powieść lat minionych. Szczególnie interesujący jest rozdział 11 latopisu, zatytułowany O powstaniu pisma słowiańskiego:

Strona z „Powieści lat minionych” Nestora. Fot. Wikipedia

„Był jeden naród słowiański: Słowianie, którzy siedzieli nad Dunajem i których podbili Węgrzy i Morawianie, i Czesi, i Lachowie, i Polanie, teraz zwani Rusią. Dla nich bowiem najpierw przełożono księgi, dla Morawian; pismo to nazwano słowiańskim, które to pismo jest u Rusi i u Bułgarów dunajskich. Gdy Słowianie byli już ochrzczeni, kniaziowie Rościsław i Światopełk, i Kocel posłali do cara Michała, mówiąc: »Ziemia nasza ochrzczona, lecz nie ma u nas nauczyciela, który by nami kierował i pouczał nas, i objaśnił księgi święte; nie rozumiemy bowiem ani języka greckiego, ani łacińskiego. Jedni uczą nas tak, a owi inaczej, dlatego nie rozumiemy ani liter w księgach, ani ich znaczenia. I przyślijcie nam nauczycieli, którzy mogliby nam wyłożyć słowa ksiąg i ich znaczenie«. Słysząc to, car Michał wezwał wszystkich filozofów i przekazał im wszystko, co powiedzieli kniaziowie słowiańscy. I rzekli filozofowie: »Jest w Salonikach mąż imieniem Lew. Ma on synów rozumiejących język słowiański; jego dwaj synowie są mądrymi filozofami«. Słysząc to, car posłał po nich do Salonik do Lwa, mówiąc: »Przyślij do nas prędko synów swoich Metodego i Konstantyna«. Słysząc to, Lew prędko przysłał ich. I przyszli do cara, i rzekł im: »Oto przysłali do mnie Słowianie, prosząc o nauczyciela dla siebie, który mógłby im wyłożyć księgi święte, tego właśnie chcą«. I nakłonił ich car, i posłał ich w ziemię słowiańską do Rościsława, Światopełka i Kocela”.

Autor latopisu staroruskiego pisał także o pogańskich wierzeniach Słowian. Warto przytoczyć ustęp o powstaniu człowieka: „Bóg mył się w łaźni i spocił się, otarł się wiechciem, i wyrzucił z niebios na ziemię. I spierał się szatan z Bogiem, komu z wiechcia stworzyć człowieka. I stworzył diabeł człowieka, a Bóg duszę w niego włożył”.

Próbując zdiagnozować powód „pęknięcia słowiańskiej duszy”, nie mogę pominąć jeszcze jednego fragmentu z Kroniki Nestora. W krótkim opisie upadku i pohańbienia starego boga opisał sędziwy kronikarz Rusi także lament ludności za Perunem:

„Gdy przyszedł [Włodzimierz z Korsunia do Kijowa], rozkazał bałwany wywracać: owe rozsiekać, a inne na ogień wydać. Peruna zaś kazał przywiązać koniowi do ogona i wlec z góry przez Boryczewo do Ruczaju; dwunastu mężów przystawił bić [go] kijami. To zaś nie dlatego, by drzewo było czujące, jeno na urągowisko biesowi, który zwodził tym obrazem ludzi, niechże więc odpłatę przyjmie od ludzi. Wielki jesteś, Panie, dziwne są sprawy Twoje! Wczoraj czczony przez ludzi, a dziś urągany. Gdy zaś wlekli go Ruczajem ku Dnieprowi, płakali po nim niewierni ludzie, jeszcze bowiem nie byli przyjęli świętego chrztu. I przywlekłszy, wrzucili go do Dniepru. I przystawił Włodzimierz ludzi, mówiąc: »Jeśli gdzie przybije, odpychajcie go od brzegu, dopokąd progów nie minie, a wtedy zostawcie go«. Oni zaś rozkazanie spełnili. Gdy puścili i przeszedł przez progi, wyrzucił go wiatr na ławicę, i odtąd nazwano ją Ławicą Perunową, i tak do dziś dnia ją zowią”.

Co mogli czuć ludzie, którzy jeszcze wczoraj czcili słowiańskich bogów, widząc, jak fundament ich istnienia duchowego, immanentny podmiot wszelkiego bytu, komentator i tłumacz natury, jest lżony, poniżany i unicestwiany? Oto z dnia na dzień całą spuściznę duchową, świat wierzeń i metafizycznego rozumienia świata podeptano, obrócono w pył.

Obok dzieła Nestora nie sposób nie wspomnieć o Kronice Słowian Helmonda (tytuł łaciński Chronica Slavorum), dzieła uważanego za jeden z najstaranniejszych i najlepszych zabytków średniowiecznego dziejopisarstwa. (…)

Helmond opisał bardzo dokładnie politeizm słowiański wynikający z wiary w moc różnych sił przyrody, którym przyporządkowywano konkretne bóstwa, ale: „Obok zaś wielokształtnej rzeszy bożków, którymi ożywiają pola i lasy lub przypisują im smutki i rozkosze, nie przeczą, że wierzą w jednego boga w niebie, rozkazującego pozostałym; ów najpotężniejszy troszczy się tylko o sprawy niebiańskie, inni zaś – pełniący w posłuszeństwie przydzielone im zadania – pochodzą z jego krwi i w tym każdy z nich jest znamienitszy, im bliższy owemu bogu bogów”.

Skojarzenia z głównymi prawdami wiary chrześcijan są nad wyraz czytelne. Oto Słowianie wierzą w jednego boga, którego na ziemi wspierają pomniejsi. Tak jak w chrześcijaństwie Trójca św. ma do dyspozycji zastępy anielskie (Aniołowie Stróże każdego człowieka) i rzesze świętych, którzy są patronami konkretnych zawodów czy warstw społecznych (świętych obcowanie).

Cały artykuł Tomasza Wybranowskiego pt. „W pułapce lęku przed nieznanym” znajduje się na s. 18 i 19 marcowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 45/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Tomasza Wybranowskiego pt. „W pułapce lęku przed nieznanym” na s. 18 i 19 marcowego „Kuriera WNET” nr 45/2018, wnet.webbook.pl

Babcia wiedziała, co groziło za ukrywanie Żydów, ale tłumaczyła: – Najważniejsze, że to, co Racheli obiecałam, zrobiłam!

Ostatni list Joel Liberman napisał w 1992 roku. Informował, że słabo widzi, choruje i jest w domu opieki. Korespondencja się urwała. Karolina Bobryk zmarła w 1968 roku w wieku 82 lat.

Marek Jerzman

Karolina Bobryk mieszkała w Sarnakach nad Bugiem, które w 1939 r. liczyły ok. 2 tys. mieszkańców. Była wdową i pracowała w kuchni u Marii i Józefa Szumerów, właścicieli miejscowego browaru. Pracował tam również murarz Szyja Liberman, sąsiad mieszkający po drugiej stronie ulicy. Rodziny przyjaźniły się, Libermanowie mieli dwóch synów, a Bobrykowie trzech i chłopcy byli w podobnym wieku. Kolegowali się, a ich matki lubiły ze sobą porozmawiać. (…)

To był październik 1941 roku, tuż przed utworzeniem getta, gdy Rachela ostatni raz przyszła w nocy do babci. – Karolina, moi synowie muszą żyć. Ratuj ich! – błagała. (…)  W nocy Rachela przyprowadziła dorosłych synów, Berka i Joela. Zostali ukryci w obórce, wysoko na wyszkach w słomie. Drzwi były zamykane na kłódkę. Rano i wieczorem babcia nosiła im jedzenie, ukryte w wiadrze. Jedli to samo, co Bobrykowie. Gdy brakowało w domu, babcia żebrała u Szumerowej. Na Boże Narodzenie i Wielkanoc zanosiła świąteczny poczęstunek.

Karolina Bobryk (pierwsza z prawej) w połowie lat 50. | Fot. z archiwum autora

Libermanowie mieli siennik i starą pierzynę, ale największy kłopot był z praniem ubrań i poszewek. Babcia chowała je do wiadra i przenosiła na kilka razy. Prała w balii, suszyła. Syn pani Bobryk, Stanisław, przynosił przybory do golenia, szare mydło oraz wieści z miasteczka i świata, których byli spragnieni Berek i Joel. (…)

31 lipca 1944 roku babcia poszła w południe do Berka i Joela. – Już koniec wojny – oznajmiła. W miasteczku byli Sowieci. Jeszcze przez kilka dni Libermanowie pozostali w Sarnakach, mieszkając u Bobryków. Chcieli zapisać babci swój dom, ale babcia odmówiła. – Bała się, że sprowokuje to bandytów do napadu rabunkowego – mówi wnuczka, Celina Miłkowska. Osoby przechowujące Żydów często stawały się celem takich napadów.

Libermanowie wyjechali do Łodzi, a następnie do Izraela. Starszy, Joel, wyjechał do Australii i osiedlił się w Melbourne. Od końca lat 40. regularnie korespondował z Bobrykami, pisząc o sobie, swojej córce i wnukach.

Cały artykuł Marka Jerzmana pt. „Bobryczka” znajduje się na s. 17 marcowego „Kuriera WNET” nr 45/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Marka Jerzmana pt. „Bobryczka” na s. 17 marcowego „Kuriera WNET” nr 45/2018, wnet.webbook.pl

Kto ratuje jedno życie… Prawdziwa historia trzech polskich chłopców, którzy odmówili zastrzelenia współwięźnia.

Nie wiemy, jak potoczyły się dalsze losy trójki chłopców, którzy, by nie splamić rąk niewinną krwią, gotowi byli poświęcić swoje młode życie, nawet ginąc z rąk tego, dla którego ponieśli to ryzyko.

Zbigniew Kopczyński

Kto ratuje jedno życie…

Do gwałtownej dyskusji o relacjach polsko-żydowsko-ukraińsko-niemieckich wrzucę swoje trzy grosze w postaci małego fragmentu relacji nieżyjącego od kilku lat prof. Jerzego Węgierskiego, od powrotu z zesłania w 1955 roku mieszkającego w Katowicach. Swoje wspomnienia z całego długiego, ciekawego i owocnego życia opisał on w wydanej w roku 2003 autobiograficznej książce „Bardzo różne życie”.

Prof. Węgierski był inżynierem budownictwa i w czasie okupacji niemieckiej pracował przy budowie drogi Lwów – Kurowice, dowodząc jednocześnie podlwowskim rejonem Armii Krajowej. Do robót Niemcy wykorzystywali Żydów, trzymanych w pobliskich obozach. Tam ówczesny inżynier Węgierski był świadkiem następującego zdarzenia:

Na roboty przy budowie drogi zabierano także w 1943 roku Polaków, mieszkańców sąsiednich wsi. Pewnego dnia gestapowiec z obozu w Winnikach kazał trzem młodym chłopcom z sąsiedniej Biłki Szlacheckiej, Wojciechowi Karpie, Andrzejowi Pastuchowi i Antoniemu Winnikowi, wykopać przy drodze grób, a następnie przyprowadził jednego z więźniów, Żyda, dał im karabin i kazał zastrzelić go. Gdy kategorycznie odmówili, gestapowiec kazał stanąć im nad wykopanym dołem i teraz więźniowi dał karabin, każąc strzelać do chłopców. Więzień wziął karabin, wycelował i pociągnął za język spustowy. Karabin nie był nabity. Gestapowiec odebrał karabin i ponowił propozycję, aby teraz któryś z chłopców zastrzelił więźnia. Odmówili i tym razem. Dopiero przywołany policjant ukraiński zastrzelił więźnia.

Wojciech Karpa, Andrzej Pastuch, Antoni Winnik – kto o nich słyszał? Nie wiemy, jak potoczyły się dalsze losy tej trójki chłopców, którzy, by nie splamić rąk niewinną krwią, zaryzykowali tak wiele. Gotowi byli poświęcić swoje młode życie, nawet ginąc z rąk tego, dla którego ponieśli to ryzyko.

Jedno wiem na pewno: nie mają swojego drzewka w Yad Vashem. Nie mają i mieć nie mogą, bo zabrakło relacji uratowanego – w końcu go nie uratowali.

Kim był zamordowany więzień? Tego nie wiemy i chyba nigdy się nie dowiemy. Możemy jednak domyślać się, że „badacze Holokaustu” zaliczą go do tych, którym Polacy niewystarczająco pomogli, a może i do tych, których Polacy zabili. W końcu zginął w Polsce.

Artykuł Zbigniewa Kopczyńskiego pt. „Kto ratuje jedno życie” znajduje się na s. 12 marcowego „Kuriera WNET” nr 45/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Zbigniewa Kopczyńskiego pt. „Kto ratuje jedno życie” na s. 12 marcowego „Kuriera WNET” nr 45/2018, wnet.webbook.pl

„Niezwyciężona indywidualność narodu”. Tezy odczytu wygłoszonego przez Kazimierę Iłłakowiczównę w Lidze Narodów

Nieprzyjaciele Polski „przez 150 lat twardej niewoli wytworzyli w narodzie polskim orzeźwiającą atmosferę wysiłku i napięcia, zatem trudno orzec, czy zrobili nam więcej złego, czy dobrego”.

Danuta Moroz-Namysłowska

„Przybywam z kraju, który dopiero 14 lat temu wydarł się z rąk wrogów. Ileż to razy od dnia zmartwychwstania zdarzyło mi się rekapitulować w pamięci epokę niewoli i rozglądać się a rozglądać po granicach, tych liniach imaginacyjnych, które powstrzymują niejako wokoło nas sąsiadów naszych, Rosjan od prawej, Niemców od lewej strony. Związani konwencjami i traktatami, oto stoją nieruchomo, jak fale Morza Czerwonego, gdy na rozkaz Boży rozstąpiły się przed uchodzącym z niewoli Izraelem” – mówiła Kazimiera Iłłakowiczówna w Genewie na Forum Ligi Narodów. Wielka polska poetka i mąż stanu, sekretarka osobista Marszałka Józefa Piłsudskiego, wspominała zaborczy czas, kiedy Niemcy w tej części Polski, którą zagarnęli, uchwalili prawo wywłaszczenia, zmuszając Polaków do wyprzedawania ziemi wbrew ich woli, a Rosjanie ze swej strony zakazali bezwzględnie Polakom zakupu ziemi.

Zdjęcie poetki z 1928 roku. Fot. nieznanego autora, Wikipedia

„Te rzekome prawa, wypierające Polaków z ich prastarych siedzib, były symptomem najstraszliwszego bezprawia i przemocy.” Nie szczędząc mocnych słów, Iłłakowiczówna próbowała dotrzeć do ówczesnych elit Europy i świata. Jako chrześcijanka zadała pytanie: „Jak to się dzieje, że naszych nieprzyjaciół uznaliśmy jako naprawdę godnych miłości?” Odpowiadając na to pytanie, Iłłakowiczówna wywiodła, że nieprzyjaciele Polski godni są miłości dlatego, że „przez 150 lat twardej niewoli wytworzyli w narodzie polskim orzeźwiającą atmosferę wysiłku i napięcia, zatem trudno orzec, czy zrobili nam więcej złego, czy dobrego”.

Autorka odczytu za niezwykłą, niezwyciężoną wręcz siłę uznała indywidualność narodu, czyli „to, co było, co jest, co trwa, co czyni z nas żywe płomię, tę siłę, która buduje poprzed siebie, poprzez siebie, w przyszłość”. Ta siła, zdaniem Iłłakowiczówny, w okresie zaborów wzmagała się i rosła, a „w dniu zmartwychwstania rozwinęła się w niepodległość”. Niewola nauczyła Polaków cech, których na wolności nie doceniali – cierpliwości, współdziałania i pracy z żelazną konsekwencją, „bez dystrakcji, bez roztargnienia, braku uwagi. Język polski zakazany, polska książka zabroniona, żadnych zewnętrznych oznak polskości – zatem wyrobiono w Polakach pamięć, by to wszystko w umysłach i sercach zachować. Naród, który przeszedł takie ćwiczenia pamięciowe, już nigdy nie odda swojej wolności…”

A jednak po niespełna sześciu latach u granic z takim trudem i wyrzeczeniem odzyskanej NIEPODLEGŁEJ stanęli ci sami, zaprzysięgli wrogowie Polski i rozpętali nieznany w nowożytnych dziejach Armagedon. A następnie półwiekową okupację.

Czy nie jest paradoksem, że dziś, w 100-lecie odzyskania niepodległości Ojczyzny, słowa Kazimiery Iłłakowiczówny odczytać należy jak memento? Czy nie stoimy dziś w obliczu kolejnej, hybrydowej walki o naszą niepodległość i przed absolutną koniecznością odświeżenia nowym pokoleniom tego bezcennego spoiwa narodowego – pamięci polskich serc i umysłów, tej pamięci nieskażonej żadnym fałszem historycznym?

Artykuł Danuty Moroz-Namysłowskiej pt. „Niezwyciężona indywidualność narodu” znajduje się na s. 8 marcowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 45/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Danuty Moroz-Namysłowskiej pt. „Niezwyciężona indywidualność narodu” na s. 8 marcowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 45/2018, wnet.webbook.pl

Marek Jakubiak o gloryfikowaniu Bandery: Jacy bohaterowie, taki kraj [VIDEO]

W relacjach polsko-ukraińskich musimy patrzeć wyłącznie na nasze interesy, gdyż droga, którą podąża Ukraina, nie jest najwłaściwsza – podkreślił poseł Marek Jakubiak w Poranku WNET.


Komentując głosy przeciwne poprawce do nowelizacji tzw. ustawy o IPN, poseł Kukiz’15 opowiedział się za jej utrzymaniem, a krytykę porównał do udawania, że nie było mordu na Wołyniu.

– Nieszczęściem Ukrainy nie są Ukraińcy, tylko rząd Ukrainy, który popędza ten kraj w przepaść – stwierdził poseł, zaznaczając niezależność naszego wschodniego sąsiada – Jeżeli Ukraina jest krajem niepodległym, samo stanowiącym, państwem prawa demokratycznego, to sprawą Ukraińców jest kogo wybierają i jakich mają bohaterów, a ja na samym końcu będę mówił, że jacy bohaterowie taki kraj – stwierdził poseł.

Marek Jakubiak ocenił, że powinniśmy przywiązywać dużo większą rangę do relacji z Unią Europejską, niż z Ukrainą. W tej kwestii, jego zdaniem Prawo i Sprawiedliwość jest „w czepku urodzone”, ponieważ zachowanie Rosji integruje Unię.

Poseł opozycji krytycznie ocenił system podatkowy w Polsce oraz pomysł zakazu hodowli zwierząt futerkowych. Jego zdaniem ten rynek zostanie przejęty przez kraje Zachodu, a jako przykład tego typu przejęcia rynku wskazał zakaz uboju rytualnego: – Rytualny ubój zwierząt we Francji został, a najbardziej krzyczała, żeby w Polsce zlikwidować – przypomniał.

 

GS/WJB

 

 

Międzynarodowa historia miłosna, która doczekała się happy endu, choć wojna dopisała do niej swój gorzki scenariusz

Ojczyma do późnej starości uważał za ojca. Skończył szkoły, stał się ogólnie szanowanym człowiekiem… Brakowało tylko prawdy, którą matka i przybrany ojciec uważali za wstydliwą rodzinną tajemnicę.

Tadeusz Puchałka

Był rok 1939, początek wojny. Od jakiegoś czasu młoda Antonina Widuch (zdrobniale Toni), mieszkanka Przyszowic, spotykała się z chłopakiem, Niemcem, mieszkającym na przedmieściach Berlina. (…) Młodzi zakochali się w sobie i pobrali się. Krótko po ślubie opuścili Przyszowice i wyjechali do rodziny męża. Tam przyszedł na świat ich syn Gert. Ojciec dziecka wkrótce został wysłany na front wschodni.

Toni otrzymała wiadomość, że jej mąż zaginął. Nasilały się naloty i bombardowania miast (…). Widząc narastające zagrożenie, młoda kobieta postanowiła wrócić z dzieckiem do domu swoich rodziców – do Przyszowic. Podróż nie była ani prosta, ani łatwa, Toni jednak szczęśliwie dotarła do rodziny.

Wojna zbliżała się ku końcowi. Był rok 1945. Rosjanie wkroczyli do Przyszowic i w niedługim czasie otworzyli tam polowe lotnisko, na którym stacjonowały samoloty myśliwskie. (…) Antonina otrzymała nakaz pracy i została wcielona do personelu obsługi lotniska. Tam poznała przystojnego radzieckiego lotnika i zakochała się w nim. Uczucie rosło i w końcu, jak to bywa, wzięło górę nad rozsądkiem. (…) Niebawem Rosjanie zamknęli lotnisko i przenieśli się pod sam Berlin. Kobieta, nie bacząc na śmiertelne zagrożenie, podążyła za swoją nową miłością. (…)

Wojna dobiegła końca i zewsząd dochodziły informacje o powrotach z niewoli. Powrócił też mąż Antoniny i ponoć doszło do spotkania obojga małżonków. Jedna z wersji (oparta na poszlakach) mówi, że oboje małżonkowie mieli dojść do porozumienia i na prośbę ojca chłopczyk miał pozostać przy nim (co wydaje się mało prawdopodobne), kobieta zaś miała wyruszyć wraz z Rosjaninem do jego ojczyzny. Druga wersja mówi, że kobieta wraz z dzieckiem znikła w niewyjaśnionych okolicznościach. (…)

Po latach okazało się prawdą, że kobieta i dziecko żyją. Mieszkali w Związku Radzieckim i mieli się dobrze. Wrośli w rodzinę nowego wybranka Antoniny, którym, jak pamiętamy, był pilot z polowego lotniska. Należy przypuszczać, że to on stał za uprowadzeniem dziecka i matki z terenu Niemiec. Faktem jest, że otoczył dziecko opieką, wykształcił i wszyscy żyli szczęśliwie. Dziecko otrzymało imię Genadij, po ojczymie nazwisko Astachow. Przypomnijmy zatem, iż chłopczyk żył i dorastał w niewiedzy, kim jest, skąd przybył i kim jest jego biologiczny ojciec. (…)

O swoim pochodzeniu i korzeniach dowiedział się dzięki zabiegom swojego syna Andreja, który w internecie trafił na nikły ślad pochodzenia rodziny, a ten zawiódł go do Polski. Genadij po konsultacji z rodziną i synem Andrejem, który stał się inicjatorem odtworzenia historii rodziny, postanowił pójść za tym śladem i odnaleźć swoje korzenie. Tropy wiodły do Przyszowic.

Cały artykuł Tadeusza Puchałki pt. „Miłość i wojenna tułaczka” znajduje się na s. 12 marcowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 45/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Tadeusza Puchałki pt. „Miłość i wojenna tułaczka” na s. 12 marcowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 45/2018, wnet.webbook.pl

Rozmiękczyć przed oskubaniem czy zadziobać? Polityka historyczna Polski i polityka historyczna wobec Polski

Kto miał w Polsce prowadzić politykę historyczną – Miller z Kwaśniewskim? premier B., dwojga pseudonimów? Czy premierzy „Carex”, „Olin”, a może gość, dla którego „polskość to nienormalność”?

Jan Martini

Rozmiękczyć przed oskubaniem czy zadziobać

Gdy luksusowy statek wycieczkowy „Silver Cloud” zawinął do Istambułu, wszyscy jego pasażerowie, schodząc na ląd, otrzymali propagandową broszurę z informacją, że ludobójstwa Ormian nie było. Można się było dowiedzieć, że ludność ormiańska sprzyjała wrogom Turcji, a ze względu na przypadki sabotażu, dywersji i szpiegostwa władze wojskowe zmuszone były usunąć (na tamten świat) wrogą ludność z rejonów przyfrontowych.

Kwestionowanie pierwszego ludobójstwa w XX wieku (rzeź 1,5 mln Ormian w 1915 r.) jest elementem tureckiej polityki historycznej. Ale Turcja jest krajem suwerennym, a nas przekonano, że we współczesnym świecie nie istnieją państwa w pełni suwerenne. Zadowoliliśmy się zatem państwem teoretycznym, nie dbającym o swój wizerunek.

Często można usłyszeć opinię, że „zaniedbaliśmy”, „nie potrafiliśmy”, a zresztą – kto miał prowadzić politykę historyczną – Miller z Kwaśniewskim? premier B., dwojga pseudonimów? Czy premierzy „Carex”, „Olin”, a może gość, dla którego „polskość to nienormalność”?

Wbrew takim głosom, ludzie administrujący „tenkrajem” prowadzili konsekwentną politykę historyczną. Świadczą o tym liczne filmy, nagradzane dzieła literackie czy plastyczne, a zwłaszcza wylansowanie Jana Grossa, którego misją życiową jest rozbudzanie i kultywowanie antysemityzmu w Polsce (polski antysemityzm jest potrzebny pewnym środowiskom w Polsce i na świecie jak woda rybie). To dzięki kręgom zbliżonym do Michnika i Geremka wspomniany Gross uzyskał międzynarodowy status najwybitniejszego (obok prof. Baumana) uczonego polskiego.

Pracując przez wiele lat na luksusowych statkach, miałem okazję prowadzić dziesiątki rozmów z pasażerami. Wielokrotnie mogłem się zdziwić stanem wiedzy historycznej Amerykanów. Dla wielu z nich wojna w Europie zaczęła się w 1941 roku atakiem nazistów na Związek Radziecki. O polskim zwycięstwie w 1920 roku nie słyszał nikt („przecież Armia Czerwona jest invincible – niezwyciężona”). Słyszano o powstaniu w warszawskim getcie, ale o „aryjskim” powstaniu – już nie. Informacja o tym, że Niemcy mordowali także Polaków-chrześcijan najczęściej budziła niedowierzanie.

Jak mgliste jest na Zachodzie pojęcie o okupacji w Polsce, świadczy opinia pewnego intelektualisty francuskiego. Jego zdaniem na wieść o mordowaniu żydowskich współobywateli Polacy powinni ogłosić strajk generalny i zmusić okupantów do zaprzestania działań…

W Ameryce istnieje szczególny rodzaj historyków – historycy Holokaustu, a na dziesiątkach uczelni w Ameryce (i Europie) prowadzą działalność katedry studiów nad Holokaustem. Wszelkie próby „pisania na nowo historii” są daremne, bo amerykańska opinia publiczna jest całkowicie zdominowana przez już ustaloną narrację („udział Polaków w Holokauście jest naukowo udowodniony, bo pisał o tym także Polak – profesor Gross, a polski prezydent nawet przeprosił”…) Kłamliwa książka Grossa, cytowana tysiące razy, stała się nieformalną szóstą księgą Tory – Pięcioksięgu Mojżesza.

Kto i dlaczego kolaborował?

Największy „łowca nazistów” Szymon Wiesenthal przez kilkadziesiąt lat zlokalizował i zneutralizował ponad tysiąc zbrodniarzy hitlerowskich. Obok Niemców i Austriaków byli wśród nich Ukraińcy, Łotysze, Litwini Rumuni, a nawet Rosjanie (jeńcy sowieccy zatrudnieni jako wachmani w Sobiborze). NIE BYŁO POLAKÓW, ale i tak postrzegani jesteśmy jako główni kolaboranci Hitlera.
Mimo kuszącej perspektywy walki z bolszewikami, kolaboracja Polaków z Niemcami nie miała szans z uwagi na wielką brutalność władz okupacyjnych, a także na niechęć Hitlera do tworzenia zbrojnych oddziałów polskich. Pamiętano „zdradę Polaków” podczas I wojny i liczne dezercje poborowych ze Śląska i Pomorza. Poza tym mieliśmy być następnym narodem po Żydach do „wykasowania”.

Przy skali milionów ofiar polska kolaboracja była wręcz nędzna, ale dewastująca wizerunkowo. Jakiś motłoch mordujący i rabujący Żydów w Szczebrzeszynie czy Łukowie, kanalie donoszący za nagrodę (3 litry wódki) czy ze strachu, jacyś chłopi zmuszeni przez Niemców do wspólnego przeczesywania w tyralierze lasów, aby wyłapać uciekinierów z getta. Ile mogło być ofiar tych nikczemnych działań? Z pewnością za dużo, ale czy można mówić (jak premier Netaniahu) o SYSTEMOWEJ kolaboracji? I jak się to ma do skutków żydowskiej kolaboracji (czy tylko kooperacji) Judenratów i policji w gettach?

Początkowo tworzenie zamkniętych dzielnic żydowskich przyjmowane było przez Żydów z zadowoleniem – uzyskali autonomię i prawa niedostępne Polakom. Mieli swoją administrację, szkolnictwo, służbę zdrowia, a nawet tramwaj. Minęło trochę czasu, zanim zorientowali się, że to śmiertelna pułapka.

Trudno mieć pretensje do kolaborantów – w sytuacjach ekstremalnych ludzie podejmują działania rozpaczliwe, a kolaboracja zwiększała szansę na przeżycie. Jednak większość żydowskich policjantów miała tylko ten komfort, że pojechali ostatnim transportem, a do wagonu zagnał ich kopniakiem błękitnooki aryjczyk. Czy bez pracy Judenratów i policji żydowskiej byłoby możliwe perfekcyjne funkcjonowanie tej machiny zbrodni stworzonej przez Eichmanna i innych zdolnych organizatorów? Tysiące wagonów krążących po Europie z uwzględnieniem przepustowości torów i pojemności bocznic. Żadnych przestojów, krematoria pracujące w systemie 24/7. Nadzwyczaj udane konstrukcje zaprojektowane przez najlepszych niemieckich inżynierów. Bezawaryjne, niezawodne. Jednak ludzki surowiec do fabryk śmierci musiał być pozyskiwany przez kooperantów w gettach na każdy dzień we właściwej ilości. Tak, aby nie było przerw…

W kataklizmie polskim po 1939 roku mniejszości narodowe zachowały się często nielojalnie względem Polaków, ale czy można mieć pretensje, że nie mieli ochoty iść z nami na dno? Doświadczenie 2 tysięcy lat diaspory nauczyło Żydów opowiadania się po stronie silniejszego. Z przekazów rodzinnych wiem o bulwersującym ich zachowaniu w okupowanym przez bolszewików Lwowie. „Wasze się już skończyło” – taki tekst usłyszał niejeden Polak – późniejszy antysemita.

O ile żydowską kolaborację z Niemcami można usprawiedliwić stanem wyższej konieczności (zagrożeniem życia), to kolaboracja z sowietami była całkowicie dobrowolna. Czy bez pomocy znających język i teren obywateli polskich żydowskiego pochodzenia byłoby możliwe zainstalowanie sowieckiego protektoratu zwanego Polską Ludową?

W latach 1939–1956 udział Żydów w sowieckim aparacie represji był smutnym faktem i przyczynił się do setek tysięcy polskich ofiar zesłanych do gułagów czy zamordowanych. Myślę, że nie warto rozdrapywać ran i licytować się na kolaborację. Wszyscy byliśmy przede wszystkim ofiarami. W warunkach straszliwej wojennej demoralizacji, gdy górę brała zoologiczna część ludzkiej natury, cena ludzkiego życia nie była większa niż 2 grosze.

O tym, że kolaboracja czasem popłaca, świadczy niezwykły życiorys Reich-Ranickiego. Pracując jako urzędnik w Judenracie, wyekspediował swoich rodziców do Auschwitz, zdefraudował kasę urzędu i uciekł na stronę aryjską. Dzięki pieniądzom udało mu się doczekać wkroczenia bolszewików. Wtedy zaczął kolaborować z drugim okupantem, pracując w NKWD. Następnie jako funkcjonariusz UB pojechał z kolegą Kiszczakiem do Londynu, gdzie „filtrował” polskich oficerów pragnących wrócić do kraju. Później uciekł (?) do Niemiec Zachodnich, gdzie został krytykiem literackim. W 1975 roku jego kariera zawisła na włosku, gdy wyszła na jaw jego praca w bezpiece. Niemcy ze zrozumieniem przyjęli jego tłumaczenie, że musiał wstąpić do NKWD, by ochronić się przed polskim antysemityzmem. Ranicki zwany był „papieżem literatury niemieckiej” i przez 30 lat wypromował rzeszę pismaków mających wpływ na obecny stan niemieckich umysłów.

Śmierć śmierci nierówna

Gdy w 80. rocznicę „Hołodomoru” na Ukrainie pewien polityk ukraiński nazwał to ludobójstwo holokaustem, wybuchła awantura porównywalna do obecnej w Polsce. Mimo, że sztucznie wywołany głód w latach 1932–1933 pochłonął podobną liczbę ofiar (5–7 mln), nazwanie tej sowieckiej zbrodni Holokaustem wywołało w Izraelu gwałtowną reakcję. Żydzi zazdrośnie strzegą swego monopolu na cierpienie.

Dlatego nikt nigdy nie próbuje używać terminu ‘Holokaust’ w odniesieniu do innych, nierzadkich niestety zbrodni ludobójstwa. Prof. Barbara Engelking-Boni (ex-żona europosła o pseudonimie „Znak”), kierująca Centrum Badań nad Zagładą Żydów, w wywiadzie dla zaprzyjaźnionej telewizji powiedziała: Dla Polaków [śmierć] to była po prostu kwestia biologiczna, naturalna… śmierć jak śmierć… A dla Żydów to była tragedia, to było dramatyczne doświadczenie, to była metafizyka, to było spotkanie z Najwyższym.

A więc nie jesteśmy sobie równi w obliczu śmierci – prawdopodobnie także tortury dla jednostek subtelnych były bardziej dotkliwe niż dla gruboskórnych Polaków…

Antysemityzm zamaskowany

Staramy się być naprawdę mili dla „starszych braci”. Na arenie międzynarodowej zawsze popieramy Izrael. Polska i Izrael są strategicznymi partnerami, choć trudno oprzeć się wrażeniu braku symetryczności. Czy robimy równie dobre interesy w Izraelu, jak Izraelici w Polsce? Zbudowaliśmy muzeum Historii Żydów w Polsce, co roku w Krakowie odbywa się największy na świecie Festiwal Kultury Żydowskiej. Minister kultury ofiarował 100 mln zł na remont cmentarza żydowskiego (polskie nekropolie w Wilnie i Lwowie muszą poczekać).

Nikomu nie przeszkadza, że na Biennale w Wenecji reprezentowała Polskę artystka z Izraela, a dyrektorem opery w Poznaniu jest obywatel Izraela mieszkający w Belgii.

W 2007 roku została w Polsce reaktywowana żydowska loża masońska B’nai B’rith. Jednym z celów jej działalności jest walka z rzekomo antysemickim Radiem Maryja. Mało znany fakt – Janusz Palikot przeszedł na judaizm i zapisał się do B’nai B’rith.

Obszar obozu Auschwitz nie jest formalnie eksterytorialny, ale wpływ ministerstwa kultury na obsadę stanowiska dyrektora wydaje się ograniczony. Wystawa poświęcona Pileckiemu jest niedostępna, na teren obozu nie można wnosić polskich flag (dozwolone są flagi Izraela). Polskie ofiary zakwalifikowane są jako „nie-Żydzi”. Lecz kim są Polacy uznani przez Niemców jako Żydzi, bo pochodzili z mieszanych małżeństw, mieli żydowską babcię czy konwertyci? Wiele jest dowodów na to, że najmniejsza, ale bardzo wpływowa mniejszość jest w Polsce traktowana lepiej niż inne grupy etniczne. Niemniej uchodzimy za antysemitów, co tłumaczone jest katolicyzmem Polaków.

W takim razie jak wytłumaczyć fakt, że w najbardziej katolickiej diecezji – tarnowskiej – był też najwyższy procent uratowanych podczas okupacji Żydów? Tropiąca przejawy antysemityzmu na świecie Anti-Defamation League nie ma zbyt dużo roboty w Polsce, skoro w jej zasobach z ostatnich lat wciąż „wiszą” 3 „incydenty” – jakiś przygłup we Wrocławiu spalił kukłę Żyda, ktoś w Nowym Sączu napisał w klozecie „Jude won” itp.

Resztki antysemityzmu definitywnie skończyły się w 1968 roku, gdy władze komunistyczne zaczęły okazywać jawną niechęć (słowo represje byłoby za mocne) wobec obywateli pochodzenia żydowskiego.

Oskubią czy rozdziobią nas kruki i wrony?

Czy tylko niesłychanej wrażliwości Izraela i diaspory żydowskiej na tematykę związaną z Holokaustem zawdzięczać możemy wręcz alergiczną reakcję na ustawę o IPN? Przeczyć temu może materiał TVN o polskich miłośnikach Hitlera nakręcony przez funkcjonariusza medialnego Bertolda Kittela (brał także udział w „podgotowce” medialnej usunięcia R. Szeremietiewa z MON, gdy minister tworzył brygady obrony terytorialnej).

Dla nas świętowanie urodzin Hitlera jest czymś tak absurdalnym, że niewartym uwagi, ale materiał był przeznaczony na użytek zewnętrzny. Podobno pojawił się tysiące razy w większości telewizji świata. Obok wybuchu wulkanu na Bali czy lawiny błotnej w Kolumbii. Przekaz był wyraźny – Polsce grozi faszyzm. Coś trzeba z tym zrobić.

Telewizja TVN to jedna z głównych centrali medialnych opozycji. Gdy Rada Etyki Mediów usiłowała nałożyć na tę stację karę finansową za manipulatorską relację z próby puczu w 2016 roku, natychmiast interweniował Departament Stanu USA. Bo założona przez dwóch agentów komunistycznego wywiadu stacja TVN jest… amerykańska. Jej obecnym właścicielem jest David Zaslav, członek Światowego Kongresu Żydów – organizacji, która nie lubi polskich nacjonalistów.

Rabin Szudrich (ten, który zablokował ekshumacje w Jedwabnem) w wywiadzie dla izraelskiej gazety powiedział, że choć Żydom w Polsce żyje się lepiej niż w innych europejskich państwach, to sytuacja pogorszyła się, odkąd władzę sprawuje w Polsce partia nacjonalistyczna. Jednocześnie rząd tej „nacjonalistycznej” partii uchodzi za najbardziej proizraelski w III RP. W ogóle w ciągu ostatnich 30 lat wszystkie polskie rządy bardzo starały się zaprzyjaźnić z Izraelem. Chyba bez wzajemności.

Wydaje się, że w Izraelu bardziej sobie cenią przyjaźń z Federacją Rosyjską. Może dlatego, że do Izraela przybyło 1,4 mln rosyjskich Żydów w ramach operacji „Most”, którą to operację prawdopodobnie sfinansowaliśmy. Mówi się, że pieniądze na transfer emigrantów pochodziły z tzw. „oscylatora” (jednej z pierwszych wielkich afer III RP), zorganizowanego przez tandem zdolnych aferzystów izraelsko-polskich Bagsik & Gąsiorowski.

W roku 1989, po częściowym wycofaniu się Rosjan z interesu, powstała luka szybko zagospodarowana przez innych łowców okazji. Natychmiast zinwentaryzowano, co się znajduje i ile jest do wyjęcia z obszaru między Odrą a Bugiem. Policzono łąki miodne, lasy pełne zwierzyny, kopaliny itp. Dokonano nawet wyceny polskich Parków Narodowych. Wówczas te działania wydawały się absurdalne. „Ile jest warta Maczuga Herkulesa czy Giewont?” ironizowali dziennikarze. Wtedy nie wiedzieliśmy jeszcze o kuriozalnym z prawnego punktu widzenia żądaniu rekompensaty za tzw. mienie bezspadkowe pozostawione w Polsce przez Żydów – obywateli polskich II RP. Światowa Organizacja Restytucji Mienia Żydowskiego wyceniła sobie swoje „należności” na 65 mld $. Pieniądze mają być przeznaczone dla ofiar Holokaustu i szerzenie wiedzy o zagładzie Żydów. Trudno sobie wyobrazić taką sumę. Grzegorz Braun wyliczył: gdybyśmy codziennie spłacali 1 mln $, to ostatnią ratę zapłacilibyśmy po 170 latach. Za niedużą część tej sumy można wygenerować polityka, stworzyć partię i przejąć władzę w średniej wielkości państwie.

Jak Dawidek z Goliatem

Większość ludzi w Polsce nie zdaje sobie sprawy, że proces odzyskiwania suwerenności zaczął się właściwie dopiero w 2015 roku. Pojawił się nowy podmiot (podmiocik?) i rozpycha się łokciami, co nie podoba się naszym sąsiadom z prawa i lewa. Pomrukuje też groźnie tak zwana światowa opinia publiczna. Nie jest tajemnicą, że osoby pochodzenia żydowskiego chętniej podejmują pewne zawody, a inne mniej. Żydzi lepiej się realizują w takich zawodach jak finansista, prawnik czy dziennikarz niż kierowca TIR-a czy elektromonter. Aby zapobiec nadmiernej koncentracji osób pochodzących z mniejszości narodowych w pewnych zawodach, władze II RP stosowały na uczelniach tzw. numerus clausus. Żydzi stanowili ok. 10% społeczeństwa i mieli zagwarantowane 10% miejsc na pewnych kierunkach studiów (np. prawo). Była to niewątpliwie dyskryminacja, piętnowana jako antysemityzm. W Stanach Zjednoczonych nie ma antysemityzmu, stąd istnieje tam wielka nadreprezentacja Żydów wśród prawników, dziennikarzy czy finansistów. Żydzi stanowią ok. 2% ludności USA, ale jedna trzecia sędziów Sądu Najwyższego jest Żydami!

Pewien Żyd – profesor w rozmowie z moim ojcem w latach 40. ub. wieku powiedział, że „teraz światowe żydostwo stanowi ogromną potęgę” (termin „żydostwo” nie miał wówczas konotacji pejoratywnej). Na uwagę ojca, że zginęło tak wielu Żydów, odpowiedział: „Ale kto zginął? – głównie biedota wzbudzająca niechęć ludności krajów osiedlenia i będąca źródłem antysemityzmu. Bogaci i elity żydowskie w większości ocalały. Teraz łatwiej będzie Żydom na świecie osiągnąć swoje cele”. Czyżby możnym tego świata Holokaust był na rękę?

Amerykański naukowiec badający wpływ judaizmu na kulturę współczesną, Kevin MacDonald, w swojej pracy The Culture of Critique wyodrębnił cele zwiększające szanse Żydów w rywalizacji o władzę i wpływy:

1. Wzbudzić poczucie winy za niechęć do Żydów umożliwiającą Holocaust.
2. Ośmieszać i zwalczać Kościół katolicki jako instytucję winną wpojenia masom antysemityzmu.
3. Oczyścić z chrześcijaństwa przestrzeń publiczną.
4. Podważać spoistość społeczeństw przez szerzenie indywidualizmu i relatywizację wartości.
5. Propagować wielokulturowość i masową imigrację.
6. Kwestionować dumę narodową kraju gospodarza jako przejaw nacjonalizmu.
7. Propagować swobodę obyczajową, zwłaszcza seksualną, i podążanie za przyjemnościami.

Ten program znamy z autopsji.

Artykuł Jana Martiniego pt. „Rozmiękczyć przed oskubaniem czy zadziobać” znajduje się na s. 6 marcowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 45/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Jana Martiniego pt. „Rozmiękczyć przed oskubaniem czy zadziobać” na s. 6 marcowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 45/2018, wnet.webbook.pl

Stulecie niepodległości Białorusi – 25 marca 1918 / Gawęda Historyczna Krzysztofa Jabłonki

Przypomnienie wcześniejszych dziejów Białorusi jako ważnej części Wielkiego Księstwa Litewskiego. W renesansie i oświeceniu Białoruś nazywano Litwą, stąd słowa Mickiewicza dotyczą Białorusi.

Białoruś miała najtrudniejszą drogę do niepodległości, gdyż spadły na nią najcięższe represje carskie, w odwecie za udział w zrywach narodowych. Białorusini uczestniczą w powstaniu swego rodaka Tadeusza Kościuszki, tworzą struktury niepodległego państwa w krótkim okresie „wolności napoleońskie” 1812 roku. Gdy w Polsce wybuchło powstanie Listopadowe (w kwietniu 1831 roku) stają do walki. Są obecni w powstaniu styczniowym, gdy przewodzi im Kastuś Kalinowski i Walery Wróblewski. Białorusini doświadczyli szczególnego prześladowania Unitów, katolików obrządku wschodniego, których po zerwaniu unii z Rzymem przez carat w 1839 roku masowo zsyłano na w głąb Rosji, a nawet na Sybir (niektóre dzielnice Moskwy mówiły po Białorusku). Z chwilą zawarcia pokoju brzeskiego cesarskich Niemiec z bolszewikami, dla Białorusi zaświtała możliwość ogłoszenia niepodległego bytu. W Mińsku, zwanym wówczas litewskim, zebrała się Białoruska Rada Narodowa pod przewodnictwem Łuckiewicza i proklamowała 25 marca 1918 roku Białoruską Republikę Ludową jako nowe państwo, a zarazem kontynuację Wielkiego Księstwa Litewskiego. Herbem Białorusi stała się pogoń, a flagą „Sztandar spod Orszy”, w biało-czerwono-białe pasy, uwieczniony na słynnym obrazie z czasów renesansu, przechowywanym w Krakowie. Język Białoruski stał się urzędowym i oficjalnym językiem nowego państwa. Powstały zalążki armii, której kontynuacją był oddział gen. Bułak-Bałachowicza walczący u boku Polski w wojnie bolszewickiej 1920 roku. Ostatecznie Białoruś podzielono w traktacie ryskim na część przyłączoną do II Rzeczpospolitej i na część tworzącą Białoruską Socjalistyczną Republikę Sowiecką, w której początkowo respektowano kulturę białoruską, aby ją zniszczyć wraz z mieszkającymi tam Polakami (Dzierżyńszczyzna) w czasie represji stalinowskich w 1937 roku. Pozostałością tych represji i grobem miejscowych Polaków i Białorusinów jest gigantyczny cmentarz Kuropaty pod Mińskiem.

Witold Drozdowski (1882–1972). Od pioniera bezpieczeństwa pracy w II Rzeczpospolitej do stalinowskich szykan

Posiada wszelkie wiadomości potrzebne na zajmowanym stanowisku Bezpartyjny – nigdzie się nie udziela. Poważnie obciążony mętalnością [pisownia oryginalna – R.A.] sanacyjną. Moralnie bez zarzutu.

Roman Adler

Witold Drozdowski pochodził z zacnego rodu łódzkich kupców i fabrykantów. Jego dziad, którego popiersie znajduje się w kościele Wniebowzięcia NMP na Bałutach, Mikołaj Drozdowski, zmarł w wieku 77 lat w Łodzi 8 czerwca 1893 r. Ojciec Witolda Drozdowskiego, Wacław Wojciech Michał, (…) idąc w ślady ojca, został przemysłowcem w branży włókienniczej. Zbudował wykańczalnię tkanin „Apretura W. Drozdowski” w Łodzi przy ul. Zawadzkiej 5. I wojna światowa zakończyła jego działalność przemysłową: miedziane i mosiężne walce oraz inne części maszyn zostały zdemontowane przez niemieckie władze okupacyjne i przetopione na cele wojenne. (…)

Witold Drozdowski po ukończeniu w 1906 r. rosyjskiego gimnazjum klasycznego w Łodzi, w latach 1906-1911 studiował w Institut Industriel du Nord de la France w Lille.  Od 1911 r. pracował w przemyśle włókienniczym w wykańczalni Towarzystw Bawełnianych fabryki W. Drozdowski. W 1914 r. został wcielony do armii rosyjskiej, w której służył – jak wynika z fotografii dedykowanej bratu Henrykowie w Kijowie – do 1918 r.

W 1920 r. jednak wraz z braćmi Marianem i Henrykiem służył już w wojsku polskim, co potwierdza fotografia przechowana w rodzinie Drozdowskich. Marian, który w czasie studiów w warszawskiej wyższej Szkole Handlowej działał w ZMP „Zet”, „Zarzewiu” i w Bratniaku, w 1918 r. zgłosił się ochotniczo do powstającego Wojska Polskiego, a po studiach, w lipcu 1920 r. – tuż przed Bitwą Warszawską – ukończył kurs oficerów gospodarczych, uzyskując stopień podporucznika. W listopadzie tego roku, po odrzuceniu Armii Czerwonej za Niemen i demobilizacji, pracował między innymi z rekomendacji ZET-u w Towarzystwie Straży Kresowej, prowadząc wydział gospodarczy tej organizacji. W maju 1924 r. został mianowany kierownikiem najliczniejszego, śląskiego okręgu Związku Obrony Kresów Zachodnich, również z ramienia ZET-u. (…)

Oprócz opracowania przez inżynierów bezpieczeństwa pracy instrukcji i statystyk wypadkowych, stosowania tzw. akcji mechanicznej i metod psychicznych, szczególną rolę – idąc w ślady J. Pionczyka i jego Zakładu Prób Psychotechnicznych, działającego w Hucie Bismarck dla wszystkich hut Wspólnoty Interesów – przypisywał odpowiedniemu doborowi pracowników do stanowisk pracy dzięki badaniom psychotechnicznym.

„W ostatnich latach – pisał w duchu swojej epoki – zaczęto specjalnie zwracać uwagę na stan psychiczny pracowników, poddając tych ostatnich badaniom psychotechnicznym, które w wielu przypadkach dały cenne wyniki i doprowadziły do zmniejszenia ilości nieszczęśliwych wypadków. Za mało jednak do tej pory zwracamy uwagi na stan fizyczny pracujących robotników. Często utajone cierpienia lub wady fizyczne są bezpośrednią lub pośrednią przyczyną nieszczęśliwych wypadków. Techniczne kierownictwo ruchu powinno być dokładnie informowane przez lekarzy o stanie fizycznym każdego nowo przyjmowanego lub chorego robotnika. Jasne postawienie sprawy uchroni niejedno życie ludzkie, a społeczeństwo odciąży od przymusowej opieki nad kalekami lub sierotami”. (…)

Dzięki staraniom J. Pionczyka, W. Drozdowskiego i W. Młodzianowskiego, Generalna Dyrekcja Zakładów Hutniczych i Przetwórczych Wspólnoty Interesów wydała w Hajdukach Wielkich Wytyczne dla mistrzów hut i zakładów przetwórczych W.I. w zakresie bezpieczeństwa pracy, a w 1936 r. ogłoszono Postanowienia dotyczące odpowiedzialności w zakładach za stan bezpieczeństwa pracy. (…)

W obronie Warszawy służył jako saper w tzw. „pospolitym ruszeniu”. Podczas okupacji mieszkał w stolicy, gdzie jego brat Henryk był dyrektorem Stołecznego Komitetu Samopomocy Społecznej w Warszawie. Od 6 września do 1 kwietnia 1941 r. pracował honorowo jako sekretarz SKSS na okręg Żoliborz, podczas gdy jego drugi brat, Marian, kierował działem aprowizacji Zarządu Miejskiego Warszawy. Następnie do 1 lipca 1942 r. był zastępcą kierownika składu żelaza firmy „Elibor” SA na Woli, a później, do przymusowego wysiedlenia z Warszawy podczas powstania w dniu 30 września 1944 r. – kierownikiem składu żelaza Krajowego Towarzystwa dla Handlu Żelazem. Po wysiedleniu trafił do obozu w Pruszkowie, skąd udało mu się wydostać do Krakowa i do końca wojny tułał się po wsiach podkrakowskich.
Po wkroczeniu Armii Radzieckiej 12 lutego 1945 r. wrócił na Śląsk, gdzie w Hucie Kościuszko został kierownikiem Ekspedycji Maszynowej. Następnie objął kierownictwo Oddziału Inspekcji Maszyn, a później, jako inspektor inwestycji, znalazł się w kierownictwie rozbudowy Huty. (…)

Zakwestionowano jego wykształcenie inżynierskie, w związku z czym dr Ignacy Nowak, ordynator Oddziału Położniczo-Ginekologicznego Szpitala Ubezpieczalni Społecznej w Chorzowie i Konstanty Cieśliński, członek Rady Miejskiej Chorzowa w Dziale Kadr Huty pisemne poświadczyli, że W. Drozdowski ukończył studia we Francji i w 1911 r. uzyskał dyplom inżyniera mechanika, a podczas bombardowania Warszawy, gdzie mieszkał podczas okupacji, „utracił wszystkie swoje dokumenty osobiste”. Najwyraźniej poświadczenie to nie wystarczyło i z dniem 1 października 1955 r. został przeniesiony na stanowisko inżyniera metalurga inspekcji szkoleniowej w Dziale Szkolenia Zawodowego, co oczywiście wiązało się z niższą pensją. (…)

Cały artykuł Romana Adlera pt. „Witold Drozdowski (1882–1972). Od pioniera bezpieczeństwa pracy do stalinowskich szykan” znajduje się na s. 11 marcowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 45/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Romana Adlera pt. „Witold Drozdowski (1882–1972). Od pioniera bezpieczeństwa pracy do stalinowskich szykan” na s. 11 marcowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 45/2018, wnet.webbook.pl