Fundamenty Izraela w Zofijówce i Andrychowie. Pomoc władz II Rzeczpospolitej w powstaniu niepodległego państwa Izrael

Program tajnej współpracy z Haganą i Irgunem został zaakceptowany przez ministra spraw zagranicznych Józefa Becka oraz generalnego inspektora Sił Zbrojnych marszałka Edwarda Śmigłego-Rydza.

Rafał Brzeski

Fundamenty Izraela w Zofijówce i Andrychowie

Druga Rzeczpospolita była krajem tak przeludnionym, że groziła jej rewolta społeczna. Wentylem bezpieczeństwa mogła stać się emigracja. Jednym z jej kierunków była Palestyna, do której bardzo wielu chciało wyjechać, a Brytyjczycy bardzo niewielu chcieli wpuścić.

Ociąganie się Londynu w wykonaniu przyjętego na siebie zobowiązania do utworzenia państwa żydowskiego sprawiło, że minister spraw zagranicznych Józef Beck domagał się na forum Ligi Narodów utworzenia żydowskiej Palestyny i „rozszerzenia terytorium żydowskiego o pustynię Negew, dając w ten sposób Żydom dojście do Morza Czerwonego”.

Równocześnie z dyplomatyczną presją, Departament Konsularny MSZ rozpoczął działania tajne. Prowadzili je szef departamentu Wiktor Tomir Drymmer, jego zastępca, naczelnik wydziału polityki emigracyjnej, dr Apoloniusz Zarychta oraz radca dr J. Wagner. W Brytyjskim Mandacie Palestyny istniały wówczas dwie żydowskie organizacje wojskowo-niepodległościowe, które stawiały sobie za cel zmuszenie Anglików do utworzenia państwa Izrael. Były to: powołana przez Syjonistów-Rewizjonistów organizacja konspiracyjna Irgun Zwai Leumi, kierowana przez Władimira Żabotyńskiego, oraz Haganah, organizacja o charakterze policyjno-samoobronnym, dość zasobna w broń i pieniądze, której prawie wszyscy członkowie pochodzili z Polski.

W lipcu 1936 roku Władimir Żabotyński spotkał się z hrabią Edwardem Raczyńskim i przedstawił mu wizję Syjonistów-Rewizjonistów. Rozmowy kontynuowano we wrześniu 1936 roku w Warszawie. W ich trakcie Żabotyński ujawnił dziesięcioletni plan emigracji 750 tysięcy Żydów z Polski do Palestyny. Warunkiem powodzenia było umocnienie pozycji organizacji niepodległościowych działających w Brytyjskim Mandacie Palestyny. Żabotyński liczył na pomoc Polski, strona polska na pomoc Syjonistów-Rewizjonistów w sprawnym zorganizowaniu i przeprowadzeniu kampanii emigracyjnej z ziem II RP. Na spotkaniu 9 września uzgodniono, że strona polska przeszkoli 100 młodych syjonistów z Betaru, prawicowej organizacji żydowskiej stanowiącej zaplecze kadrowe dla Irgunu. Warunkiem Departamentu Konsularnego było, żeby po zakończeniu kursu jego uczestnicy wyjechali z Polski. Latem 1936 roku zorganizowano również pierwsze paramilitarne obozy wakacyjne dla młodzieży z Betaru. Kolejny obóz młodzieżowy zorganizowano w 1937 roku. Obozy te miały polskich instruktorów i były dla uczestników nieodpłatne, a uczono na nich podstaw musztry, strzelania oraz zasad konspiracji i przetrwania.

Masowym zapleczem ludzkim dla żydowskiego podziemia w Palestynie była armia potencjalnych emigrantów, którą Żabotyński szacował na około 700 tysięcy osób. Do wybuchu powstania arabskiego przeciw brytyjskiej administracji w 1936 roku z Polski wyemigrowało do Palestyny około 100 tysięcy Żydów. Potem Brytyjczycy wstrzymali imigrację i pozostał przemyt. Szmugiel ludzi do Palestyny był wspierany finansowo i organizacyjnie przez MSZ i Oddział II Sztabu Głównego, czyli tak zwaną „Dwójkę”.

Główna nitka przemytniczego szlaku wiodła pociągiem do rumuńskiego portu Konstanca, a dalej transatlantykiem „Polonia” do Jaffy i Hajfy. Przerzut prowadzono pod płaszczykiem turystyki do krajów odległych: Brazylii, Boliwii, Urugwaju i Konga Belgijskiego, tranzytem przez Palestynę. „Turystyczny” ruch był tak duży, że PKP uruchomiły połączenia Konstancy z głównymi miastami Polski. Druga nitka prowadziła samolotami linii LOT do Hajfy. Do wybuchu wojny przeszmuglowano tymi trasami ponad 13 tysięcy ludzi, w tym – w obu kierunkach – szkolonych w Polsce dywersantów i minerów Irgunu i Haganah.

W 1937 roku wojskowa współpraca Departamentu Konsularnego MSZ i „Dwójki” z żydowskimi organizacjami bojowo-niepodległościowymi nabrała tempa. W ślad za rozmowami z emisariuszem Jehudą Arazim zawarto z Haganah porozumienie o udzieleniu ułatwień w zakupie uzbrojenia i amunicji oraz o pomocy w wyszkoleniu członków organizacji. Program tajnej współpracy z Haganą i Irgunem został w ciągu kilku dni zaakceptowany przez ministra spraw zagranicznych Józefa Becka oraz generalnego inspektora Sił Zbrojnych marszałka Edwarda Śmigłego-Rydza.

W dyskretnych rozmowach w 1937 roku ze stroną rumuńską uzgodniono zasady transportu ludzi, broni, amunicji, materiałów wybuchowych i sprzętu wojskowego z Polski przez Rumunię do Palestyny. Przerzut miał się odbywać bez kontroli i zadawania pytań.

W październiku 1937 roku dla 50 instruktorów Betaru zorganizowano szkolenie w jednostce wojskowej w Rembertowie, a w styczniu 1938 roku podobne szkolenie w Andrychowie.

Latem 1938 roku około 40 bojowników Irgunu odbyło regularne szkolenie wojskowe w ośrodkach z Zofijówce na Wołyniu oraz w Poddębiu (zapewne Poddębicach) pod Łodzią. Były to szkolenia dla mieszkających w Polsce szeregowców, prowadzone przez instruktorów przeszmuglowanych z Palestyny.

Wiosną 1939 roku dla wytypowanych 25 bojowników Irgunu zorganizowano czteromiesięczny kurs minerski w ośrodku szkolenia dywersyjnego Ekspozytury nr 2 „Dwójki” w Andrychowie. Część kursantów mieszkała w Polsce, a część przybyła z Palestyny samolotami LOT obsługującymi linię Hajfa–Warszawa, najprawdopodobniej posługując się autentycznymi paszportami polskimi z fałszywymi danymi. Żydowską grupą kierował Abraham Stern, urodzony w Suwałkach komendant organizacji bojowej Irgunu. Był to kurs dla przyszłych instruktorów, a jego program obok zajęć saperskich obejmował podstawy konspiracji, techniki sabotażu, dywersji i walki partyzanckiej. Absolwenci mieli w Palestynie przekazywać zdobytą wiedzę dalej. Równolegle szkolenie bojowników Haganah prowadzono w jednostkach wojskowych w Rembertowie i Warszawie. Odpowiedzialnym za program szkoleniowy i przygotowanie ochotników z Polski, którzy mieli wyemigrować i zasilić obie organizacje bojowe w Palestynie, był pułkownik Jan Kowalewski, jeden z najlepszych oficerów „Dwójki”.

Wiosną 1939 roku Żabotyński i Stern wystąpili do MSZ o pożyczkę dla Irgunu w wysokości 212 tysięcy przedwojennych złotych. Zgodę na udzielenie pożyczki z budżetu Departamentu Konsularnego wydał minister Józef Beck. Pożyczka miała być częściowo w gotówce, a częściowo w broni, amunicji, materiałach wybuchowych i sprzęcie wojskowym. W przekazanym pokwitowaniu, datowanym 12 maja 1939 roku Władimir Żabotyński uznał polską pożyczkę za „dług honorowy” i zapewnił: „uczynimy wszystko, co w naszej mocy, aby spłacić ją jak najprędzej”.

Abraham Stern (w Palestynie używał pseudonimu Ben Mosze), dziękując 2 maja za możliwość pozyskania dóbr wartości powyżej 200 tysięcy złotych, zapewniał, że dług zostanie spłacony „po realizacji naszych celów”, czyli po powstaniu niepodległego państwa Izrael. Reprezentujący w tej transakcji stronę polską szef Departamentu Konsularnego Wiktor Tomir Drymmer jeszcze w 1968 roku zapewniał publicznie, że pożyczka nie została spłacona, chociaż niepodległość państwa Izrael proklamowano 14 maja 1948 roku.

Z innych niż Drymmer źródeł wiadomo, że Żabotyński listownie wyraził też wdzięczność za inną pożyczkę w wysokości 300 tysięcy złotych. Czy została zwrócona – nie wiadomo.

Magazyn uzbrojenia i sprzętu przeznaczonego do dyspozycji Irgunu mieścił się w wąskim budynku przy ulicy Ceglanej 8 (obecnie Pereca) w Warszawie. Yaakov Meridor, który po ukończeniu szkolenia w Andrychowie miał nadzorować przerzut uzbrojenia do Palestyny, pisał po latach, że kiedy wszedł do środka to – „omal nie zemdlałem”. Stały tam „setki skrzynek z bronią i amunicją. Chciałem ucałować każdą z nich”. Według Meridora, dla żydowskiego podziemia w Palestynie przygotowano 20 tysięcy karabinów Mauser oraz setki sztuk lekkiej i ciężkiej broni maszynowej, w tym 200 ckm Hotchkiss, a także liczne pistolety polskiej produkcji. Karabiny były produkcji francuskiej z dostaw dla polskiej armii w 1921 roku i zakonserwowane po wojnie polsko-bolszewickiej. Podane przez Meridora liczby mogą być dyskusyjne, ale fakt, że ckm Hotchkiss zostały dostarczone do Palestyny z Polski, potwierdzają inne źródła.

Wszystkie egzemplarze broni były „anonimowe”. Zatarto numery seryjne i oznaczenia producenta na wypadek, gdyby w Palestynie broń wpadła w brytyjskie ręce. Wielka Brytania była wówczas sojusznikiem Polski przeciwko III Rzeszy!

Broń, amunicję i sprzęt szmuglowano do Palestyny przez Bułgarię i Rumunię jako pomoc charytatywną dla osadników żydowskich, podając w listach przewozowych koce, obuwie, cement, materiały budowlane itp. Transporty te finansował w części, obok polskiego rządu, sympatyk Syjonistów-Rewizjonistów, francusko-rumuński milioner Simon Marcovici-Cleja. Zapotrzebowania na dostawy konkretnego uzbrojenia, amunicji lub zaopatrzenia składał Abraham Stern w uzgodnieniu z konsulem generalnym RP w Jerozolimie, Witoldem Hulanickim. Trzy poważne transporty dla Irgunu przerzucono jesienią 1938 roku oraz wiosną i latem 1939 roku. W międzyczasie szmuglowano drobne ilości broni i amunicji. Równolegle wysyłano uzbrojenie i amunicję dla Haganah. W tym przypadku transport i przemyt organizował mieszkający w Warszawie Jehuda Arazi.

Wojna przerwała współpracę, ale po podpisaniu układu Sikorski-Majski w lipcu 1941 roku, w szeregach armii generała Władysława Andersa znalazło się około 4 tysięcy Żydów. Po wyjściu ze Związku Sowieckiego polskie oddziały przybyły w 1942 roku przez Persję i Irak do Palestyny. Tam „zaczęły się tłumne dezercje żołnierzy żydowskiego pochodzenia, zaagitowanych przez organizacje żydowskie” – zapisał generał Anders we wspomnieniach. Jednostki Armii Polskiej na Wschodzie opuściło około 3 tysięcy żołnierzy „częściowo dobrze wyszkolonych”, co spowodowało „znaczne luki w oddziałach”. Mimo to, generał Anders nie zezwolił na poszukiwanie dezerterów, chociaż domagali się tego dowódcy brytyjscy. „Ani jeden dezerter nie został przez nas aresztowany”, ponieważ „nie chciałem mieć pod dowództwem żołnierzy, którzy bić się nie chcą” – wspominał dowódca II Korpusu i zagrał na dwie strony. Polskiej żandarmerii wydał cichą instrukcję, aby uciekinierów nie traktowano jako dezerterów, a Brytyjczyków lojalnie uprzedził, że mogą mieć z dezerterami kłopoty.

Wśród tysiąca żołnierzy pochodzenia żydowskiego, którzy postanowili zostać w szeregach Wojska Polskiego, był kapral 5 dywizji piechoty Menachem Begin, w cywilu warszawski adwokat. Uważał on, że nie można opuszczać armii, której złożyło się przysięgę.

Begin nie był w łatwej sytuacji. Koledzy z Irgunu prosili go, aby wszedł do ścisłego kierownictwa organizacji. Chcąc mu pomóc, zwrócili się do przebywającego w Palestynie Wiktora Drymmera. Ten, znając dobrze generała Michała Karaszewicza-Tokarzewskiego, który był zastępcą generała Andersa, przedstawił mu sytuację Begina i jego rozdarcie między dwiema lojalnościami. Generał Karaszewicz-Tokarzewski znalazł salomonowe rozwiązanie – udzielił kapralowi Beginowi bezterminowego urlopu.

W odpowiedzi na otrzymywaną pomoc i wsparcie kierownictwa Irgunu i różnych grup, które z niego wyszły, doradziły dyskretnie dowództwu Armii Polskiej na Wschodzie, aby na pojazdach obok brytyjskich oznaczeń malowano nieformalne oznakowania polskie. Najlepiej biało-czerwone proporczyki. Wówczas, tłumaczono, nasi ludzie przepuszczą pojazd i nie odpalą przygotowanych już przydrożnych min.

Po wybuchu wojny Irgun powstrzymał się od atakowania Brytyjczyków. Nie podporządkował się tej decyzji Abraham Stern, który z grupą młodych, dobrze wyszkolonych, „wilków” opuścił Irgun i w 1940 roku założył odrębną organizację bojową Lechi, która prowadziła typowe działania terrorystyczne. Dla Lechi głównym wrogiem byli Brytyjczycy i dla ich pokonania Stern gotów był sprzymierzyć się z każdym, nawet z Niemcami Hitlera, Włochami Mussoliniego czy Sowietami Stalina. Stern oraz jego zastępca Icchak Szamir nadali Lechi wymiar mistyczny. Głosili, że Żydzi są narodem wybranym, a ich zadaniem jest utworzyć państwo od Nilu do Eufratu, odrodzić królestwo i zbudować Trzecią Świątynię. W taktyce wykorzystywali skutecznie nauki pobrane w Rembertowie i Andrychowie.

Brytyjczycy pilnie szukali dowodów działalności Sterna, który w Palestynie znany był pod pseudonimami Ben Mosze i Yair. Kiedy 11 lutego 1942 roku (według innych źródeł 12 grudnia 1942 roku) do mieszkania, w którym ukrywał się wraz z żoną, weszli z nakazem rewizji funkcjonariusz brytyjski i policjant żydowski, Stern nie stawiał oporu. Na polecenie, żeby zabrał płaszcz, bo jest aresztowany, odwrócił się do wieszaka, a wówczas padł strzał w plecy. „Kto strzelił? Anglik? Żyd?” – pytał we wspomnieniach Wiktor Drymmer. Część źródeł podaje, że Anglik – funkcjonariusz policji brytyjskiej Jeffrey Morton.

Do końca 1942 roku większość bojowników Lechi zginęła lub została aresztowana. Niedobitki zeszły do głębokiego podziemia. Na wzór siatek „Dwójki” organizację przebudowano w system trzyosobowych komórek konspiracyjnych z trzyosobowym komitetem centralnym na czele.

Za sprawy operacyjne, administracyjne i organizacyjne odpowiadał w nim Icchak Szamir, który, ścigany przez Brytyjczyków, posługiwał się otrzymanymi potajemnie autentycznymi polskimi dokumentami wojskowymi wystawionymi na jego właściwe nazwisko Jeziernicki. Udawał przy tym, że nie zna ani hebrajskiego, ani jiddisz i mówi tylko po polsku.

Po wojnie Lechi i Irgun nie zaprzestały walki o niepodległość. Liczba zamachów bombowych, ataków, porwań, terrorystycznych zabójstw stale rosła. 22 lipca 1946 roku sześciu bojowników Irgunu wśliznęło się do podziemi hotelu King David w Jerozolimie, zarekwirowanego dla brytyjskich oficerów. Wnieśli siedem konwi do mleka pełnych materiałów wybuchowych. Z wielką znajomością rzeczy minerzy zainstalowali ładunki w newralgicznych punktach konstrukcji południowej części siedmiokondygnacyjnego budynku, pod lokalami, w których urzędowały władze Brytyjskiego Mandatu Palestyny, a potem wycofali się niepostrzeżenie. Irgun ostrzegł telefonicznie, że hotel jest zaminowany, ale ostrzeżenie zlekceważono i nie zarządzono ewakuacji budynku. Eksplozja nastąpiła o 12.37 czasu lokalnego. Cały narożnik hotelu runął. Zginęło 91 osób, w tym 28 Brytyjczyków. Londyn zagotował się z oburzenia, ale w kręgach politycznych zaczęła dojrzewać myśl, iż czas rozpocząć rozmowy w sprawie powstania państwa Izrael.

Artykuł Rafała Brzeskiego pt. „Fundamenty Izraela w Zofijówce i Andrychowie” znajduje się na s. 4 i 5 marcowego „Kuriera WNET” nr 45/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Rafała Brzeskiego pt. „Fundamenty Izraela w Zofijówce i Andrychowie” na s. 4 marcowego „Kuriera WNET” nr 45/2018, wnet.webbook.pl

Bar w Wielkopolsce. Romantyczny romans… Bohaterstwo i infamia / Jacek Kowalski, „Wielkopolski Kurier WNET” 46/2018

Konfederacja barska – to legenda, zarazem czarna i biała. Dla Mickiewicza historia jej zakrawała na romans: „nawet wszystkie postacie bohaterów konfederacji mają w sobie coś romansowego”.

Jacek Kowalski

Bar w Wielkopolsce. Romantyczny romans…

Konfederacja barska – to legenda, zarazem czarna i biała. Dla Mickiewicza historia jej zakrawała na romans; wieszcz mówił podczas swoich wykładów paryskich: „nawet wszystkie postacie bohaterów konfederacji mają w sobie coś romansowego, coś, co przypomina bohaterów Iliady i rycerzy średnich wieków”.

Nic dziwnego więc, że konfederacja stała się dla naszych romantyków „harfą Eola”. Jednak wbrew romantykom, wielu światłych badaczy jest dziś zdania, że dzieje barzan to tylko ciąg narodowych kompromitacji, które doprowadziły do pierwszego rozbioru Polski, a na koniec zaowocowały Targowicą. Z takich opinii wyrosła czarna legenda Baru, kształtowana zresztą już przez jego pierwszych przeciwników z kręgu króla Stanisława Augusta i przez francuskich wolnomyślicieli typu Woltera. A jednak wielki historyk i autor pomnikowej monografii konfederacji Władysław Konopczyński, mimo pełnej znajomości jej ciemnych stron, pozostawał pod jej nieprzepartym urokiem.

Dlaczego? Odpowiedź jest dość prosta. Czytając pisma z epoki – Historię Jędrzeja Kitowicza, pamiętniki Wybickiego, czy też prace współczesnych historyków i historyków literatury, dzięki którym okres ten znamy coraz lepiej (myślę tu zwłaszcza o znakomitych pozycjach pióra Emanuela Rostworowskiego, Wacława Szczygielskiego, Jerzego Michalskiego i Janusza Maciejewskiego) – można się Barem zarówno przerazić, jak i zarazić. Tak, to prawda, w czasach konfederacji Rzeczpospolita była już w stanie rozkładu. Ale oto pojawiają się ludzie, którzy pragną coś zmienić. Wprawdzie giną, grzęzną w „polskim bagnie” albo, co gorsza, sami je tworzą – ale nie są bezczynni. Polska świadomość uległa pod ich wpływem epokowej przemianie. Świadczą o tym czyny, ale i słowa: wiersze, manifesty, satyry, pieśni, które porywają wzniosłością i dosadnością zarazem. Są znakiem budzącej się myśli i ducha, wiary w Boga, w sprawiedliwość i moc słusznej sprawy, choć i poczucia wielkiego upadku, którego aż do tej pory Polacy nie byli w pełni świadomi. A tło tych wydarzeń i tych tekstów stanowi barwny folklor szlachecki i niezwykła sztuka polska późnego baroku.

Od Baru przez Kcynię do Zdun

Przeciętny Polak wie o czasach konfederacji barskiej mało, żenująco mało. Tymczasem obfitość źródeł historycznych, w znacznej części wciąż nieopublikowanych i wciąż badanych, jest wprost oszałamiająca. Przede wszystkim zaś otaczają nas, osaczają wręcz miejsca, które widziały tamte wydarzenia, godne chwalebnej lub pouczającej pamięci. Także w Wielkopolsce.

Jak wiemy, konfederację zawiązano w Barze 29 lutego 1768 roku w intencji usunięcia z Polski wojsk rosyjskich i przywrócenia praw, które naruszył sterroryzowany przez Moskali sejm. Wydarzenia, które miały miejsce w Barze, Berdyczowie i na całym Podolu, choć trwały stosunkowo krótko (ruch barski wygasł tam wskutek ataku połączonych sił armii rosyjskiej i koronnej, a także wobec chłopskiego buntu, tzw. koliszczyzny) – okazały się początkiem lawiny. Wszędzie jak grzyby po deszczu powstawały konfederacje regionalne, powołujące się na barski przykład. W Kcyni – mieście grodowym na północ od Poznania – 5 czerwca 1768 roku (czyli jeszcze przed upadkiem Baru) zebrały się zbuntowane regularne oddziały wojska polskiego pod dowództwem porucznika chorągwi husarskiej Wojciecha Rydzyńskiego, stolnika poznańskiego. Uroczyste ogłoszenie konfederacji wielkopolskiej nastąpiło w parę dni później w miasteczku Gębice. Niestety, polska armia regularna była odzwyczajona od wojny, stanowiła raczej rezerwuar intratnych posad. Po dwóch starciach oddziały Rydzyńskiego zostały doszczętnie rozbite, prowokując przy okazji spalenie przez Moskali miasteczka Pyzdry, którego mieszkańcy zasilili szeregi barzan. Mimo klęski, wystąpienie Rydzyńskiego zapoczątkowało tę gałąź ruchu, która przez następne lata miała się okazać najżywotniejsza.

Na Litwie i na Ukrainie szlachecki zryw inicjowali przeważnie magnaci, wokół których gromadzili się ochotnicy. W Wielkopolsce, kraju średniej szlachty, bez wielkiej własności magnackiej, stało się na odwrót: to szlachta sama gromadziła się w obozie i obierała sobie przywódców. Tylko raz zdarzyło się odwrotnie.

Jakub z Ul Ostoja Ulejski

20 czerwca, w dniu, w którym upadał Bar, powstał Kraków. Po długiej i bohaterskiej obronie, w której wzięli też udział Wielkopolanie ocaleni z pogromu oddziałów Rydzyńskiego, został jednak przez Rosjan zdobyty. Mnóstwo konfederatów powędrowało na Syberię. Niektórzy powrócili po kilku latach; część pozostała na zawsze w carskim Imperium.

Wtedy jednak Wielkopolska zaczynała już stawać się teatrem wojny permanentnej. 17 lipca wystąpił na arenę dziejową Jakub z Ul Ostoja Ulejski. Był to drobny szlachcic, „szlachcic partykularny” – jak pisze ksiądz Jędrzej Kitowicz – „jednego sołtystwa w królewszczyźnie posiadacz”. Z dziesięcioma towarzyszami (wszyscy oni także wywodzili się z ubogiej szlachty) spisał w Januszkowie pod Żninem manifest o przystąpieniu do konfederacji, w którym czytamy:

Umyśliliśmy te to wszczęte przez nieprzyjaciół wolnemu narodowi szkodzące i na karki nasze godzące jarzma niewolnicze… znosić… krwią to ojczystą i życiem własnym dokonać… z wszelkim, szczęśliwie nam panującego Najjaśniejszego Króla imci Stanisława Augusta Pana naszego miłościwego, uszanowaniem.

Jak widać, niektórzy konfederaci – i to bynajmniej nie mniejszość – uznawali królewską godność Poniatowskiego i na pomazańca podnosić ręki nie zamierzali.

Nazajutrz, 18 lipca 1768 roku, Ulejski przybył do Kcyni i oblatował swój manifest „w grodzie”. W przyszłości miał dokonać wielu sławnych wyczynów: doprowadził bowiem do skonfederowania się szlachty kujawskiej i pomorskiej, i aż dwukrotnie podchodził pod mury Gdańska, obsadził też wiele miasteczek własnymi załogami. Po klęsce w Starogardzie natychmiast zebrał ocalałe z pogromu siły i zorganizował zasadzkę na powracających Rosjan. Posiał wśród nich duże zamieszanie i wziął do niewoli dwudziestu sześciu kozaków. Po kilku dniach puścił ich wolno, dając na drogę po sztuce złota i każąc powtórzyć ich dowódcom, że Polacy nie mają zwyczaju tyrańsko traktować jeńców. Ten sławny postępek Ulejskiego rozszedł się echem po całej Polsce i nawet po zagranicy. Tymczasem jednak nie było mu dane długo cieszyć się godnością regimentarską, bo 26 i 28 września, gdy rozbił Rosjan pod Lwówkiem, kładąc trupem ich dowódcę, tak zapędził się za przeciwnikiem, że stracił kontakt z własnymi siłami. Większość z nich miał odnaleźć dopiero po dwu tygodniach. Konfederaci, przekonani o śmierci swego regimentarza, 8 października w Kaliszu wybrali jego następcę. Został nim

Ignacy Skarbek Malczewski,

który długo utrzymał się na tym stanowisku. Niewątpliwie doskonały organizator, ale kiepski żołnierz, nie zyskał sympatii księdza Kitowicza: Ignacy Malczewski, starosta spławski, płochego i porywczego geniuszu człowiek, chudej i szczupłej kompleksji, a przy tych talentach, robocie przedsięwziętej przeciwnych, serca zajęczego. On to, poniekąd zdradzając zwierzchność konfederacką, zapragnął potajemnie nawiązać kontakt z dworem królewskim i godził się na zrobienie politycznego wyłomu w konfederacji. Próbował wciągnąć do tego procederu Józefa Gogolewskiego, najzdolniejszego ze swoich pułkowników. Ten odmówił, oburzony, a w rezultacie doszło do obopólnych oskarżeń o zdradę i Gogolewski… został rozstrzelany. W tym bratobójczym starciu Wielkopolska straciła najwaleczniejszego z barskich rycerzy, i nie tylko jego, bo połączony z tą aferą skandal doprowadził do rozłamu wewnątrz skonfederowanego wojska.

Izba Konsyliarska

Po zimowo-wiosennym załamaniu na przełomie 1768 i 1769 roku konfederacja znowu nabrała sił. Wojna z turecko-rosyjska sprowokowana przez dyplomatów barskich zmusiła Rosjan do wycofania z Wielkopolski części wojsk moskiewskich. W dzień świętych Piotra i Pawła, 29 czerwca, armia konfederacka zajęła Poznań. Już wkrótce na wzgórzu Przemysła swobodnie obradował zjazd całej wielkopolskiej szlachty, która gremialnie przystąpiła do konfederacji i wybrała Izbę Konsyliarską, czyli jedyny wówczas i potem – prowincjonalny rząd konfederacki.

Utworzona wkrótce potem Generalność potwierdziła i pochwaliła decyzje zjazdu poznańskiego, a rządowe gabinety mocarstw sprzyjających konfederacji odnotowały powołanie Izby z wyraźnym zadowoleniem. Rada Najwyższa konfederacji nakazała organizować na wzór Wielkopolan podobne Izby we wszystkich województwach.

Sukcesy i klęski

Konfederacja odnotowała w roku 1769 niezwykle liczne sukcesy. Konfederaci znowu opanowali Kraków, a następnie Pomorze i Polskę centralną, tworząc rodzaj kordonu, który odciął całą zachodnią połać kraju, wzdłuż linii Kraków-Częstochowa-Piotrków-Toruń. Zarazem nastąpił spory sukces polityczny: 31 października 1769 na zjeździe w Białej na Śląsku, czyli na terenie przychylnie neutralnej Austrii, został ogłoszony Akt Konfederacji Generalnej i powstał ogólnopolski rząd konfederacki, czyli tak zwana Generalność.

Niestety wszystkie te osiągnięcia były raczej wynikiem pomyślnej sytuacji międzynarodowej niż sukcesów militarnych. Gdy nastąpiła, spodziewana zresztą, ofensywa rosyjska, oddano bez walki Kraków. Małopolanie ponieśli klęskę pod Dobrą, a Malczewski, który wyprawił się na Warszawę z całkiem sporą armią Wielkopolan, został pokonany pod Błoniem podczas przeprawy przez rzekę Utratę. Wielkopolska była już tą kampanią zmęczona. Malczewski złożył regimentarstwo i udał się na Śląsk, a potem, niby zdetronizowana wielkość, zasiadł w gronie Generalności. Moskale znów zajęli Poznań. Ale dzięki kilku walecznym dowódcom i francuskiej pomocy udało się raz jeszcze podźwignąć ruch barski.

Józef Zaremba

30 maja 1770 roku Józef Zaremba, były oficer w wojsku polskim, dotąd działający bardzo „kameralnie” w sieradzkiem, został mianowany generalnym komendantem wojsk prowincji wielkopolskiej. Okazał się człowiekiem wielkich zdolności, który umiał sprawnie dowodzić niewprawnymi oddziałami i szachować wroga, nie wdając się w ryzykowne starcia. Tym samym stał się jednym z najwaleczniejszych przywódców konfederacji. Uwieczniła go sławna pieśń, słusznie zestawiając z legendarnymi Sawą i Pułaskim. Działalność Zaremby nie mogła jednak przynieść owoców bez odpowiedniej dyscypliny wśród pułkowników jego prowincji. Nieposłuszeństwo wielu pomniejszych dowódców nie było tylko skutkiem ich samowoli, gorzej – wynikało z zakulisowych rozgrywek w łonie samej Generalności. Trzeba wiedzieć, że walczyły przynajmniej dwie opcje: prokrólewska i zdecydowanie antykrólewska. Zaremba był zasadniczo prokrólewski i pragnął pojednania z monarchą, ewentualnie widział go nawet jako głowę ruchu. Natomiast Kazimierz Pułaski stał na stanowisku przeciwnym. Sam król zachowywał pewną neutralność i do czasu nie użyczał wojsk koronnych przeciwko konfederatom, nie licząc ekspedycji na Bar w 1768 roku. Teraz nawet zastanawiał się nad poparciem ruchu, zaczął opierać się naciskom ambasady rosyjskiej.

Porwanie króla i koniec konfederacji

Niestety, już wkrótce sami konfederaci mieli zablokować drogę do pojednania. Najpierw Generalność ogłosiła polski tron jako pusty, a potem, 3 listopada 1771 roku, nastąpiła próba porwania króla Stanisława Augusta jako „uzurpatora”. Król, lekko ranny, już w drodze do konfederackiego obozu zdołał przekonać swojego strażnika, niejakiego Kuźmę, żeby go uwolnił i odprowadził w bezpieczne miejsce. Nieskuteczna akcja „konfederackich komandosów” wzbudziła oburzenie zarówno w Polsce, jak i w monarchicznej Europie – gdzie potraktowano ją jako próbę królobójstwa. Rozbiór Rzeczypospolitej był już postanowiony, a dogodny pretekst właśnie się w ten sposób nastręczył. Wiosną 1772 roku trzy mocarstwa odebrały swój łup. Polacy byli kompletnie zaskoczeni. Dotąd ślepo wierzyli w przyjaźń Austrii i nawet w przychylność Prus; wydawało im się, że samo istnienie Polski jest zagwarantowane na wieki wieków, bo stanowi ona języczek u wagi we wzajemnych stosunkach państw środkowej Europy. A wojska zaborcze powoli zajmowały cały kraj – wpierw w celu uśmierzenia konfederacji.

Ustępujący przed pruską armią żołnierze Zaremby poddali się królowi Stanisławowi po otrzymaniu amnestii. Mogli zachować broń i nie krępowano ich w wyborze dalszego losu. Większość odeszła do domów, część dała się zwerbować Prusakom i Moskwie (głównie pruscy i moskiewscy dezerterzy), część przyjęła służbę w ułanach królewskich. Sam Zaremba pojechał do Warszawy, uzyskał trzygodzinną audiencję u króla i godność generał-majora; niestety wkrótce zginął w dość tajemniczym wypadku…

Tak zakończyła się długa epopeja skonfederowanej Wielkopolski. Nasza prowincja jako jedyna dała przykład organizacji prowincjonalnego rządu z podatkami, rekrutem i armią, która o mały włos zdobyłaby Warszawę. Warto powspominać…

Artykuł Jacka Kowalskiego pt. „Bar w Wielkopolsce. Romantyczny romans…” znajduje się na s. 7 kwietniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 46/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Jacka Kowalskiego pt. „Bar w Wielkopolsce. Romantyczny romans…” na s. 7 kwietniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 46/2018, wnet.webbook.pl

„Wiary świętej katolickiej własnym życiem i krwią bronić” – ślubowali konfederaci 250 lat temu w Barze na Podolu

„Legenda Baru stanie się dla narodu na przyszłość moralnym skarbem” – napisał historyk Władysław Konopczyński, a kilkadziesiąt lat później ich czyn Juliusz Słowacki utrwalił w dramacie „Ksiądz Marek”

Adam Wojnar

Chorągiew konfederatów barskich. Fot. Wikipedia

Msza święta intencji poległych za wiarę i wolność w kościele Karmelitów Bosych na Wzgórzu św. Wojciecha w Poznaniu rozpoczęła wielkopolskie obchody jubileuszowego roku 250-lecia konfederacji barskiej – pierwszego polskiego zbrojnego powstania o wolność. 29 lutego 1768 roku w Barze na Podolu szlachta zawiązała konfederację w obronie wiary i wolności.

W Wielkopolsce zaplanowano cykl debat regionalnych przybliżających idee konfederacji barskiej. Odbędą się one m.in. w Grodzisku, Jarocinie, Krotoszynie, Obornikach, Sierakowie, Międzychodzie, Skokach, Wągrowcu i Szamotułach. Zakończeniem obchodów ma być debata i koncert w TVP 3 w Poznaniu.

Ostatnia wolna elekcja w I Rzeczypospolitej w 1764 roku na tron wyniosła litewskiego stolnika Stanisława Augusta Poniatowskiego. Król był popierany przez wpływowe ugrupowanie magnackie – Familię Czartoryskich, a przede wszystkim przez carycę Rosji Katarzynę II. Wpływała ona na politykę króla przez swoich ambasadorów, spośród których najbardziej bezczelny i zuchwały był Mikołaj Repnin.

Sejm na jego rozkaz przyjął ustawę o równouprawnieniu dysydentów, czyli innowierców, co przez Polaków zostało uznane za zamach na religię katolicką. Jednocześnie zastraszeni przez carycę posłowie uchwalili tzw. prawa kardynalne, czyli gwarancje niezmienności ustroju Polski, w tym liberum veto, co pozwalało ościennym państwom na ingerowanie w sprawy kraju. Ten gwałt oraz inne moskiewskie bezprawia stały się bezpośrednią przyczyną wystąpienia zbrojnego polskich patriotów przeciw Rosji.

Po ogłoszeniu powstania stacjonujące na ziemiach polskich wojska rosyjskie na rozkaz carycy zostały natychmiast skierowane przeciw konfederatom. Pod naciskiem ambasadora Repnina król Stanisław Poniatowski wyraził zgodę, aby w tłumieniu powstania wzięły udział także wojska koronne. Słabo uzbrojone i nieliczne oddziały konfederatów stawiały armii rosyjskiej zacięty opór.

Kazimierz Pułaski, jeden z trzech synów Józefa, dowódcy powstania, przez kilka tygodni bronił nieobwarowanego Berdyczowa, a także Baru. Mimo ofiarności i męstwa, słabe siły konfederatów nie były w stanie sprostać regularnym wojskom rosyjskim. Po blisko czterech miesiącach walk zostały one rozbite, a część powstańców przekroczyła Dniestr i wycofała się na terytorium Turcji.

Po klęsce ok. 4 tysiące konfederatów zostało zesłanych w głąb Rosji na katorgę. „Legenda Baru stanie się dla narodu na przyszłość moralnym skarbem” – napisał słynny historyk Władysław Konopczyński, a kilkadziesiąt lat później ich czyn Juliusz Słowacki utrwalił w dramacie Ksiądz Marek ze słynną Pieśnią konfederatów barskich.

5 sierpnia 1772 roku Prusy, Rosja i Austria podpisały w Petersburgu pierwszy traktat rozbiorowy. W jego wyniku Rzeczpospolita straciła 30 procent terytorium i około 35 procent ludności, dodatkowo zaborcy zażądali zalegalizowania rozbioru przez Sejm polski.

Mimo klęski zawiązanej w Barze konfederacji, przeszła ona do narodowej legendy jako pierwsze zbrojne powstanie o wolność.

Cały artykuł Adama Wojnara pt. „Nigdy przed mocą nie ugniemy szyi” znajduje się na s. 8 marcowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 45/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Adama Wojnara pt. „Nigdy przed mocą nie ugniemy szyi” na s. 8 marcowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 45/2018, wnet.webbook.pl

Antoni Macierewicz: Kiedy Polonia alarmowała o Ustawie 447, to polska dyplomacja pozostawała bezczynna [VIDEO]

Polityk Prawa i Sprawiedliwości podkreślił, że polskie władze powinny w oficjalnym stanowisko jasno przekazać, że nie uznają, aby ustawa JUST w jakikolwiek sposób dotyczyła Rzeczpospolitej.


Zdaniem byłego ministra obrony narodowej wskazał, że ustawa 447 nie ma pełnego poparcia w Waszyngtonie: Na tę ustawę trzeba będzie zareagować. Trzeba mieć zanalizowaną całą sytuację. Ustawa przeszła przez kongres niespodziewanie. Ustawa o rekompensacie za mienie bezspadkowe była procedowana od dawna, ale dosyć niespodziewanie kongres przyjął ustawę senatu i Paul Rayan szybko podjął ją pod głosowania, a sam wyszedł. W głosowaniu wielu kongresmenów nie brało udziału w tym głosowaniu.

To jest ustawa o niespotykanym charakterze w świcie zachodnim. Ponieważ ona nakazuje do przekazania mienia bezspadkowego, na rzecz, właściwie przypadkowych organizacji, niemających żadnych powiązań z właścicielami tych majtków – podkreślił w Poranku Wnet Antoni Macierewicz, wskazując, że walna z ustawą jeszcze się nie kończy, ponieważ: Polonia teraz prowadzi akcję, żeby tę ustawę zaskarżyć, ponieważ jest ona niezgoda z zasadami prawa.

W deklaracji Terezińskiej jest zapisane, że nie ma ona mocy prawnej, a w kwestii mienia bezspadkowego jest tylko jedno zdanie, że niektóre państwa mogą wykorzystać minie bezspadkowe na rzecz kultywowania pamięci o Holokauście – powiedział gość Poranka Wnet.

Antoni Macierewicz podkreślił, że mimo początkowej bierności, cały czas jest możliwości zablokowania ustawy i jest pole do działań rządu: Musi być jasne oświadczenie instytucji państwa, że ta ustawa do niczego Polski nie przymusza, że Polska nie będzie respektowała tej ustawy i traktowała jako skierowanej do siebie. Po drugie trzeba uruchomić środki wsparcia dla Polonii, która jest rozżalona, bo przez miesiące alarmowała o tej ustawie i bezskutecznie zgłaszała się do instytucji państwowych w tym do MSZ.

Finansowy wymiar ustawy 447 o przejęciu mienia bezspadkowego, które obejmuje 20 procent nieruchomości, będzie dla Polski całkowicie rujnujący – powiedział Antoni Macierewicz, który wskazał, że ustawy ma także rujnujący wpływ na Polonię, których przedstawiciele będzie sprowadzeni do roli obywateli piątej kategorii.

ŁAJ

Profesor Kazimierz Dadak o ustawie 447: To jest sytuacja kryzysowa i polski rząd powinien działać zdecydowanie

Ekonomista wykładający na Hollins University podkreśli, że ustawa w najbliższym czasie nie przyniesie znaczących szkód dla Polski, ale koszty jej uchwalenia na pewno pojawią się w przyszłość.

We wtorek Izba Reprezentantów Kongresu USA jednomyślnie, przez aklamację, przyjęła we wtorek ustawę o sprawiedliwości dla ofiar, którym nie zadośćuczyniono (Justice for Uncompensated Survivors Today – JUST), dotyczącą restytucji mienia ofiar Holokaustu.

W przypadku podpisania ustawy JUST (co po angielsku znaczy „sprawiedliwie”) przez prezydenta Donalda Trumpa, co wydaje się być zwykłą formalnością, sekretarz stanu będzie zobowiązany do przedstawienia w dorocznym raporcie Departamentu Stanu o przestrzeganiu praw człowieka w poszczególnych państwach świata albo w dorocznym raporcie o wolności religijnej na świecie; sprawozdanie o realizacji ustaleń zawartych w Deklaracji Terezińskiej.


Prof. Kazimierz Dadak ocenił, że zapisy ustawy stanowią znaczące zagrożenie dla Polski: To jest sytuacja kryzysowa i władze polskie powinni powołać sztab kryzysowy, gdzie znaleźliby się przedstawiciele amerykański w postaci ekspertów, którzy doradzaliby jak się zachowywać w tej sytuacji.

Tutaj wchodzi w grę kwestia kilkadziesiąt miliardów dolarów, a jeśli nawet nie kwestia odszkodowania, to przyniesie ciągłą presji przez władze USA, chociażby na przeniesienie polskiej ambasady z Tel-Avivu do Jerozolimy – podkreślił prof. Kazimierz Dadak.

Zdaniem gościa Pranka Wnet rząd powinien działać intensywnie na wielu polach m.in. prawnym, historycznym czy wizerunkowym, tak aby, jak najszybciej nadrobić zaległości poprzednich rządów: Powinniśmy powołać sztab historyków, który pokazywałby historię Polski i Polaków w czasie II wojny światowej oraz skalę pomocy, jaka Polacy nieśli żydom. Trzeba wynająć najlepsze kancelarie prawnicze oraz lobbingowe działające w Waszyngtonie.

Profesor Dadak podkreślił, że teraz najważniejszy będzie walka o dobry kształt rozwiązań przygotowywanych przez waszyngtońską administrację: Najważniejszą konsekwencją przyjętej ustawy będzie sprawozdanie, które sporządzi Departamentu Stanu. Przez najbliższe półtora roku zapanuje cisza, ale Izrael będzie intensywnie działał, aby pierwsze sprawozdanie wypadło na korzyść środowisk żydowski.

Cała sprawa zaczęła się od deklaracji Terezińskiej w 2009 i nic się przez lata nie działo. Tak samo będzie w przypadku ustaw 447. Początkowe nic się nie będzie działo, ale potem kwestia reparacji wróci z całą mocą – zaznaczył w Poranku Wnet prof. Kazimierz Dadak.

ŁAJ/Bankier.pl

Antoni Żebrowski, weteran polskiego Nocnego Dywizjonu Myśliwskiego 307 „Lwowskie Puhacze” odznaczony w Argentynie

Państwo Polskie trafiło pod okupację sowiecką. Antoni Żebrowski, jak tysiące innych Polaków walczących w czasie II wojny światowej, zdecydował na dalszą tułaczkę, która doprowadziła go do Argentyny.

Gdy w marcu w Polsce Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Pan Andrzej Duda przepraszał w imieniu Polaków za decyzje, jakie w 1968 roku podejmował komunistyczny rząd ustanowiony za pomocą sowieckich bagnetów, ponad 12 tysięcy kilometrów dalej, w polskiej ambasadzie w Buenos Aires miała miejsce uroczystość ku czci lotnika Dywizjonu 307, „Lwowskich Puhaczy” – kapitana Antoniego Żebrowskiego. (…)

Pan Antoni Żebrowski podczas uroczystości odznaczenia go Krzyżem Oficerskim Odrodzenia Polski. Fot. z archiwum autora

Antoni Żebrowski urodził się 9 stycznia 1924 roku w Warszawie w rodzinie Apolinarego i Aliny z domu Wirpszo. Wojenna zawierucha doprowadziła go do Wielkiej Brytanii. Trafił tutaj najbardziej chyba „znaną” drogą: przez Rumunię i Francję w lipcu 1940 roku. Z końcem 1941 roku (18 grudnia) uzyskał maturę w Liceum Wydziału Matematyczno-Fizycznego w Szkocji. Komisję wojskową przeszedł w Londynie 22 stycznia 1942 roku, otrzymując kategorię A i skierowanie do lotnictwa. W Wielkiej Brytanii otrzymał numer ewidencyjny P-2838.

Swoją historię w jedynym polskim nocnym dywizjonie myśliwskim „Lwowskie Puhacze” rozpoczął 17 kwietnia 1942 roku. Przy okazji wspomnijmy, że pisownia nazwy dywizjonu nie jest, zdaniem Andrzeja Roberta Janczaka, autora wielu książek z dziedziny lotnictwa, wynikiem błędu ortograficznego.Nazwa ptaka, zdaniem wielu ornitologów, nie pochodzi od „puchu” jako opierzenia, lecz od wydawanego w nocy dźwięku „Puuu! Huu-Huu!” Taka pisownia została świadomie przyjęta i stosowana w nazwie 307 Lwowskiego Dywizjonu.

13 marca 1944 roku A. Żebrowski otrzymał polowy znak radioobserwatora. W czasie służby u Puhaczy wykonał od 12 października 1943 roku do 6 maja 1944 roku 3 loty bojowe dzienne (w czasie 10 h 15 min), 5 operacji dziennych (14 h 15 min), dwa loty bojowe nocne (3 h 25 min) i 5 lotów na operacje nocne (13 h 35 min).

W wyniku zdrady jałtańskiej Państwo Polskie trafiło pod okupację jednego ze swoich agresorów z września 1939 roku – Związku Sowieckiego. Antoni Żebrowski, jak tysiące innych Polaków walczących w czasie II wojny światowej, zdecydował na dalszą tułaczkę, która doprowadziła go do Argentyny.

Niedzielne uroczystości byłyby niemożliwe, gdyby nie wspólne działanie Ambasady Polskiej w Buenos Aires, Ogniska Polskiego i polsko-brytyjskiej organizacji 307 Squadron Project, która od lat przybliża społeczeństwu polskiemu i brytyjskiemu historię i chwałę jedynego polskiego nocnego dywizjonu z czasów II wojny światowej – 307 Dywizjonu Myśliwskiego „Lwowskie Puhacze”.

W trakcie uroczystości decyzją Prezydenta Polski weteran podniebnych walk o Polskę został w dowód uznania zasług dla kraju odznaczony Krzyżem Oficerskim Odrodzenia Polski. Pan Antoni odebrał Krzyż z rąk polskiego ambasadora RP w Argentynie, p. Marka Pernala, i attaché obrony, ppłk. Krzysztofa Rojka.

Cały artykuł Krzysztofa Żabierka pt. „Weteran polskiego nocnego dywizjonu myśliwskiego odznaczony w Argentynie” znajduje się na s. 7 kwietniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 46/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Krzysztofa Żabierka pt. „Weteran polskiego nocnego dywizjonu myśliwskiego odznaczony w Argentynie” na s. 7 kwietniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 46/2018, wnet.webbook.pl

Trzy muśnięcia śmierci. Opowiadanie zgłoszone do konkursu w I LO w Zabrzu pt. „Losy Polaków podczas II wojny światowej”

„Nie rób tego więcej, bo pójdziesz pod sąd wojenny i nic cię nie uratuje”. On wiedział, ale nie zdradził mnie. Wśród Niemców też byli ludzie, którzy nienawidzili wojny i mieli jej dosyć.

Dorota Karwowska

Piękna wiosna wokoło, a mnie nic nie cieszy. Mój dziadek jest ciężko chory. (…) Nowotwór żołądka czyni zastraszające postępy. Słyszę jego głos: – Tak chciałbym jeszcze pożyć. Chociaż rok… – Serce mi się ściska. Nie mogę tego słuchać. Chowam twarz w dłoniach. Jakby z daleka dochodzi mnie głos mamy:

– Tato, spójrz na to inaczej. Pomyśl. Miałeś szczęście. Przeżyłeś wojnę, wychowałeś nas czworo. Wszystkim pomagałeś. Zawsze. Masz dziewięcioro dorosłych wnuków. Jeszcze i im pomogłeś, a pomyśl, ilu twoich kolegów nie miało tego szczęścia. Rzeczywiście napracowałeś się, ale zadbałeś o wszystko. Trzeba przyznać, że miałeś udane życie.

– Tak, masz rację. Wojna to najstraszniejsza rzecz. (…) – Mnie i młodszego o rok drugiego brata wcielono do Wehrmachtu. Straszna to rzecz walczyć w armii wroga, w szeregach tych, których nienawidzisz. (…)

Pałatką okręciłem rękę i strzeliłem do niej. Ból i krew. Całe szczęście – jestem ranny! Nie będę więcej walczył. W punkcie opatrunkowym jakiś lekarz oglądał moją rękę i nagle krzyknął: „Sam sobie to zrobiłeś! Pójdziesz pod sąd wojenny!”. Akurat na noszach nieśli kapitana. Widziałem go przed nalotem. Nie było czasu myśleć. Sam się dziwiłem, kiedy powiedziałem: „Ten kapitan biegł obok mnie. Strzelali z samolotów. Byli nisko, bardzo nisko”. Kapitan był ranny w głowę, ale przytomny. Na pytanie lekarza, czy to prawda, co mówię, odpowiedział twierdząco. Byłem uratowany. Lekarz kazał mi zrobić opatrunek i skierował do szpitala. Wrócił do ciężko rannych. Byłem szczęśliwy. Niech palec diabli wezmą! (…)

Wysłał mnie do komisji w Gliwicach, która miała zająć stanowisko w tej sprawie. Czekałem na korytarzu z duszą na ramieniu. Wreszcie wezwano mnie. Lekarze oglądali mój serdeczny palec z wielką uwagą. W końcu wydali zaświadczenie, że mogła to być samoistna infekcja. Gdy wychodziłem z budynku, spotkałem głównego lekarza z komisji. Powiedział: „Nie rób tego więcej, bo pójdziesz pod sąd wojenny i nic cię nie uratuje”. Zrobiło mi się gorąco. On wiedział, ale nie zdradził mnie. Wśród Niemców też byli ludzie, którzy nienawidzili wojny i mieli jej dosyć. (…)

Nawet w listach trzeba było być ostrożnym. Nas, Ślązaków, pilnowano szczególnie. Jednak kiedyś, przepełniony radością, nie wytrzymałem. Napisałem do żony (byliśmy pół roku po ślubie): „Niedługo będziemy w wolnej…” (zrobiłem kropki). Miałem na myśli Polskę. Wiedziałem, że wasza mama się domyśli. Miałem pecha. Ten list otworzyła cenzura. Wezwano mnie do sztabu. Nie wiedziałem w jakiej sprawie. Dowiedziałem się na miejscu. To był sąd wojenny. Pomyślałem, że to już mój koniec. Gorączkowo szukałem w pamięci, o co może chodzić. Wreszcie wprowadzono mnie do pokoju. Udawałem spokój.

Dziadek westchnął. Znowu na chwilę zamilkł i uśmiechnął się do swoich myśli.

– Tu miałem wyjątkowe szczęście. Nie wiem, co mnie natchnęło, że umiałem tak przekonująco zagrać tę rolę. Pokazano mi list. Spytano, czy to mój. Potwierdziłem; list pisałem po polsku. Jakiś porucznik zapytał, czy będę mówił sam, czy potrzebuję tłumacza. Pomyślałem od razu, że tłumacz to dobry pomysł, bo będę miał czas zastanowić się nad odpowiedzią. Niemieckim w mowie posługiwałem się biegle, ale odpowiedziałem, że potrzebuję tłumacza. Oficer podsunął tłumaczowi list i kazał zapytać, co tam, gdzie kropki, miało być napisane. Odpowiedziałem, że w wolnej ojczyźnie. „A dlaczego tego nie napisałeś?”, zaśmiał się pogardliwie.

Zanim tłumacz przetłumaczył, miałem gotową odpowiedź: „Pisałem po polsku, więc mogłoby to wskazywać na Polskę, a to przecież wasza wina, że nie umiem dobrze po niemiecku”. Wśród sędziów rozległ się szmer. Słyszałem, jak komentują słowa tłumacza: „Was ist das? (Co on powiedział? Co to znaczy?)” Wtedy ja, specjalnie niezbyt dobrą niemczyzną, powiedziałem już bez pomocy tłumacza: „Oddaliście naszą miejscowość Polsce, chodziłem do polskiej szkoły i teraz przezywają mnie polnische Schwein (polską świnią)”. Przewodniczący sądu zerwał się na równe nogi. Zadał mi kilka pytań: jak nas traktują, skąd dokładnie pochodzę? Kazał wezwać komendanta. Spytał go, czy wie, jak traktują Ślązaków jego żołnierze. Komendant przyznał, że słyszał o zatargach i przezwiskach. Wyproszono mnie na korytarz. Wezwano po 10 minutach. Odczytano mi wyrok uniewinniający i przeproszono za nieodpowiednie zachowanie niemieckich żołnierzy.

Całe opowiadanie Doroty Karwowskiej pt. „Trzy muśnięcia śmierci” znajduje się na s. 8 kwietniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 46/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Doroty Karwowskiej pt. „Trzy muśnięcia śmierci” na s. 8 kwietniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 46/2018, wnet.webbook.pl

Śląsk w dziejach przyjmował kulturę romańską, cywilizację niemiecką, protestantyzm; dlaczego odrzuca implant kresowy?

Walka wcale się nie zakończyła i stanowi konfrontację wciąż tych samych sił – postpruskich, a więc antyeuropejskich, i polskich – europejskich, których Europa wciąż nie chce uznać za swoje.

Ryszard Surmacz

Chcąc pokazać dwa światy, które w XIV w. odeszły od siebie a potem, po 600 latach zderzyły się ponownie na Śląsku (1922 i 1945 r.), musimy cofnąć się o kilka wieków, a więc do czasów, w których zaczęły się one kształtować osobno, każdy na swój specyficzny sposób. W przypadku Śląska wracamy do wieku XVII i ostatnich Hohenzollernów, w przypadku Polski miejscami aż do Kazimierza Wielkiego.

Na Śląsku po zakończeniu obu wojen światowych w jednym miejscu spotkało się doświadczenie kresów zachodnich z kresami wschodnimi. Warto zauważyć, że kresy zachodnie pozostały na swoim miejscu, ludność z kresów wschodnich zaś powróciła do Macierzy. Dopiero takie spojrzenie daje bardziej właściwy obraz wydarzeń, które dziś zachodzą na terenie Górnego Śląska.

Więcej, dopiero taki obraz pokazuje, że walka wcale się nie zakończyła i stanowi konfrontację nie dwóch odmiennych polskich doświadczeń, lecz wciąż tych samych sił – postpruskich, a więc antyeuropejskich, i polskich – europejskich, których Europa wciąż nie chce uznać za swoje. Świadectwem tego jest chociażby dzisiejszy stosunek do emigrantów z Azji Mniejszej i Afryki. (…)

Fryderyk II wychowywał się w atmosferze walki o sukcesję tronu polskiego, był świadkiem i uczestnikiem rozdzierania „polskiego sukna”, patrzył na zdradę magnatów polskich, na ich brak poczucia państwa i obojętność. Na dworze w Królewcu jego ojciec przechowywał i utrzymywał ponad tysiąc królewskich dostojników, którzy chwalili pruskiego króla i za cenę powrotu na stanowiska gotowi byli odstąpić mu kolejny kawałek Polski. O Polakach wyrażał się z niezwykłą pogardą; tę pogardę zgeneralizował, połączył z iście pruską butą i przekazał ją swoim poddanym. Po Fryderyku II był Bismarck, a po nim cesarz Wilhelm II, który państwo postrzegał w egoistycznych kategoriach: ja, ja, ja! Ciągłość pogardliwego stosunku do Polaków została zachowana. Po nich przyszedł Hitler. (…)

Christian Graf von Krokow (1927–2002) pisze: Ruch niemiecki wstępujący na „szczególną drogę” należałoby rozumieć jako próbę ocalenia nierówności bądź też odtworzenia w jakieś formie kontrrewolucji tego, co rewolucja mieszczańska na Zachodzie uroczyście odwołała i zmiotła jako „stare rusztowanie bezprawia” – jako zasadę legalizującą porządek życia ludzkiego (Niemcy, s 104). W dalszej części autor problem ten wyjaśnia szerzej: W Niemczech obowiązek, porządek, sprawiedliwość jest w opozycji do wolności, równości, braterstwa; panowanie jednej osobowości zamiast wielu; pierwotna, wyższa ponad każdą wolę jednostkową własna wartość i nad inne przekłada własne racje państwa; niemożność pogodzenia ducha niemieckiego z duchem demokratycznym […]. Problem tkwi w psychologii. (…)

W tym bizantynizmie (Koneczny), w którym, gdyby nie wojny napoleońskie i Wiosna Ludów, konstytucja Niemiec uchwalona byłaby znacznie później, urodziło się jednak coś, co do dziś ma pozytywne przełożenie, mianowicie – urządzenia socjalne, obejmujące program ubezpieczeń społecznych, który wprowadził emerytury, opiekę medyczną, ubezpieczenia od nieszczęśliwych wypadków. Niemcy, mając takie zabezpieczenia i taką tresurę, swoje siły fizyczne i umysłowe mogli poświęcić państwu, które gwarantowało, że na starość nikt bez środków do życia nie zostanie.

Świat kresów wschodnich był zupełnie inny. Nie był wyciosany z jednej bryły, jak świat pruski. Choć na temat obydwu krain napisano bardzo dużo, to bogactwo kresów wschodnich miało zupełnie inny charakter. Tam przez wieki dominowała wolność. Różnie o niej mówiono, ale to ona stanowiła bazę wzajemnego porozumienia się mieszkających tam ludzi i narodów. Siłą nie był dryl, prawny nakaz, lecz kultura i obyczaj – rzeczywiste podstawy demokracji.

Tam buntowano się przeciw obcej niewoli i kłamstwu. Poprzez powstania odrzucano obcy dyktat i odwoływano się do tej wolności, za którą tęskniło wiele narodów. Tę mocno argumentowaną wolność rządy państw totalitarnych nazywały „polską zarazą” i tępiły ją srogo, aby nie przeniosła się na tereny ich państw. Kresy wyzwalały inwencję ducha i dawały człowiekowi możliwość swobodnej wymiany kulturowej. (…)

„Podolskiemu życiu towarzyszyła serdeczna opiekuńczość kobiet, ich troska o potrzeby i wygodę ludzi starszych, ich ciepła stanowczość i dystans wobec dzieci, a także pełen oddania stosunek do mężczyzn. Postawa ta, wyrażana codzienną starannością w prowadzeniu domu i śpiewną kresową mową, łagodziła ostrze sporów i niezbędne wobec dzieci połajanki” (A. Pawełczyńska, Koniec kresowego świata, Polihymnia, Lublin 2012, s. 12–15).

Wartość kresów wschodnich w polskiej kulturze wyraziła się nie tylko poprzez samodzielną myśl polityczną, która próbowała zsyntetyzować dwie cywilizacje: łacińską z bizantyńską, ale również połączyć wiele kultur. Dążenie to najlepiej uwidoczniło się poprzez literaturę, sztukę i życie codzienne. Cały ten kilkusetletni dorobek po 1945 r. został podzielony na dwie części: ludzi, którzy zostali przetransportowani na ziemie zachodnie i północne oraz kulturę materialną, która pozostała na miejscu jej tworzenia. Ziemia macierzysta ludzi ze wschodu przyjęła z niezrozumieniem. Nie ma się jednak co dziwić, bowiem obydwie strony natrafiły na system komunistyczny, który zajmował się skłócaniem ludzi.

Cały artykuł Ryszarda Surmacza pt. „Dlaczego Ślązacy są trochę inni (III)” znajduje się na s. 5 kwietniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 46/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Ryszarda Surmacza pt. „Dlaczego Ślązacy są trochę inni (III)” na s. 5 kwietniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 46/2018, wnet.webbook.pl

W Barze na Podolu 250 lat temu zawiązano konfederację w obronie wiary katolickiej i niepodległości Rzeczypospolitej

Konfederaci stoczyli ponad 500 bitew i potyczek, a przez szeregi związku przewinęło się nie mniej jak 100 000 szlacheckich synów. Nie było dworu i rodu, którego przedstawiciele nie chwyciliby za oręż.

Zdzisław Janeczek

Od Sejmu Niemego 1717 r. coraz widoczniejsze było podporządkowanie Polski rosyjskiemu imperium. Reformom, wprowadzanym przez Stanisława Augusta Poniatowskiego osadzonego przez Katarzynę II na tronie w 1764 r., towarzyszyło już ostentacyjne narzucanie obcej woli przez ambasadora carycy, Mikołaja Wasiljewicza Repnina (1734–1801).

Repnin otrzymał od Katarzyny II specjalne zadanie: miał skłonić posłów, przy pomocy groźby lub obietnicy urzędów bądź jurgieltu (stałej pensji od dworu rosyjskiego), by uchwalili traktat gwarancyjny z Rosją. Pod pozorem obrony dysydentów (innowierców) wprowadził do Polski 40 000 wojsk rosyjskich.

Manewr ten miał posłużyć do zawiązania konfederacji rzekomo prześladowanych protestantów i prawosławnych oraz ugruntować w Europie obraz tolerancyjnej imperatorowej, występującej w obronie praw człowieka. Riepnin zainicjował najpierw dwie konfederacje innowiercze: słucką i toruńską, a później katolicką konfederację radomską (wszystkie w 1767 r.).

Krzyż konfederatów barskich | Fot. Mathiasrex (CC A-S 3.0, Wikipedia)

Ten traktat oznaczałby praktycznie koniec suwerenności Rzeczypospolitej. W obliczu oporu części szlachty Repnin ułożył nowy plan. Traktat gwarancyjny przegłosuje nie cały Sejm, lecz jego delegaci. Wybrał zdrajców, którzy za rosyjskie pieniądze i za urzędy zatwierdzili traktat. Posłów i senatorów, którzy najgoręcej protestowali, dotkliwie nękano. Wojska rosyjskie plądrowały ich majątki lub je bezprawnie rekwirowały. 24 II 1786 r. Rzeczpospolita podpisała z Rosją Traktat wieczystej przyjaźni, na mocy którego Korona i Wielkie Księstwo Litewskie stawały się rosyjskim protektoratem.

Realizując swoje plany, N.W. Repnin dopuścił się pogwałcenia przywileju nietykalności osobistej, porywając spod boku króla 14 października senatorów: biskupa krakowskiego Kajetana Sołtyka, biskupa kijowskiego Józefa Andrzeja Załuskiego, hetmana polnego koronnego Wacława Rzewuskiego i jego syna Seweryna. Cudem udało się uratować przed rosyjską opresją Józefowi Wybickiemu (1747–1822), przyszłemu autorowi Pieśni Legionów Polskich we Włoszech, późniejszego polskiego hymnu narodowego, Mazurka Dąbrowskiego.

J. Wybicki na posiedzeniu 27 II 1768 r., w obecności króla i N.W. Repnina zdecydował się na zerwanie sejmu, odwołując się do zasady liberum veto. Zaprotestował przeciwko uwięzieniu senatorów i polityce rosyjskiej słowami: „Ponieważ, Książę Marszałku, nie dajesz mi głosu przeciw prawu, którego nic zmazać nie potrafi, a które posłowi wolnemu mówić pozwala na każdym sejmie, przymawiam się więc najmniej, iż gdy zwróconych na łono senatu uwięzionych senatorów i do stanu rycerskiego przywróconego nie widzę posła, nie widzę wolnego sejmu, ale widzę tylko gwałt i przemoc moskiewską, przeciwko tej więc się protestuje”.

Była to jedna z ostatnich prób pozytywnego zastosowania zasady jednomyślności. Niestety Wybicki nie zdołał pociągnąć za sobą innych posłów, gdyż izba była zbyt zastraszona obecnością rosyjskich oficerów w cywilu, którzy natychmiast rzucili się w stronę desperata, a król zaraz po jego wystąpieniu odroczył sesję.

Protest młodego posła wywołał ogólne wzburzenie na sali sejmowej i tumult (wielu uciekało z miejsca, by omyłkowo nie być porwanym) oraz odbił się szerokim echem w kraju. Poszukiwany przez Moskali Józef Wybicki kilka dni ukrywał się w Warszawie, aby nie trafić na zesłanie. Czyhano na niego wszędzie tam, gdzie mógł dopełnić wpisu, aby jego veto nabrało mocy. 5 III 1768 r. wyjechał do Piotrkowa, gdzie wprawdzie udało mu się wpisać swój manifest do akt urzędowych, jednak po jego wyjeździe wpis został wykreślony przez marszałka trybunału Konstantego Bnińskiego. Wreszcie zarejestrował go na Spiszu, w aktach kapituły spiskiej. Dopiero teraz mogły być podjęte przez patriotów kolejne kroki.

29 II 1768 r. w Barze, po uroczystym nabożeństwie w kościele karmelitańskim, Józef Pułaski wezwał wszystkich zgromadzonych do zawiązania konfederacji. Marszałkiem obwołano Michała Hieronima Krasińskiego (1712–1784), cześnika stężyckiego, podkomorzego różańskiego, posła na sejmy, rotmistrza pancernego wojska koronnego i brata biskupa kamienieckiego. Marszałkiem związku wojskowego został główny organizator – Józef Pułaski (ojciec Kazimierza), sekretarzem – Jacek Rola-Kochański.

Naczelne hasło konfederatów brzmiało „Wiara i wolność”, a w kwestiach ustrojowych połączyli się w ich szeregach konserwatyści z reformatorami. 4 III 1768 r. w Barze, w dniu św. Kazimierza, zawiązano i zaprzysiężono związek zbrojny konfederacji. Wkrótce pod komendą Generalności Konfederacji znalazło się 66 lokalnych związków na całym obszarze Rzeczypospolitej Obojga Narodów Polskiego i Litewskiego.

Do Konfederacji przystąpił także Józef Wybicki, m.in. pod wpływem wieści z domu o ekscesach wojsk rosyjskich w jego dobrach. Dowiedział się, że „ukochana matka […] ledwo z życiem w dobrach swoich uszła przed wściekłością kozaka, że wszystko było spustoszone; ja westchnąłem na to, zamiary przecie moje całe na to zwrócone były, jak się do Baru przebrać, dokąd już wojska moskiewskie i pułki królewskie ściągały”. Został więc konsyliarzem generalnym przy Jacku Rola-Kochańskim, kierującym sprawami zagranicznymi barzan. Jego głównym zadaniem były starania o pomoc dla konfederacji na dworach europejskich.

Dalsze losy konfederacji barskiej, ze szczególnym uwzględnieniem jej przebiegu na Śląsku, zostały przedstawione w artykule Zdzisława Janeczka pt. „Konfederaci barscy na Śląsku”, który w całości można przeczytać na s. 6–7 kwietniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 46/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Zdzisława Janeczka pt. „Konfederaci barscy na Śląsku” na s. 6–7 kwietniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 46/2018, wnet.webbook.pl

Romuald Szeremietiew: Nie jestem przekonany czy wolna Polska powinna się zajmować generałami wojska ludowego

Zdaniem byłego ministra obrony narodowej ustawa degradacyjna nie jest konieczna, ponieważ komunistyczni zbrodniarze i członkowie WRON nie byli oficerami wolnego Wojska Polskiego.

Romuald Szeremietiew w rozmowie z Witoldem Gadowskim odniósł się do zawetowania przez prezydenta Andrzeja Dudę ustawy degradacyjnej: Nie wiem, czy polski rząd powinni obchodzić wojskowi, którzy nie byli oficerami wojska polskiego. Są oczywiście zaniedbania w tej materii, szczególnie że armia PRL przeszła suchą stopą do III RP. Po pierwszych wolnych wyborach KPN zgłosił ustawę o restytucji niepodległości i po debacie w Sejmie, wszystkie partie w tym ZChN oraz Porozumienie Centrum odrzuciły projekt w pierwszym czytaniu. To niekoniecznie byli generałowie wojska polskiego, więc i degradowania nie ma większego sensu.

Tematem rozmowy była również sytuacja w Wojskach Obrony terytorialnej: Istnieje stan zawierzenia w najważniejszych czynnikach politycznych, bo nie wiadomo, w jakim kierunku Wojska Obrony Terytorialnej mają się rozwijać.

Prawie 2/3 terytorium Polski jest w zasięgu rakiet s-400 rozmieszczonych przez Kreml w okręgu królewieckim. Więc Rosjanie będą mogli strącić dowolne cele nad większością terytorium RP. To nie wygląda dobrze – podkreślił Romuald Szeremietiew.

Gość Poranka Wnet mówił również o zasadach działania agentury rosyjskiej, na przykładzie akcji TRUST, w której sowieckie służby zdołały pojmać Borysa Sawinkowa, pisarza oraz jednego z najważniejszych działaczy antysowieckich, działającego na emigracji: Należy podejrzewać, że obecnie Rosja posiada swoje agenturalnej aktywa w Polsce, jednak państwa polskie jest w lepszej sytuacji, niż było, także w wymiarze służb specjalnych.

ŁAJ