„Proszę pana, ja jestem Polką, ja sobie poradzę”, czyli Marii Konopnickiej podróże po Europie

Była Europejką tamtych czasów, dużo podróżowała, władała biegle kilkoma językami, a podróżująca kobieta, to nie był oczywisty widok w drugiej połowie XIX wieku.

 

Gościem a zarazem gospodarzem Poranka WNET z Suwałk była Magdalena Wołowska-Rusińska, dyrektor Muzeum im. Marii Konopnickiej w Suwałkach. To ze względu na tę wybitną postać polskiej literatury Radio WNET zawitało do Suwałk, gdzie poetka i nowelistka się urodziła.

Maria Konopnicka urodziła ośmioro dzieci, dwoje zmarło bardzo wcześnie, więc wychowywała sześcioro. Czuła jednak, że różni się od współczesnej sobie kobiety. Odnalazła w sobie wrażliwość, a potem zachwyciła swoimi wierszami Henryka Sienkiewicza. Była na tyle wolna, że odeszła od męża. Nie potrafiła zaakceptować wolności swojej najpiękniejszej córki, kiedy ta postanowiła zostać aktorką. Nigdy nie mówiła o sobie, że jest feministką, uważała natomiast, że kobiety i mężczyźni powinni się uzupełniać.

Konopnicka znana jest bardzo z twórczości patriotycznej. Niektórzy nie lubią jej, choć jej nie znają. Krytykowano ją za to, że pisała o biednych masach chłopskich, o nędzy, ale prawdą jest, że  wtedy panowały takie realia, a ona była właśnie dla tych ludzi.

Zapraszamy do wysłuchania całej rozmowy.

 

Powrót arcybiskupa / Jak zostawić swojego Bohatera, gdy kolejne miesiące przynoszą nowe informacje i nowych świadków?

Czekali z kartką, żeby podpisał lojalkę. A on – powiada – był tak wykończony, był tak wymęczony, że mówił do siebie tylko jedno „Baraniak, ty się nie możesz ześwinić”. I nie podpisał.

Jolanta Hajdasz

„Nie powinnaś wchodzić kolejny raz do tej samej wody”, czyli nie powinnaś już zajmować się tym tematem. To zdanie wisi nade mną jak przestroga, bo trudno znaleźć wśród filmowców kogoś, kto pochwaliłby pomysł realizacji trzeciego filmu dokumentalnego na ten sam temat przez ten sam zespół twórców w stosunkowo krótkim czasie. Ale jak zostawić Bohatera i jego historię, gdy kolejne miesiące przynoszą nowe informacje i nowych świadków tego, co zaczęliśmy przed laty dokumentować?

Odwagi trochę brakowało, ale gdy z bardzo pewnego źródła otrzymałam dokument, na podstawie którego w 2017 r. wznowiono umorzone przed laty śledztwo w sprawie prześladowania tego, kogo już nie tylko my nazywamy „Żołnierzem Niezłomnym Kościoła”, a prokurator powołał się w nim jedynie na wypowiedzi świadków zarejestrowane przez nas na potrzeby drugiego filmu, wątpliwości prysły. Trzeba robić trzeci film, skoro są nowe materiały, a nawet „nowe okoliczności w sprawie”. Żeby poznać prawdę, trzeba pokazywać bohaterów. Za nami zdjęcia w Rzymie, w Krakowie i Poznaniu. Za nami maleńkie Rościnno i równie mała, choć powszechnie znana w Polsce Komańcza. Z kamerą byliśmy też w Krynicy i w Lesznie. Operator Rafał Jerzak, który w najgorszych nawet warunkach potrafi zrobić przepiękne zdjęcia, Bartosz Żytkowiak, który o rejestracji dźwięku wie chyba wszystko i Marek Domagała, który potrafi nagrywać, montować, dobrać, a nawet skomponować muzykę. Ta sama ekipa od 7 lat. Mamy unikalne materiały filmowe, unikalne fotografie i przede wszystkim nierejestrowane nigdy wcześniej wypowiedzi osób, które Go pamiętają, które nadal tak jak my poszukują o Nim informacji i które chcą się nimi podzielić z innymi. Na pytanie, dlaczego opowiadają to wszystko dopiero teraz, odpowiadają prosto – nikt wcześniej nie chciał tego słuchać.

Scena z filmu „Powrót”. Fot. J. Hajdasz

Arcybiskup Antoni Baraniak to sekretarz prymasa kardynała Augusta Hlonda i dyrektor sekretariatu prymasa kardynała Stefana Wyszyńskiego. Pełnił także funkcję metropolity poznańskiego w latach 1957–77.

Lista Jego zasług i osiągnięć jest naprawdę bardzo długa, ale największym dowodem Jego męstwa i niezłomności jest postawa podczas aresztowania oraz bezlitosnych przesłuchań w więzieniu śledczym na Mokotowie w Warszawie w latach 1953–1955.

Historycy Kościoła są zgodni, że torturami, biciem i głodzeniem śledczy z UB chcieli wymusić na ówczesnym biskupie Antonim Baraniaku zeznania pozwalające na zorganizowanie pokazowego procesu przeciwko internowanemu w tym właśnie czasie kard. Stefanowi Wyszyńskiemu. Aresztowano ich razem, tego samego dnia, a raczej tej samej nocy, z 25 na 26 września 1953 r. w Domu Arcybiskupów Warszawskich przy ul. Miodowej w Warszawie.

W przeciwieństwie do prymasa Stefana Wyszyńskiego, który został „tylko” internowany, jego sekretarz trafił do największej katowni dla więźniów politycznych – więzienia przy ul. Rakowieckiej. Przez analogię do losów tysięcy prześladowanych tam żołnierzy podziemia niepodległościowego w Polsce film o Nim z 2016 roku zatytułowałam „Żołnierz Niezłomny Kościoła”. I tak abp Baraniak stał się żołnierzem, choć nigdy nie nosił munduru. (…)

Nie trzeba wielkiej wyobraźni, by uzmysłowić sobie, jak wielka byłaby wymowa propagandowa takiego procesu w tamtym czasie. Stąd aresztowanie bpa Baraniaka, stąd Rakowiecka i dążenie wszelkimi stosowanymi tam metodami do tego, by zmusić bpa Baraniaka do współpracy z komunistyczną bezpieką przeciwko Prymasowi. Biskup Antoni Baraniak nie załamał się i wytrzymał aż 27 miesięcy najgorszych stalinowskich tortur stosowanych wobec niego w więzieniu przy ulicy Rakowieckiej. Jestem dziś pewna, że je tam wobec niego stosowano, ponieważ od 7 lat dokumentuję tragiczne i raczej nieznane powszechnej opinii publicznej Jego więzienne losy.

Informacje o nich można dziś uzyskać przede wszystkim od świadków prywatnych wypowiedzi abpa Baraniaka, który sporadycznie mówił o tym kilku osobom w różnych okolicznościach swojego życia. One znalazły się w moich filmach dokumentalnych na ten temat. Pierwszy nosi tytuł „Zapomniane męczeństwo” (premiera w 2012 r.), drugi to „Żołnierz Niezłomny Kościoła” (premiera w 2016 r.). Wraz z profesjonalną ekipą filmową dokonałam tych nagrań w latach 2011–2017.

Obecnie dysponuję świadectwami 37 (trzydziestu siedmiu) osób znających osobiście abpa Antoniego Baraniaka. Wśród nich są przedstawiciele jego rodziny, bliscy współpracownicy oraz osoby, z którymi miał kontakt rzadszy, ale które uważają, iż wywarł na ich życie ogromny wpływ np. ministranci czy wyświęceni przez niego księża.

Z wypowiedzi tych osób możemy próbować odtworzyć to, co abp Baraniak w czasie 27 miesięcy uwięzienia (26.09.1953–29.12.1955 r.) i kolejnych 10 miesięcy internowania (30.12.1955–1.11.1956 r.) przeżył. Pragnę w tym miejscu zaznaczyć, iż to, co bp Antoni Baraniak przeszedł w więzieniu na Rakowieckiej, opisane jest oczywiście w dokumentach Urzędu Bezpieczeństwa, które dziś są w archiwach Instytutu Pamięci Narodowej. Opublikował je w 2009 r. ówczesny biskup pomocniczy Poznania, Marek Jędraszewski w książce liczącej 580 stron, pt. Teczki na Baraniaka. Ale w dokumentach jest tylko oficjalny zapis tego, co działo się w okresie uwięzienia arcybiskupa. Nie znajdziemy tam opisu tortur, szykan, dręczenia fizycznego i psychicznego człowieka, jakich stosowanie w tamtych czasach w więzieniu przy ul. Rakowieckiej było normą. (…)

Ciemnica w relacji ks. Mariana Banaszaka było to pomieszczenie bez okna, światła i jakichkolwiek urządzeń sanitarnych czy sprzętów typu krzesło czy łóżko. Zamykano tam człowieka na kilka dni nago, bez podania mu jedzenia czy picia. Ks. Banaszak stwierdził w tej audycji radiowej z 1995 r., że abp Baraniak spędził w takiej celi co najmniej 8 dni. Według historyka, ksiądz arcybiskup wspominał, że kiedy go już nie mogli niczym nakłonić do takich zeznań oskarżających prymasa, zastosowano tzw. ciemnicę. Bez żadnej odzieży zamknięto go na kilka dni, chyba osiem, czy nawet więcej, w takiej piwnicy bez okna, bardzo wilgotnej i właśnie kapiąca woda z sufitu, ze ścian i on tam bez jedzenia, bez niczego tam przebywał. I nie załamał się. Dlaczego się nie załamał? On to wyjaśniał w taki bardzo prosty sposób. Mianowicie jakiś czas go trzymano z innymi więźniami. I wtedy któryś z tych więźniów mu powiedział, że ma uważać, bo w życiu każdego więźnia następuje taki moment, kiedy się załamuje psychicznie, po prostu nie znosi tego faktu uwięzienia, dlatego ma się liczyć z tym, że przyjdzie taki moment, kiedy i on gotów się będzie załamać.

Wtedy ksiądz, jeszcze biskup, Baraniak postanowił i odprawił rekolekcje, właśnie z innymi więźniami, a właściwie on je odprawiał, ale na oczach tych więźniów modlił się, klęczał, no i wtedy to uczynił sobie postanowienie takie, że cokolwiek mu się zdarzy, on nigdy nie będzie świadczył przeciwko księdzu prymasowi, no i że gotów jest oddać swoje życie za sprawę Kościoła.

I właśnie na tym rzymskim spotkaniu to podkreślił, że to była dla niego taka największa pomoc i siła. I taki pozostał: niezłomny. (Wypowiedź z audycji Poznańskiego Radia Katolickiego, dziś Radia Emaus w Poznaniu, z 12.08.1995 r., opublikowana także w filmie „Zapomniane męczeństwo” w 2012 r.).

Potwierdzał te relacje także nieżyjący już ks. Henryk Grześkowiak, proboszcz parafii w Radomicku w Wielkopolsce. Rozmawiałam z nim kilka dni przed jego śmiercią w 2010 r. Wtedy jeszcze nie miałam możliwości nagrania jego relacji, ale poznał ją także i przytacza ją w filmie pt. „Żołnierz Niezłomny Kościoła” abp Marek Jędraszewski, który także rozmawiał o tym z ks. Grześkowiakiem. Opowiadał on, że śledczy z UB, chcąc wymusić na abpie Baraniaku zeznania przeciwko prymasowi Wyszyńskiemu, wrzucali go nago do ciemnej celi, w której były fekalia, a one także kapały mu na głowę.

Cela abpa Baraniaka w Muzeum Żołnierzy Wyklętych | Fot. J. Hajdasz

Gdy usłyszałam to od niego po raz pierwszy w 2010 r., nie potrafiłam nawet sobie wyobrazić, jak wygląda taka cela, ale w lipcu 2016 r. zobaczyłam ją na własne oczy w więzieniu przy Rakowieckiej. Ona naprawdę istniała, choć do tej pory była starannie ukryta, tak by nikt się o niej nie dowiedział. Gdy pierwszy raz byłam z kamerą w tym więzieniu w sierpniu 2011 r., wielokrotnie przechodziłam korytarzem w piwnicy obok tych drzwi, za którymi ukryty był ten właśnie karcer „suchy” – ciemnica i karcer „mokry”, ale wtedy nikt z towarzyszących nam pracowników tego Aresztu Śledczego nawet nie wspomniał, że taki karcer w ogóle istniał, drzwi skrywające miejsce, w którym popełniano te tak okrutne zbrodnie wyglądały jak wszystkie inne w tym więzieniu, zwyczajne, metalowe.

To w korytarzyku obok tego karceru strzelano ludziom w tył głowy, a to co zostało na ziemi po roztrzaskanej strzałem głowie, krew i ludzkie szczątki – spłukiwano wodą. Spływała ona właśnie do tego karceru „mokrego”, w którym nie było żadnej kanalizacji ani odpływu. Tam nie było także nawet zwykłego, więziennego wiadra na odchody. Wszystko, co tam spłynęło, zostawało w tej celi. Dlatego więźniowie siedzieli tam cały czas jakby w szambie. Malutkie okienko pod sufitem latem było zawsze zamknięte, więc ludzie dusili się tam z gorąca. Wtedy na głowy kapały im skraplające się wyziewy z tego szamba. (…)

Kolejne świadectwo przekazuje z kolei Barbara Zawieja, córka brata abpa Baraniaka, Ludwika. Według niej biskupa Antoniego Baraniaka poddawano torturze tego rodzaju, że trzymano go nieruchomo pod kapiącą na głowę wodą. Przez pierwsze godziny człowiek nie odczuwa tego specjalnie dotkliwie, jednak po kilku godzinach (dobach?) każde uderzenie takiej kropli wody w to samo miejsce czaszki jest przeżywane jak uderzenie obuchem. W jej opinii śladem po tej torturze było widoczne do końca życia wgłębienie na głowie Arcybiskupa. (…)

Wielokrotnie na pokazach moich filmów w parafiach i w czasie przeglądów tzw. kina niezależnego zadawano mi pytanie, dlaczego historia bohaterskiego biskupa, którego postawa w latach 50. ochroniła Prymasa przed pokazowym procesem, a tym samym uratowała polski Kościół, jest tak mało znana, dlaczego tak mało wiemy i tak mało mówimy o tej niezwykłej postaci?

Na jednym ze spotkań w Warszawie odpowiedział na to pytanie ksiądz, który go znał: Jest tak, bo biskup Baraniak jest dla nas wyrzutem sumienia. Przecież tak niewiele dla niego zrobiono w czasie uwięzienia i internowania. Kościół był jak sparaliżowany pod wpływem wstrząsającego faktu aresztowania Prymasa.

Według mnie innym powodem, dla którego o sprawie tak mało się mówiło, jest zapewne także kontekst polityczny. Ponad 30 funkcjonariuszy UB, którzy wymieniani są w dokumentach zarchiwizowanych w IPN jako ci, którzy zajmowali się abpem Baraniakiem w śledztwie, nigdy nie poniosło za to żadnej odpowiedzialności, pracowali zapewne w wymiarze sprawiedliwości przez wiele lat, a może ich krewni i ich dzieci pracują tam nadal.

Cały artykuł Jolanty Hajdasz pt. „Powrót” znajduje się na s. 1 i 3 sierpniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 50/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Jolanty Hajdasz pt. „Powrót” na s. 1 i 3 sierpniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 50/2018, wnet.webbook.pl

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

 

Prof. Andrzej Nowak: Wizja Piłsudskiego o wielkiej Polsce była anachroniczna, bo wyprzedzała rzeczywistość?

Dziwna zuchwałość i bezczelność w żądaniu pełnej niepodległości dla Polski przyciągnęła do Jóżefa Piłsudskiego dużą część elit kulturalnych. Stworzyło to świetny aparat propagandowy.

 

Gościem Poranka WNET z Wilna był profesor Andrzej Nowak, który opowiedział o kształtowaniu się poglądów i charakteru Józefa Piłsudskiego, które potem kształtowały bieg historii Polski.

„Idziemy po niepodległość Polski” – to hasło robiło wrażenie zarówno na żołnierzach jak i przeciwnikach Piłsudskiego, który odrzucał konstruowanie jakiegoś „krajku” przy Rosji tudzież Austrii.

– Tę wybitną postać ukształtowała silna osobowość matki, która wychowywała w kulcie tradycji powstania styczniowego, w tradycji rodu Billewiczów, hetmanów litewskich i w ogóle tradycji militarnych zmagań o niepodległość Polski – mówił profesor.

Do tego doszła osobowość i doświadczenia Piłsudskiego w szkole rusyfikacyjnej czy też doświadczenia całej Litwy podporządkowanej planowi rusyfikacyjnemu. Tak prawdopodobnie wyrastały marzenia o Litwie połączonej z Rzeczpospolitą Polską.

[related id=60455]Jednakże, jak zaznaczył, była to wizja, którą już wtedy odrzucali Litwini i Ukraińcy, a Białorusini nawet o niej nie słyszeli. W PRL zarzucano Piłsudskiemu anachroniczność, ale są historycy, którzy uważają, że jego program wyprzedzał rzeczywistość a nie zostawał w tyle. To była wizja wspólnoty ponad etnicznej, ale w warunkach 1918 wygrali ci, którzy widzieli przyszłość w programie narodowym czy nacjonalistycznym w duchu Romana Dmowskiego.

Nasz gość przyznaje, że trudno wytłumaczyć zamach majowy, który niewątpliwie kładzie się cieniem na życiorysie Piłsudskiego. Przelała się wtedy krew, a owocem tego jest wciąż dokuczający nam radykalny podział w Polsce.

W rozmowie została poruszona także kwestia ostatniego spotkania Angeli Merkel z Władimirem Putinem. Gośc Poranka WNET zwrócił uwagę na kontekst geopolityczny tego zdarzenia. Jego zdaniem, nie jest to żaden przełom, a wzmacnianie stałej tendencji, która opiera się na współpracy gospodarczej między Niemcami a Rosją.

Zapraszamy do wysłuchania całej rozmowy.

Akademickie szlaki ku niepodległości w jej stulecie. Po 30 latach III RP nasza niepodległość nie jest jeszcze całkowita

Po odzyskaniu niepodległości Polska była krajem biednym, jednak polscy naukowcy, którzy robili kariery na obczyźnie, wracali do ojczyzny, aby dla jej budowy wykorzystać swoje kwalifikacje.

Józef Wieczorek

W tym roku mija 100 lat od odzyskania niepodległości po 123 latach niewoli. W ciągu tych 100 lat tylko okresowo (II RP) byliśmy naprawdę niepodlegli, a od 30 lat funkcjonowania III RP po okupacji niemieckiej i komunistycznej też mówimy o odzyskaniu niepodległości, choć niestety z elementami podległości. Jaką rolę na drodze do odzyskania niepodległości odegrały elity akademickie?

6 sierpnia 1914 marsz do odzyskania niepodległości rozpoczęła Kadrówka – I Kompania Kadrowa w liczbie 144 żołnierzy – słuchaczy szkół oficerskich Strzelca i Polskich Drużyn Strzeleckich. Wielu z nich to studenci i absolwenci szkół wyższych, także zagranicznych. Wśród legionistów nie brakowało artystów, inżynierów. Nie zbrakło także przedstawicieli mojej profesji, w osobie Tadeusza Furgalskiego, który był studentem geologii UJ, a potem demonstratorem w Katedrze Geologii Uniwersytetu Jagiellońskiego, wówczas przy ul. św. Anny 6, miejscu nie tylko naukowym, ale i patriotycznym. Katedrą kierował wtedy profesor Władysław Szajnocha, a pracował w niej także badający geologicznie Tatry Wiktor Kuźniar, który zaangażował się także na szlaku ku niepodległości – po stronie Legionów. Po odniesionych pod Kraśnikiem ciężkich ranach, z badań terenowych w Tatrach w wolnej już Polsce musiał zrezygnować. Tadeusz Furgalski w Katedrze Geologii UJ zetknął się także innymi geologami znanymi z postawy patriotycznej – jak Mieczysław Limanowski, Rudolf Zuber czy Walery Goetel. (…)

Po odzyskaniu niepodległości Polska była krajem biednym, jednak polscy naukowcy, którzy robili kariery na obczyźnie, rezygnowali często z lepszych możliwości zagranicznych i wracali do ojczyzny, aby dla jej budowy wykorzystać swoje kwalifikacje.

Nie bez przyczyny, mimo niezbyt wysokiego wykształcenia polskiego społeczeństwa, dużego analfabetyzmu i niewielkiej ilości szkół wyższych (tylko 5 uniwersytetów publicznych), mieliśmy w Polsce znakomitych uczonych, liczącą się w świecie szkołę matematyczną i filozoficzną, a także fachowców o ogromnym znaczeniu dla odbudowy gospodarczej II Rzeczpospolitej. (…)

Wśród naukowców o podobnych patriotycznych postawach nie brakowało także geologów.

Ferdynand Rabowski studiował geologię w Lozannie i zaczął prowadzić badania geologiczne Alp szwajcarskich, współpracując z jednym z najwybitniejszym geologów – Maurice’em Lugeonem. Na wieść o odzyskaniu niepodległości, po znakomitym doktoracie, wrócił do Polski, mimo że miał propozycje kontynuowania badań w Szwajcarii. W Polsce stał się wybitnym badaczem geologii Tatr, gdzie wykorzystał swoje doświadczenia alpejskie.

Mieczysław Limanowski, także po studiach geologicznych w Lozannie, przebywał w Zakopanem, gdzie prowadził badania geologiczne. Był także nauczycielem Witkacego, który pod jego wpływem pierwsze rysunki poświęcił historii geologicznej Tatr (przed Kongresem Geologicznym w 1903 r.), o czym mało kto wie. Po epizodzie moskiewskim, kiedy to był związany z teatrem i Juliuszem Osterwą, Limanowski wrócił po odzyskaniu niepodległości do Polski i zajmował się geologią, a także teatrem.

Rudolf Zuber – wybitny, światowej sławy geolog pracował na różnych kontynentach, badając szczególnie złoża ropy naftowej, a także wód mineralnych (Krynica – woda Zuber!) – brał udział jako ekspert od ropy w konferencji pokojowej w Paryżu w 1919 r.

Inaczej wyglądała sytuacja po 1989 r. po dziesiątkach lat zniewolenia niemieckiego, a następnie komunistycznego. Likwidacja elit intelektualnych i naukowych przez okupanta niemieckiego oraz oczyszczanie w PRL-u, szczególnie uczelni, z wrogo, niechętnie nastawionych do ustroju komunistycznego uczonych – zrobiły swoje. (…)

Na krakowskich Oleandrach, gdzie znajdował się Instytut Nauk Geologicznych UJ, spadkobierca pięknych tradycji niepodległościowych, geolodzy podlegli „przewodniej sile narodu” walczyli tylko o to, aby czasem nie wrócili na Oleandry naukowcy wygnani jeszcze przed transformacją – niewygodni im i niepodlegli wobec komunistycznej władzy. Po roku 1989 mało kto wracał do Polski także z licznej diaspory akademickiej w krajach zachodnich, a wielu nadal wyjeżdżało i proces ten jeszcze się nasilił po wstąpieniu Polski do UE.

Nie miał kto odbudować gospodarki zniszczonej przez komunistów, bo środowiska patriotyczne nie miały elit zdolnych do zarządzania gospodarką. Zresztą na początku niewiele miały do powiedzenia, bo patriotyzm był ośmieszany, a dążenia do prawdziwej niepodległości zagłuszane przez elity „wybiórcze”. Historycy po latach dokumentują, że przy „okrągłym stole” wręcz manifestowano wrogie stanowisko do ruchu niepodległościowego. (…)

Ponad 1/3 potencjału akademickiego znajduje się poza granicami Polski, pracując na korzyść innych krajów, gdy w Polsce narzekamy na słabość/niedobór elit (stąd patologiczna wieloetatowość!). Te elity, które są, na ogół na pierwszym miejscu stawiają dobro osobiste, kariery, a nie dobro wspólne, dobro Ojczyzny. (…)

W zasadniczej masie, nie licząc wyjątków, które potwierdzają jedynie regułę, gremia te nie wyzwoliły się ze zniewolenia komunistycznego i nieraz optują na rzecz podległości. Ich przedstawiciele są widoczni w przestrzeni publicznej, na wiecach i na czele marszów KOD-u, razem z osobami zasłużonymi dla otumaniania Polaków.

Cały artykuł Józefa Wieczorka pt. „Akademickie szlaki ku niepodległości” znajduje się na s. 10 sierpniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 50/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Józefa Wieczorka pt. „Akademickie szlaki ku niepodległości” na s. 10 sierpniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 50/2018, wnet.webbook.pl

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Regionalista: Więź przesiedlonych mieszkańców wsi Kozaki była niezwykła. Cementem tej społeczności był ks. Michał Krall

W razie trudności czy niepowodzenia potrafili sobie pomagać. Gdy władze nie pozwoliły zbudować kościoła, przystosowali poniemiecką restaurację – mówił w Poranku WNET Henryk Stojanowski.

 

– Trudno znaleźć drugą historię taką, jak wioski Kozaki – opowiadał miłośnik historii. – W 1945 roku mieszkańcy ruszyli, szukając swojej nowej ziemi. Dosyć długo podróżowali, bo ponad miesiąc. Przybyli na te ziemie 26 lipca 1945 roku. Mieli ogromne szczęście, że przybył z nimi niezwykły człowiek, kapłan, ksiądz kanonik Michał Krall.

[related id=60326]Nowi mieszkańcy Pyrzan byli przekonani, że wrócą na swoje ukochane Kozaki. Musieli jednak zostać. Jednym z ich pierwszych pragnień było zbudowanie szkoły. Trudniejsze formalnie okazało się wybudowanie kościoła. Gdy władze odmówiły, mieszkańcy przystosowali pomieszczenie, które było poniemiecką restauracją. Kościół jest tam do dzisiaj.

– Ksiądz potrafił do nich wyjść i otwarcie z nimi rozmawiać, jak członek rodziny. To scaliło tę społeczność. Jeden za drugim stał. W razie trudności czy niepowodzenia potrafili sobie pomagać, a szczególnie ksiądz kanonik Michał Krall, który był ubogi materialnie, ale bogaty duchem – mówił gość Poranka WNET.

WJB

Sławomir Szenwald: Twórczość Herberta docenia cały świat. Pokazywał, że warto myśleć i wracać do wartości [VIDEO]

W Poranku WNET gościem był dyrektor Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Publicznej w Gorzowie Wielkopolskim im. Zbigniewa Herberta, który opowiedział o tym wielkim Polaku.

Szeremietiew: Europa nie wie ile nam zawdzięcza. 1920 rok był najlepszym momentem na zwycięstwo bolszewizmu nad Europą

Prof. Romuald Szeremietiew porównał Bitwę Warszawską do bitwy pod Wiedniem. Europa zniszczona po I Wojnie Światowej nie miałaby siły stawić oporu przed bolszewickim najazdem.

 

Lepiej późno niż wcale… Kiedy to przysłowie brzmi cynicznie? / Jolanta Hajdasz, „Wielkopolski Kurier WNET” 50/2018

„Nas już nie ma!” 74 lata po powstaniu warszawskim władze stolicy poinformowały o zakończeniu konsultacji społecznych w sprawie stworzenia domu dziennego pobytu dla powstańców warszawskich.

Jolanta Hajdasz

Mówi się, że lepiej późno niż wcale, ale są sytuacje, w których to przysłowie brzmi wyjątkowo cynicznie. Dzień przed rocznicą wybuchu powstania warszawskiego władze stolicy poinformowały, że zakończyły się trwające od lutego konsultacje społeczne dotyczące planu stworzenia domu dziennego wsparcia dla powstańców warszawskich. 74 lata po upadku powstania! Podobno niedługo zacznie się budowa.

Gdy o tym przeczytałam, przypomniała mi się historia wyrzucenia z mieszkania Łączniczki Danusi. Mieszkająca w fatalnych warunkach kombatantka w 2011 r. otrzymała od władz miasta prawie jednocześnie pamiątkowy list dotyczący jej udziału w powstaniu warszawskim oraz zawiadomienie o eksmisji. Nie zdążyła się wyprowadzić, bo zmarła. Z zajmowanego przez jej rodzinę od 1932 r. mieszkania czyściciele kamienic wyrzucili także jej spadkobierców.

Ten dramat jest jakby symbolem traktowania bohaterów przez obecne władze samorządowe stolicy. Jest mi wstyd, mimo że nie mam wpływu na to, co dzieje się w Warszawie za prezydentury HGW, nie miałam wpływu na to, co działo się w Polsce po wojnie, nie miałam nic wspólnego z komuną ani żadną władzą później. To wstyd nas wszystkich.

To działanie jest spóźnione, nas już nie ma – skomentowała 1 sierpnia informację o budowie „domu dziennego wsparcia” jedna z uczestniczek powstania warszawskiego. Tymczasem przed wojną kombatanci powstania styczniowego otoczeni byli nie tylko okazjonalnym szacunkiem, ale rzeczywistą opieką. Już w styczniu 1919 r. zostali uznani za żołnierzy Wojska Polskiego, 2 sierpnia tego samego roku specjalną ustawą przyznano im oraz wdowom po nich pensje państwowe, a wszystkich żyjących uczestników zrywów narodowych awansowano na pierwszy stopień oficerski. I mieli Dom Weterana, gdzie do końca swoich dni każdy z nich mógł żyć w godnych warunkach, otoczony szacunkiem i opieką.

I jeszcze jedna historia. W tym roku w Poznaniu radni podjęli uchwałę w sprawie nadania nazwy Trzech Tramwajarek z 1956 r. skwerkowi u zbiegu ulic Kochanowskiego i Dąbrowskiego. W tym roku, czyli 62 lata po Poznańskim Czerwcu’56! Lepiej późno niż wcale…

Jedna z tych tramwajarek to Helena Przybyłek, która stanęła na czele manifestacji idącej pod gmach Wojewódzkiego Urzędu ds. Bezpieczeństwa. Pani Helena pochodziła ze wsi, przyjechała do Poznania do pracy. Z okien urzędu padły strzały i poraniły jej nogi. Przewieziono ją do szpitala, gdzie funkcjonariusze SB wielokrotnie ją przesłuchiwali. Przeszła szereg operacji, w tym amputację jednej z nóg. Wróciła na wieś, do końca życia była kaleką i w 1981 r. nie miała nawet jak i czym przyjechać na odsłonięcie Pomnika Poznańskiego Czerwca’56. Takim jak ona nikt nigdy nie pomógł. Ale czy to na pewno zamierzchła przeszłość?

Dwa lata temu na obchody Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych w Sejmie kilku ostatnich żyjących jeszcze kombatantów i więźniów politycznych jechało z Poznania do Warszawy pociągiem (1 marca!) za własne pieniądze. Nawet im do głowy nie przyszło, że prezydent miasta czy marszałek województwa mógłby opłacić im samochód z kierowcą i może nawet sfinansować obiad.

A oni nie pozwolili mi nawet o tym napisać w „Kurierze WNET”, tak byli szczęśliwi, że ich tam po raz pierwszy zaproszono i nie chcieli tej radości zepsuć żadnym przykrym słowem.

Chciałabym mieć pewność, że dziś wobec tych wszystkich Bohaterów władze naszego państwa i naszych samorządów są w porządku, że dbają nie tylko od święta o dyplomy dla nich, ale pomagają im na co dzień, bez rozgłosu i PR-owskiego komunikatu do prasy o wspieraniu kombatantów.

Artykuł wstępny Jolanty Hajdasz, Redaktor Naczelnej „Wielkopolskiego Kuriera WNET”, znajduje się na s. 1 sierpniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 50/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł wstępny Jolanty Hajdasz, Redaktor Naczelnej „Wielkopolskiego Kuriera WNET”, na s. 1 sierpniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 50/2018, wnet.webbook.pl

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

 

Czy można wygrać potyczkę słowną ze sformatowanym „nowym człowiekiem”? / Krzysztof Skowroński, „Kurier WNET” nr 50/2018

Potyczki nie wygrałem. Młody człowiek został z myślą o mnie jako o facecie na tyle nierozgarniętym, że je mięso i nie rozumie podstawowego pojęcia ‘wolność’, które oznacza prawo do wyboru.

Krzysztof Skowroński

Czy je pan mięso? – Tak, odpowiedziałem. – A czy nie uważa pan, że zabijanie ssaków jest gorsze niż przerywanie ciąży? Skonsternowany zapytałem: – To znaczy, że nie widzi pan różnicy między człowiekiem a świnią? – Nie widzę. – Więc niech pan zbiera podpisy w chlewie! – I zirytowany poszedłem do własnych spraw.

Taki był mniej więcej przebieg rozmowy z emisariuszem wirtualnego świata – przedstawicielem Amnesty International. A zaczęło się niewinnie. Młody, sympatycznie wyglądający chłopak z plakietką organizacji zaczepił mnie na ulicy Świętokrzyskiej i zapytał, czy podpiszę apel w obronie praw kobiet. Ponieważ chwilę wcześniej agentka innych interesów, spod szyldu Greenpeace, też chciała mojego podpisu – w sprawie ochrony pszczół – wdałem się w potyczkę słowną.

Potyczki nie wygrałem. Młody człowiek został z myślą o mnie jako o facecie na tyle nierozgarniętym, że je mięso i nie rozumie podstawowego pojęcia ‘wolność’, które oznacza prawo do wyboru.

A ja pozostałem z myślą, że nie mam żadnego klucza do rozmowy i że spotkałem sformatowanego „nowego człowieka”, którego pranie mózgu doprowadziło do totalnego pomieszania pojęć. I że z tych wszystkich na jedną miarę skrojonych świadomości – dla potrzeb światopoglądu, w którym wykorzystuje się takie cechy młodości, jak szlachetność, współczucie czy poświęcenie – tworzy się armię, która nie uświadamia sobie, że efektem ich działania w przyszłości ma być niewola.

Może bym tego nie napisał, gdyby nie to, że rozmowa odbyła się tuż po 74 rocznicy powstania warszawskiego, kiedy jesteśmy zanurzeni w polskość, ogarniającą nas całkowicie swoim smutkiem, radością, honorem, heroizmem, miłością… O tym myślałem wieczorem 1 sierpnia wśród mogił powstańców, po raz kolejny patrząc na ich młode, inteligentne, roześmiane twarze. Gdyby ich nie było, gdyby nie ich poświęcenie, odwaga, ich poczucie honoru – kim bylibyśmy my?

Dziś, kiedy człowiek przestaje mieć znaczenie, pytanie, czy jesteś gotów do obrony wolności, godności i honoru, jest tak samo aktualne, jak wtedy, 1 sierpnia 1944 roku. Odpowiedzi na nie udzielili nam powstańcy.

Jesteśmy gotowi, choć należy zrobić wszystko, żeby nie trzeba było z tej gotowości skorzystać. A Warszawa dzięki powstaniu warszawskiemu ma swój majestat i myślę, że gdy powstańcy z góry patrzą na zatrzymane w Godzinie W miasto, wiedzą, że „Chwała zwyciężonym” zmienia się w chwałę zwycięzcom. Tylko jak do tych wartości przekonać tego młodego człowieka ze Świętokrzyskiej?

Byli prezydenci i premierzy Polski w swoim zakłamaniu wystosowali apel do Policji o nieposłuszeństwo wobec legalnie wybranej władzy. Wygląda na to, że ci dojrzali, doświadczeni ludzie chcą doprowadzić Polskę do katastrofy. Czemu więc dziwić się postawie młodego człowieka?

A poza tym są wakacje, przygotowujemy wniosek koncesyjny, a Radio WNET jest ciągle w podróży. Oczywiście zachęcam do przeczytania „Kuriera WNET”.

Artykuł wstępny Redaktora Naczelnego „Kuriera WNET” Krzysztofa Skowrońskiego znajduje się na s. 1 sierpniowego „Kuriera WNET” nr 50/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł wstępny Redaktora Naczelnego „Kuriera WNET” Krzysztofa Skowrońskiego na s. 1 sierpniowego „Kuriera WNET” nr 50/2018, wnet.webbook.pl

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

 

Dlaczego historia Powstania Wielkopolskiego jest wciąż zbywana? – na to pytanie odpowiada profesor Jacek Kowalski

Nasza ekipa odwiedziła Murowaną Goślinę, gdzie odbywają się wspaniałe historyczne widowiska wzorowane na „Cinéscénie”, czyli nocnym widowisku o historii Francji.

Prof. Jacek Kowalski opowiedział o widowiskach historycznych organizowanych w Murowanej Goślinie, o postaci Stańczyka w polskiej historii oraz o historii Powstania Wielkopolskiego. Profesor próbował także wytłumaczyć dlaczego o Powstaniu Wielkopolskim tak niewiele się mówi i pamięta.