Dr Jabłonka: 30 czerwca 1940 r. Stefan Rowecki ps. „Grot” został mianowany komendantem głównym Związku Walki Zbrojnej

Jak zaznacza ekspert: „Grot sławił się scentralizowaniem wszystkich rozdrobnionych grup bojowych w jeden Związek Walki Zbrojnej, który 14 lutego 1942 r. przemianowali na Armię Krajową.”

Drugim gościem środowego „Poranka WNET” jest historyk, dr Krzysztof Jabłonka. W rozmowie z redaktorem Krzysztofem Skowrońskim dotyka wątku historii Stefana Pawła Roweckiego, ps. „Grot” – generała dywizji Wojska Polskiego, Komendanta Głównego Związku Walki Zbrojnej i dowódcy Armii Krajowej. Ekspert przybliża m.in. związaną z nim rocznicę:

Przede wszystkim, 30 czerwca 1940 r. został mianowany przez Kazimierza Sosnkowskiego komendantem głównym Związku Walki Zbrojnej – zaznacza dr Krzysztof Jabłonka.

Historyk porusza temat zasług Stefana Pawła Roweckiego, ps. „Grot”. Wśród nich, jako najistotniejszą wymienia scentralizowanie polskich grup bojowych:

Grot sławił się scentralizowaniem wszystkich rozdrobnionych grup bojowych w jeden Związek Walki Zbrojnej, który 14 lutego 1942 r. przemianowali na Armię Krajową. Armia Krajowa zapisała się w historii złotymi zgłoskami – najwspanialszy ruch oporu w Europie.

Ekspert przypomina również o drugiej wypadającej dziś rocznicy związanej ze Stefanem Roweckim ps. „Grot”. Jak komentuje dr Krzysztof Jabłonka 30 czerwca 1943 r. przy ulicy Spiskiej 14 dowódca AK został wydany w ręce Gestapo:

Była trójka zdrajców. (…) Jeden z nich, Ludwik Kalkstein, rozpoznał „Grota” na ulicy (…) i natychmiast zadzwonił po Gestapo – mówi dr Krzysztof Jabłonka.

Rozmówca Krzysztofa Skowrońskiego opowiada także co działo się ze Stefanem Roweckim po jego aresztowaniu i przewiezieniu samolotem do Berlina. Jak przytacza dr Krzysztof Jabłonka, w stolicy III Rzeszy miał podobno rozmawiać z Himmlerem:

Tam podobno sam Himmler usiłował z nim pertraktować – że jak Armia Krajowa stanie po stronie hitlerowskiej, to będą się wspólnie bronić przed Sowietami. On się na to nie dał nabrać i odmówił – komentuje ekspert.

Ponadto, dr Krzysztof Jabłonka opisuje pobyt „Grota” Roweckiego w niemieckim nazistowskim obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen. Jak ocenia rozmówca Krzysztofa Skowrońskiego, w trakcie jego uwięzienia władze obozu nagle zmieniły stosowaną wobec niego strategię:

Z szacunkiem go potraktowano. Zawieziono go do Sachsenhausen. W pewnym momencie dowódca tego obozu zaczął mu zaostrzać warunki. (…) Chciano wymusić coś na nim, co się akurat okazało największym ich błędem. W tym momencie „Grot” Rowecki nie miał już wątpliwości, że wybrał dobrą drogę. Tyle tylko, że musiał za nią przypłacić życiem. (…) 2 sierpnia miał być zastrzelony w pobliżu krematorium w Sachsenhausen – mówi dr Krzysztof Jabłonka.

Zapraszamy do wysłuchania całej rozmowy!

N.N.

Mateusz Morawiecki przypomina o zbrodni w Palmirach: Zginęli, bo byli Polakami

20 i 21 czerwca 1940 r. miała miejsce egzekucja w podwarszawskich Palmirach, w której zginęło 358 polskich więźniów. O nazistowskiej zbrodni przypomniał m.in. premier Mateusz Morawiecki i IPN.

[related id=93223 side=right] W poniedziałkowy wieczór Mateusz Morawiecki opublikował na Facebooku wpis przypominający o niemieckiej zbrodni w Palmirach, którą określił mianem „świadectwa prawdy o bestialskich zbrodniach niemieckich w czasie II wojny światowej”. Premier zaznaczył, że zginęło wówczas 358 więźniów Pawiaka, a sama zbrodnia była największą jaka odbyła się w tych okolicach. Jak czytamy we wpisie premiera:

Zginęli, bo byli Polakami, elitą narodu polskiego, a więc elementami niebezpiecznymi dla Niemców, którzy w ten sposób realizowali swoje cele budowy „nowej Europy”. W niej nie było miejsca dla narodu polskiego. Polska elita miała być brutalnie eksterminowana, by nie móc podjąć roli przywódców w walce o byt narodowy – komentuje w mediach społecznościowych szef rządu.

Jak wspomina premier, wśród zamordowanych w Palmirach znaleźli się przedstawiciele polskiej elity intelektualnej. Zginęli wówczas m.in. marszałek Sejmu RP i działacz ludowy, Maciej Rataj, poseł i działacz Polskiej Partii Socjalistycznej, Mieczysław Niedziałkowski oraz złoty medalista olimpijski z Los Angeles w biegu na 10 000 metrów, Janusz Kusociński.

W Palmirach po wojnie ekshumowano 1720 osób. Każdy z Nich miał swoją rodzinę, swoją piękną historię, swoje marzenia. I to wszystko, te historie i marzenia, zostały rozstrzelane przez Niemców w Palmirach –  podsumowuje we wpisie Mateusz Morawiecki.

Premier Mateusz Morawiecki nie był jednak jedynym, który w ostatnich dniach oddał symboliczny hołd ofiarom zbrodni w Palmirach. Jak czytamy we wpisie IPN na Twitterze, 21 czerwca wiceprezes instytutu dr Mateusz Szpytma złożył kwiaty na palmirskim Cmentarzu Wojennym. Ponadto, z inicjatywy wicemarszałka Sejmu Piotra Zgorzelskiego w Parlamencie otwarto specjalną pamiątkową wystawę „O zbrodni w Palmirach na nowo”.

Źródło: Facebook/media

N.N.

Dr Jabłonka: Obóz Auschwitz pod Oświęcimiem był obozem przeznaczonym dla Polaków

W najnowszym „Kurierze w Samo Południe” dr Krzysztof Jabłonka mówi o 81. rocznicy pierwszego transportu Polaków do Auschwitz.

14 czerwca, w Narodowy Dzień Pamięci Ofiar Niemieckich Nazistowskich Obozów Koncentracyjnych i Obozów Zagłady, dr Krzysztof Jabłonka opowiada o 81. rocznicy pierwszego transportu Polaków do Auschwitz. Jak zaznacza ekspert, obóz w Auschwitz był przeznaczony dla Polaków:

Pierwszy transport Polaków do Auschwitz przybył z Tarnowa, gdzie aresztowano pierwszą grupę konspiracyjną. Oznacza to, że świeżo zbudowany obóz Auschwitz pod Oświęcimiem był obozem przeznaczonym dla Polaków – komentuje dr Krzysztof Jabłonka.

Historyk dotyka również tematu pierwszej próby masowej ucieczki z obozu Auschwitz. Ok. 50 zagrożonych rozstrzelaniem więźniów z karnej kompanii 10 czerwca 1942 r. podjęło próbę wydostania się z niemieckiego obozu Auschwitz. Na wolność przedostało się dziewięciu. Przy ucieczce oraz w wyniku odwetu Niemcy zamordowali ponad 380 więźniów:

Kilka miesięcy po pierwszym przybyciu był też pierwszy bunt i pierwsza znacząca ucieczka. Ucieczki próbowało 54, a udało się to słynnej 9 – zaznacza dr Krzysztof Jabłonka.

Rozmówca Jasminy Nowak przybliża słuchaczom moment, w którym do obozu zagłady Auschwitz zaczęli trafiać także Żydzi. Dr Krzysztof Jabłonka podkreśla, że taka decyzja zapadła dopiero w 1942 roku:

Ze sprawą Holokaustu został powiązany dopiero w 1942 roku, kiedy w styczniu po konferencji w Wannsee, zapadła decyzja o podjęciu makabrycznego planu zorganizowania całkowitej Zagłady. I wtedy komory gazowe Auschwitz zostały użyte przeciwko Żydom europejskim.

Jak podsumowuje historyk:

Natomiast Polacy cały czas byli tam więźniami, zarówno eksterminowanymi jak i więźniami budującymi i pracującymi w okolicy – podkreśla dr Krzysztof Jabłonka.

Zapraszamy do wysłuchania całej rozmowy w formie podcastu!

N.N.

Piotr Witt: Po wojnie kultura polska zaczęła przedstawiać obraz zupełnie wypaczony przez dwóch okupantów

Destrukcja polskiej kultury przez Niemców i komunistów oraz szkalowanie papieża Piusa XII i Polaków. Korespondent Radia WNET z Francji o tym, komu przeszkadza Polska.

My emigranci we Francji stale się spotykamy z problemem, że jesteśmy Polakami. Pytaniem, czy jesteśmy Polakami, czy jeszcze jesteśmy Polakami.

Piotr Witt mówi, z jakimi dylematami boryka się Polonia. Przypomina, że wierszyk „kto ty jesteś, Polak mały” powstał w 1900 r., kiedy nie było państwa polskiego. Autor wiersza Władysław Bełza spędził wiele czasu we Francji.

Witt przybliża tematykę swojej najnowszej książki „Komu Polska przeszkadza”. Wyjaśnia, że nasz kraj od wieków przeszkadzał różnym potęgom, np. Turkom pod Wiedniem. Postanowił się jednak skupić na okresie po odzyskaniu przez Polskę niepodległości.

Niemcy wkroczyli do Polski już z gotowym planem. To był ten plan Himmlera zniszczenia kultury polskiej i zniszczenia elity polskiej to znaczy sprowadzenia narodu polskiego do rangi niewolników, którzy będą służyli rasie panów- Niemcom.

W 1939 r. resztowano i wywieziono 142 profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego i Akademii Górniczej. W 1941 r., po zajęciu Lwowa Niemcy rozstrzelali polskich profesorów.

Wchodząc do Warszawy Niemcy za bronili wydawania polskich książek zamknęli szkoły poza tylko szkołami zawodowymi, żeby kształcić rzemieślników, przydatnych robotników. Kazali zwieść księga wszystkie książki na Plac Piłsudskiego i tam je spalili.

Oczekiwano od księgarzy, że będą przekazywać wszystkie książki, w których jest choć jedno złe słowo o Niemcach. Wielu jednak ukrywało książki. Po wojnie walkę z nieprawomyślnymi książkami, teraz już na gruncie nie rasowym, lecz klasowym, kontynuowali komuniści.

Po wojnie kultura polska zaczęła przedstawiać obraz zupełnie wypaczony, zniszczony przez tych dwóch okupantów.

Korespondent Radia WNET z Francji przytacza wspomnienia Marii Dąbrowskiej, która zauważała, jak starano się „wbić klin” między naród polski a żydowski. Przykładem tego jest brak zgody na publikację książki Żydówki Czajki Stachowicz, której życie w czasie wojny uratował polski kowal. Tymczasem w filmie Wandy Wasilewskiej „Ostatni etap” Żydzi są przedstawieni w najlepszych barwach, a Polacy w najgorszych.

Rozmówca Krzysztofa Skowrońskiego wskazuje, że Piusa XII szkaluje się obecnie nazywając go „papieżem Hitlera”. Tymczasem

447 to jest liczba Żydów uratowanych przez Piusa XII tylko na terenie Watykanu, ponieważ jego akcja ratowania Żydów obejmuje ponad 10 tysięcy osób udowodnionych przypadków.

Włoscy Żydzi ogłosili zaraz po wojnie 17 kwietnia dniem wdzięczności dla Piusa XII. Piotr Witt przypomina, że Eugenio Pacelli, zanim został papieżem był sekretarzem swego poprzednika Piusa XI. Uczestniczył w redakcji encykliki Mit Brennenden Sorge krytykującej nazizm.

Wysłuchaj całej rozmowy już teraz!

A.P.

Polityczną poprawnością od początku jej istnienia rządzi absurd / Piotr Sutowicz, „Kurier WNET” nr 82/2021

Jak w szachach do pojęć nienormalnych należy już zwrot „biały bije czarnego”, a sytuacja odwrotna na razie jest dopuszczona – tak w życiu określenie czegoś jego normalnym mianem staje się niewłaściwe.

Piotr Sutowicz

Polityczna poprawność jako skrajna forma rasizmu

Ludziom i środowiskom dążącym do afirmacji odmienności seksualnej, walczącym, jak im się wydaje, z kulturowymi przejawami różnicowania ras, dostrzeganiem różnic płciowych czy podkreślaniem faktu istnienia konkretnych narodów – czyli wprowadzającym coś, co najogólniej mówiąc, nazywamy polityczną poprawnością – chyba przez myśl nie przejdzie, że w ten sposób sami wpuszczają do obiegu publicznego rasizm oraz mogą przyczyniać się do tworzenia nowych linii podziału społecznego.

Wszystko to jest dość skomplikowaną operacją na żywych organizmach społecznych, która z jednej strony może zakończyć się pełną pacyfikacją na obszarze języka i odczuć, ale z drugiej może prowadzić do nieoczekiwanych skutków także tu, gdzie na razie nikt o żadnym rasizmie, seksizmie, homofobii i im podobnych nie słyszał i nie ma pojęcia, że do zjawisk tych trzeba się jakoś ustosunkowywać, a do tego w określony sposób, bo inaczej popełnia się „zbrodnio-myśl”, która już jest albo za chwilkę będzie po prostu penalizowana. Bywa i tak, że nawet zwolennicy postępów postępu gubią się w owych zawiłościach językowych i, jak to zwykle w rewolucjach bywa, są przez nie po prostu „zjadani”, czego przykładów rzeczywistość dostarcza nam aż nadto.

„Antysemityzmu w Polsce nie ma, jest tylko w prasie polskiej”

Powyższe słowa odpowiedział Stefan Kardynał Wyszyński, wracając z podróży do Włoch w czerwcu 1957 roku, na stosowne zapytanie izraelskiego dziennikarza. Wydaje się, że znaczenie tej odpowiedzi znacznie wykracza poza czas i przestrzeń, w których padła.

Dziś również to media i kultura kreują społeczne nastroje – poprzez gazety i środki społecznego przekazu można wpływać na opinię społeczną, jak też sugerować zagranicy, co się w danym kraju myśli nawet wtedy, kiedy nie ma to nic wspólnego z rzeczywistością. Na tym polega wojna informacyjna – żeby pokonać przeciwnika, trzeba go zohydzić.

Historia od czasów starożytnych pełna jest dowodów na potwierdzenie tej tezy. Media, bez względu na czas i swoją formę, zawsze pełniły rolę ośrodka siły, niekiedy bardziej znaczącego niż siły zbrojne. Pod tym względem dziś jest to chyba jeszcze bardziej oczywiste.

Jeśli wobec świata mamy być antysemitami, to będziemy bez względu na to, co – jako zbiorowość – rzeczywiście o rasie semickiej myślimy. Inna sprawa, że skrajna, posunięta do granic absurdu afirmacja czegokolwiek, połączona z negatywną propagandą jakiegokolwiek innego punktu widzenia lub obojętności w danej sprawie, wywołuje odruch obronny, a wtedy te same media mogą z radością powiedzieć: „a nie mówiliśmy?!”.

Prymas Wyszyński wiedział, na co obliczone są artykuły w prasie polskiej. Wówczas cel był taki sam jak teraz: trzeba było światu pokazać, że Polacy to antysemici, którym antysemityzm z głów mogą wybić jedynie rządy silnej ręki, jaką miała władza komunistyczna. Był to oryginalny sposób na legitymizację komunizmu. Odnoszę wrażenie, że w tej kwestii, tak jak w wielu innych, historia zatoczyła koło. W kraju, gdzie mniejszość żydowska stanowi znikomy procent ogółu ludności, w mediach czyni się z wewnętrznych relacji polsko-żydowskich problem pierwszorzędny, ponieważ zatargów współczesnych między tymi nacjami nie ma, bo też i nie ma ich jak wywołać. Nie ma przecież dla kogo tworzyć gett ławkowych ani wzywać klientów sklepów spożywczych, by nie kupowali „u żyda”. Spór przenosi się na obszar historii, to tu wytwarza się określoną narrację, wymagając powszechnej co do niej zgody, nawet gdyby była niezgodna z obiektywną prawdą historyczną. Choć w relacjach polsko-żydowskich czy ogólnie polsko-izraelskich istnieje wiele problemów, w tym również finansowy, nie można zapominać o tym, że w tle czai się też narracja politycznej poprawności. Jak za wielu innymi zagadnieniami, tak i za tym stoi światowa lewica, która kwestię żydowską będzie wykorzystywać dopóty, dopóki jej to będzie na rękę.

W każdym razie od czasów wypowiedzianych przez Prymasa słów antysemityzm w polskiej prasie ma się dobrze, a nawet znacznie się rozprzestrzenił, a to dopiero początek swoistej góry lodowej, za którą czai się współczesna walka klas, której jedną z broni jest rasizm.

Bohaterowie seriali

Przedmiotem memów – prześmiewczych dla jednych, a obraźliwych dla innych – stały się grafiki przedstawiające osoby o ciemnej karnacji w roli postaci historycznych w serialach kręconych przez globalne koncerny filmowe mające kolosalny wpływ na kulturę i świadomość historyczną. Ogólnie mówiąc, jakąkolwiek bzdurę by one nakręciły, ta staje się „faktycznym faktem” w odniesieniu do historii. Oto – czy to w formie żartu, czy może całkiem poważnie – przedstawia się na owych memach czarnoskórą Elżbietę I, Annę Boleyn, Henryka VIII, a kiedyś widziałem też czarnoskórego aktora ubranego w mundur marszałka Mannerheima – nieświadomym wyjaśnię – antykomunistycznego i antysowieckiego przywódcy Finlandii z czasów przedwojennych oraz z okresu II wojny światowej.

Byli tacy, którzy stylizowali podobne obrazki z Hitlerem. W internecie chyba jest tego sporo i można sobie pooglądać. Ktoś powie, że w niektórych wypadkach przekroczono granicę dobrego smaku. Zgadzam się, tyle że winni są sobie sami twórcy takich koncepcji, według których rasowe i różne inne limity w produkcjach filmowych mają obowiązywać bez względu na obiektywną logikę. Jeżeli do tego dodamy operację językową, w wyniku której mamy porzucić używany do tej pory zasób słów określających np. człowieka czarnoskórego, to widzimy, jak bardzo stajemy się ofiarami nowej, skrajnej formy poprawności politycznej, która zjada własny ogon.

I tak na przykład człowiek czarnoskóry nie może być nazwany „Murzynem”, co w naszym języku i kulturze nie miało żadnej negatywnej konotacji. Zdaje się zresztą, że wielu moich rodaków mimo nie-czarnego ani nawet ciemnego koloru skóry nosi takie nazwisko. Nie wiem, czy reformatorzy języka nie będą musieli interweniować; w każdym razie to pokazuje, że mamy do czynienia z silnym zakorzenieniem rzeczonego słowa w naszej kulturze i używającym go nie przychodziło do głowy, że ma to coś wspólnego z rasizmem, dyskryminacją czy wykluczaniem kogoś właśnie za kolor skóry.

Przykładowo, nie można posądzić o rasizm Juliana Tuwima, który w wierszyku o Murzynku Bambo opisał wymyślone przygody wyimaginowanego głównego bohatera. Całe pokolenia czytających ów wierszyk dzieci cieszyły się i bawiły przy jego wesołych zwrotkach i jeżeli ktoś tu jest rasistą, to ci, którzy ów wierszyk piętnują właśnie za ową wesołość.

W ten oto sposób rasizm przestaje być domeną nacjonalistycznej prawicy, w końcu Tuwim to… nie wiem, czy wolno o tym pisać.

Wspomniałem o Polakach noszących nazwisko „Murzyn”. Nie wiem, jakie są plany lewicy względem nich, czy muszą zmienić je na „Afroamerykanin”? Ale co mają zrobić ci czarnoskórzy, którzy nie dają się do tej grupy zaliczyć? Co z Polakami mającymi ciemną, a nawet czarną karnację? W Europie kiedyś sprawa była jasna: ustawodawstwo np. III Rzeszy ustalało, kto może być Niemcem, chociaż akurat ciemnoskórzy nie byli objęci ustawami norymberskimi i niektórzy funkcjonariusze tego państwa nie bardzo wiedzieli, co robić z ludźmi o odmiennej karnacji, którzy urodzili się w Niemczech, mówili po niemiecku, a do tego przesiąknięci byli niemiecką kulturą. Wspomnienia niektórych z nich pokazują, że bywało różnie, ale to już didaskalia. W Polsce tak nie było i nie jest.

Polakiem jest się, bo się jest i żaden lewicowiec nie ma moralnego prawa określać kogoś mianem Afroamerykanina, jeśli do tej zbitki słownej ten ktoś się nie poczuwa i jej sobie nie życzy, gdy tenże ktoś nie jest ani Amerykaninem, ani nawet Afrykaninem, lecz Polakiem.

Choć z drugiej strony to, kto skąd pochodzi, nie ma nijakiego znaczenia w prawie do bycia Polakiem – po prostu na tym polega nasza tożsamość. Tak więc prowadzone w tym względzie dziwaczne prace polityczno-językowe, które nie są niczym innym, jak przedłużeniem tego, co dzieje się na Zachodzie, prowadzą jedynie do stygmatyzacji ludzi o różnym kolorze skóry czy reprezentujących rasę odmienną niż indoeuropejska. Są to działania całkowicie szkodliwe i zmierzające do zakłócenia pokoju społecznego. Tożsamości narodowej po prostu nie można zamknąć w ramach rasy; w ten sposób ewidentnie naruszamy prawa przyrodzone osoby ludzkiej.

Idąc tym tropem…

Do czego ma prowadzić wykorzystywanie kwestii rasowej i im pokrewnych w debacie publicznej? Najpierw oczywiście do przebudowy najpierw języka, a potem mentalności. Wszyscy mielibyśmy zmienić swoje podejście do przeszłości, by teraźniejszość oraz przyszłość budować na nowych podstawach. Jeżeli Sienkiewicz pisząc W pustyni i w puszczy był rasistą, choć być może o tym nawet nie wiedział, to oznacza, że takie łatki można teraz przypiąć każdemu, kto okaże się niewygodny dla współczesnych interpretatorów wpływu przeszłości na teraźniejszość. Wpływ tego pisarza na pokolenia Polaków był ogromny.

Jeżeli teraz Sienkiewicza się odpowiednio zbezcześci, to ten, kto przyzna, że „Quo vadis” to dobra książka i czytając ją coś zrozumiał i czegoś się nauczył, ściągnie na siebie odpowiednie konsekwencje. Tym bardziej spotka to tego, kto zapragnie lekturę Sienkiewicza uzupełnić np. o książki Teodora Jeske-Choińskiego, które, jeśli chodzi o antyk, były lepiej osadzone w realiach epoki niż naszego noblisty, choć ich autor to dopiero chodząca niepoprawność polityczna swoich czasów.

Każde dzieło kultury z przeszłości można zrzucić z piedestału, by na nim postawić cokolwiek lub nic. Kwestia rasowa, podobnie jak antysemityzm, jest tylko narzędziem przydatnym lewicy do dekonstruowania życia społecznego.

Jest więc polityczna poprawność niczym innym, jak rasizmem zwielokrotnionym, doprowadzonym do granic obłędu, który każe patrzeć na ludzi przez pryzmat okularów świata, w którym rządzi trybalizm, swoista mentalność plemienna.

Możemy się ponazywać wzajemnie jak najmniej pejoratywnie, jak najbardziej poprawnie i choćby daleko nieprawdziwie, a nienawiść, jaką się w ten sposób wywoła, będzie historycznym zwrotem o kilkaset lat w tył, odrzuceniem dorobku humanistycznego wielu pokoleń ludzi, którzy pchali ten świat do przodu. Wprowadzi nas to w świat zawiści bardzo podłego autoramentu.

Oczywiście świat współczesny dysponuje znacznie szerszym asortymentem zasobów, którymi się w celu dekonstrukcji posługuje. Oto stoimy przed wyzwaniem stawianym nam przez niektóre media czy polityków: jak mamy nazywać osobę rodzącą dziecko i będącą tym samym jego matką, skoro różnice między płciami są jedynie kwestią wytworów kultury, zresztą patriarchalnej. Nie jest więc matka kobietą, a tym samym może i bycie matką jest jedynie kwestią post-opresyjnej kultury mężczyzn, którzy poprzez słowa próbują zachować dominację nad światem?

Zresztą bycie mężczyzną też nie jest wcale takie oczywiste, przecież to nie narządy płciowe decydują o tym, kim się jest. W tym wypadku mamy do czynienia ze stanem dokładnie odwrotnym jak w kwestii przynależności do narodu: tam, gdzie powinna decydować wola, człowiek ma być determinowany przez rasę, a gdzie biologia zdaje się mieć znaczenie pierwszorzędne, ma decydować wybór.

Polityczną poprawnością rządzi absurd i zdaje się, że towarzyszy on temu kierunkowi działań cały czas. Dekonstrukcja i trybalizacja świata Zachodu zdaje się brnąć niepowstrzymanie do przodu, szkoda tylko, że tenże Zachód nie poprzestaje na sobie, lecz w swoje spory i interpretacje wpycha nas.

Parytety prawa i… znowu rasizm

Rasizm niby powinien być rozpatrywany jedynie w odniesieniu do kwestii rasowych, ale skoro jego pole oddziaływania jest ogólnospołeczne, to i rozpatrywać go trzeba w bardzo szerokim kontekście aberracji cywilizacyjnych. W popkulturze ważne jest, by zachowane były parytety czarnych w stosunku do białych, kobiet do mężczyzn, homoseksualistów do osób heteroseksualnych itd.

Co zrobić wszakże w sytuacji, w której osoba czarnoskóra oskarży transwestytę o rasizm, a ta z kolei odwdzięczy się podobnym zarzutem o seksizm albo o coś podobnego? Należałoby grupy, które mogą się choćby przypadkiem antagonizować, odseparować od siebie. Trzeba więc przeprowadzić bardzo szczegółową segregację rasowo-płciowo-mentalną, jednym słowem – rozbić społeczeństwo, a komunikację wewnętrzną ograniczyć jedynie do maksymalnie krótkich komunikatów niezbędnych we wzajemnym funkcjonowaniu. Pragnę jednocześnie zauważyć, że na możliwość zaistnienia wszystkich przedstawionych przez mnie sporów znajdę w tzw. sieci dowody, więc proszę nie mówić, że wyabstrahowałem sobie jakiś kosmos. A wracając do segregacji, ta z kolei może spotkać się z zarzutem, że prowadzi do gettyzacji poszczególnych grup, a więc też jest niedopuszczalna.

Najogólniej rzecz biorąc, wydaje się, że jedynym sposobem na rozwiązanie wszystkich tych kwestii byłby powrót do normalności. Ale do tego na razie droga wydaje się daleka. A więc witajmy w czasach post-demokratycznego rasizmu, wykluczenia jednych przez drugich i walki plemion, z której nie wiadomo, co się ostatecznie wyłoni.

Normalność

Gdybym kierował się polityczną poprawnością, to można powiedzieć, że zapętliłem się w swym pisaniu, a w rzeczywistości popełniłem kolejną zbrodnio-myśl. W świecie mającym się wyłonić samo pojęcie normalności jest bowiem nienormalne. Tak się składa, że ono też jest wykluczające w odniesieniu do nienormalności, czymkolwiek ona jest. Jak w grze w szachy do pojęć nienormalnych należy już zwrot „biały bije czarnego”, a sytuacja odwrotna na razie jest dopuszczona – tak w życiu określenie czegoś jego normalnym do dziś dnia mianem staje się co najmniej niewłaściwe.

Na razie gubią się w tym wszystkim zwykli ludzie i algorytmy, które rządzą rzekomo światem. Choć nie czarujmy się – zwrot ten jest o tyle nieprawdziwy, że za każdym programem i botem komputerowym stoją ludzie, za nimi kryją się kolejni i tak dalej.

Cały ten opłakany stan rzeczy, jaki się z owej wojny mentalno-językowej wyłania, jest wynikiem myśli i działań ludzi, których celem jest wykluczenie cyfrowe innych ludzi. To, że na razie dużo jest tu przypadkowości, jak w owym szachowym zwrocie, który gdzieś tam jakieś boty uznały za sformułowanie rasistowskie, to jedno. To, że mogliśmy dzięki temu zobaczyć, jak daleko sięga władza władców internetu, to drugie. Nie mam dobrego pomysłu na to, co w tej sytuacji robić. Na pewno nie poddawać się politycznej poprawności, dopóki się da, a po drugie mieć nadzieję, że świat nie jest jednobiegunowy.

Artykuł Piotra Sutowicza pt. „Polityczna poprawność jako skrajna postać rasizmu” znajduje się na s. 9 kwietniowego „Kuriera WNET” nr 82/2021.

 


  • Kwietniowy numer „Kuriera WNET” (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) można nabyć kioskach sieci RUCH, Garmond Press i Kolporter oraz w Empikach w cenie 9 zł.
  • Wydanie elektroniczne jest dostępne w cenie 7,9 zł pod adresami: egazety.pl, nexto.pl lub e-kiosk.pl. Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
Artykuł Piotra Sutowicza pt. „Polityczna poprawność jako skrajna postać rasizmu” na s. 9 kwietniowego „Kuriera WNET” nr 82/2021

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Wariactwo rewolucji kulturowej skończy się jak wszystkie poprzednie / Jadwiga Chmielowska, „Śląski Kurier WNET” 82/2021

Współcześni siewcy nienawiści idą drogą Hitlera i Stalina. W 1980 roku chodziliśmy dumnie, na złość komunistom, ze znaczkami „element antysocjalistyczny”. Może teraz czas na znaczek „patriota”?

Jadwiga Chmielowska

Kwiecień plecień wciąż przeplata trochę zimy, trochę lata. Przyroda budzi się ze snu. Czy my przebudzimy się po pandemii? Nie po tej covidowej, atakującej ciało, ale tej gorszej, niszczącej nasze mózgi i serca. Odkąd kłamstwo jako postprawda i zło w postaci relatywizmu zaczęły zagłuszać prawdę i dobro – my, ludzie, zaczynamy, błądząc po manowcach, gubić swoje człowieczeństwo.

Prof. Andrzej Nowak przypomina o odwiecznym dylemacie w historii myśli politycznej. Już Platon rozważał: „na czym ma polegać sprawiedliwość w polityce. (…)

Machiavelli zaś zostawia następnym pokoleniom następującą »receptę«: trzeba przemocą realizować swoje interesy, ale jednocześnie tak oprawiać w piękne słowa tę ich bezwzględną siłę i brutalność, żeby powstawało wrażenie działania w imię dobra wspólnego.

Połączenie siły i udawania, siły i manipulowania, siły i propagandy – to jest istota polityki według Machiavellego, który porzuca całkowicie odniesienia moralne dla świata polityki”.

Przyszło nam żyć w świecie makiawelizmu: wszystko dozwolone, zmiany pojęć i języka mają pozwolić na sterowanie społeczeństwami.

Już Francuzi po rewolucji w XVIII wieku zmienili nazwy miesięcy, a Hitler w wieku XX nakazał tropić nazwy żydowskie w języku niemieckim i eliminować je. I tak na przykład nie wolno było używać nazwy jednostki częstotliwości Herz – bo pochodziła od nazwiska Żyda. Zrobił się taki bałagan, że po kilku latach wrócono do normalności.

Teraz rewolucjoniści kulturowi znów chcą wykasować wiele pojęć i zastąpić je nowymi. Skończy się to wariactwo tak samo, jak poprzednie. Współcześni siewcy nienawiści idą drogą Hitlera i Stalina. Etykiety „Żyda”, „wroga ludu”, „kontrrewolucjonisty” zostały zastąpione przez „klerykała”, „antysemitę” i „faszystę”. Obecnie „antysemitą” może być nawet Żyd, a twórcom „nowego ładu” to nie przeszkadza. W 1980 roku chodziliśmy dumnie, na złość komunistom, ze znaczkami „element antysocjalistyczny”. Może teraz czas na znaczek „patriota”?

Dzieci autora książki o żołnierzu wyklętym, zatytułowanej Chrystus za nas, my za Chrystusa, są piętnowane w przedszkolu jako „dzieci faszysty”. Siewcom nienawiści wydaje się, że wszystko mogą. Nieprzypadkowy jest atak środowisk oszalałych z nienawiści na IPN, SDP i Daniela Obajtka za polonizację mediów. Borys Budka otwarcie zapowiedział likwidację na uniwersytetach kierunków historii i teologii. „Nowy człowiek”, w pełni zniewolony, nie ma czerpać wiedzy z doświadczenia, tradycji i wiary przodków.

Profesor Andrzej Nowak przestrzega: „III RP jest przecież silniejsza niż okrojona Polska po drugim rozbiorze, także militarnie, i choć nie jesteśmy potęgą, to deklarując samodzielność, niezależność, budzimy niepokój i złość w imperialnych stolicach”.

„Pobudzona została furia – dziś postępowych – kolonizatorów, którzy chętnie nazywają siebie emancypatorami. Zatem próbuje się nas spacyfikować, stosując kamuflaż ideologiczny znany już w starożytności i zalecany przez Machiavellego”. Ratunek prof. Nowak widzi w idei Międzymorza.

Ksiądz Franciszek Blachnicki, którego setną rocznicę urodzin obchodzimy, wskazał Kościołowi nową drogę do serc młodzieży. Może hierarchowie skorzystaliby z tej sprawdzonej metody?

„Bóg jest miłością, a miłość poznaje się, oddając za siebie nawzajem życie, tak jak Jezus oddał swoje życie za nas” (z homilii księdza Madan Sual Singha z archidiecezji Cuttack-Bhubaneswar w Indiach). Jezus nauczał:

„Bo kto chce zachować swoje życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, ten je zachowa. Bo cóż za korzyść ma człowiek, jeśli cały świat zyska, a siebie zatraci lub szkodę poniesie?”.

Nie lękajmy się, zło przeminie jak covid. Chrystusowego Kościoła bramy piekielne nie przemogą. Jezus pokonał śmierć. Zmartwychwstał.

Artykuł Jadwigi Chmielowskiej, Redaktor Naczelnej „Śląskiego Kuriera WNET”, znajduje się na s. 1 kwietniowego „Kuriera WNET” nr 82/2021.

 


  • Kwietniowy numer „Kuriera WNET” (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) można nabyć kioskach sieci RUCH, Garmond Press i Kolporter oraz w Empikach w cenie 9 zł.
  • Wydanie elektroniczne jest dostępne w cenie 7,9 zł pod adresami: egazety.pl, nexto.pl lub e-kiosk.pl. Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
Artykuł wstępny Jadwigi Chmielowskiej, Redaktor Naczelnej „Śląskiego Kuriera WNET”, na s. 1 kwietniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 82/2021

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Pokaz nacjonalizmu po Birmańsku. 64 ofiary dzisiejszych protestów. Sen Mjanmy o demokracji pryska

Wojsko zastrzeliło w sobotę co najmniej 64 osoby protestujące w Mjanmie – przekazała agencja Reuters, powołując się na portal Myanmar oraz na relacje świadków.

Dziś w Mjanmie obchodzony jest Dzień Sił Zbrojnych. Głównodowodzący Sił Zbrojnych Mjanmy, czyli przywódca junty Min Aung Hlaing powiedział podczas parady w stolicy, że wojsko będzie dziś chronić ludzi i dążyć do demokracji. Efekt tej “ochrony” to na ten moment co najmniej 64 ofiary śmiertelne, wśród nich młody chłopiec. Niektóre źródła podają nawet 90 ofiar. [related id=”139833″]Dzisiejszy dzień należy do jednego z najkrwawszych od wybuchu zamachu stanu, jaki miał miejsce w Republice Związku Mjanmy 1 lutego.

Mieszkańcy Birmy giną z rąk birmańskich sił bezpieczeństwa. Możemy niestety spodziewać się, że liczba ofiar będzie rosła. Jak podkreślił w rozmowie z Radiem WNET ekspert ds. Bliskiego i Dalekiego Wschodu, dr Michał Lubina:

To, co dziś wydarzyło się w Birmie, było do przewidzenia. Dziś obchodzony jest Dzień Armii Birmańskiej – To święto upamiętnia powstanie antyjapońskie w Birmie. To, co jest ważne – armię birmańską stworzyli Japończycy i duch japońskiego militaryzmu jest tam widoczny po dziś dzień.

Tego faszystowskiego ducha na pewno czuli mieszkańcy Birmy, oglądając w piątkowy wieczór komunikat na swoich telewizorach, który pojawił się na tle delikatnej muzyki, informujący, że wojsko będzie strzelało do nieposłusznych obywateli w głowę. To, co ciekawe, groźba nie trafiła do serc Birmańczyków. Wezwali oni swoich zwolenników do wyjścia na ulicę.

Jest to w pewnym sensie porażka polityczna przywódcy wojska. Szef junty chciał zakończyć prosty do dzisiejszego dnia – obchodów święta armii, aby pokazać, że kontroluje sytuację.
Protestujący pokazali, że się nie poddają. Społeczeństwo zapłaciło daninę krwi, ale popsuło plany wojska oraz ich święto – powiedział dr Lubina.

Jak dodał, teraz mamy leninowską grę “kto kogo”.  Armia chce przeczekać protesty, ma nadzieję na znudzenie się nimi społeczeństwa. Ludzie zaś, chociaż mają świadomość siły i przewagi wojska – wiedzą, że jeśli dziś ustąpią, to będą skazani na wojsko jeszcze przez najbliższe dziesięciolecia i do tego nie chcą dopuścić. Jedno jest pewne – wydarzenia z ostatnich dni pokazały, że przemoc nie wystarczy, aby powstrzymać mieszkańców Birmy. Poza demonstracjami mają cały wachlarz narzędzi i sposobów, którymi mogą i będą walczyć z wojskiem.

Czy wiersz Zbigniewa Herberta opowiada prawdziwą historię Żołnierza Wyklętego? / Sławomir Matusz, „Kurier WNET” 81/2021

O tym, czy Apollo w wierszu „Apollo i Marsjasz” to naprawdę Marian Cimoszewicz – agent NKWD i UB, a Marsjasz to kpt. Konrad Strycharczyk pseudonim Słowik, możemy się nigdy nie dowiedzieć.

Sławomir Matusz

Pamięci Żołnierzy Wyklętych
O wierszach Zbigniewa Herberta

Tajemnicze słowa i obrazy z wiersza Herberta Pięciu z tomu Hermes, pies i gwiazda (1957) można odczytać jako scenę zarówno z czasów niemieckiej okupacji, jak i stalinizmu. Poeta zdaje się celowo nie precyzuje, o jakich zdarzeniach pisze, nie oznacza czasu, dając tym samym czytelnikowi do zrozumienia, że mrok dalej trwa, czas zbrodni nie zakończył się:

1
Wyprowadzają ich rano
na kamienne podwórze
i ustawiają pod ścianę
pięciu mężczyzn
dwu bardzo młodych
pozostali w sile wieku
nic więcej
nie da się o nich powiedzieć
2
kiedy pluton podnosi
broń do oka
wszystko nagle staje
w jaskrawym świetle
oczywistości

Co jest oczywistością? Zbrodnia, o której milczymy. Niewinna śmierć. Dlatego w trzeciej strofie czyni sobie wyrzut, napomina czytelników i poetów:

nie dowiedziałem się dzisiaj
wiem o tym nie od wczoraj
więc dlaczego pisałem
nieważne wiersze o kwiatach
o czym mówiło pięciu
w nocy przed egzekucją

Ich imion i nazwisk zakazano, nie można ich używać. Złamanie zakazu może ściągnąć nieszczęście – areszt, więzienie lub nawet śmierć dla wielu ludzi.

Zamiast tego poeta proponuje używanie antycznych pseudonimów, by ocalić pamięć tych, którzy nie byli bandytami, ale ludźmi, ludźmi zdradzonymi, którzy kochali, pragnęli, którzy grzeszyli w myślach, mowie, a może w uczynkach, ale którym należy się hołd:

a zatem można
używać w poezji imion greckich pasterzy
można kusić się o utrwalenie barwy porannego nieba
pisać o miłości
a także
jeszcze raz
ze śmiertelną powagą
ofiarować zdradzonemu światu
różę

Zatem mowa jest o zdradzie, można się domyślać, że o zdradzie ze strony komunistów – choć poeta otwarcie o tym pisać nie może; także o potrzebie przypomnienia po latach, kto ukrywał się pod imionami greckich pasterzy. Czy chodzi tu o Witolda Pileckiego, Tadeusza Bejta, Wacława Alchimowicza, Władysława Kielima i Leona Knyrewicza – tego się już nie dowiemy.

W innym wierszu, z debiutanckiego tomu Struna światła (1956), zatytułowanym Cmentarz, warszawski poeta pisze: „wapno na domy i groby / wapno na pamięć”, zwracając uwagę na amnezję, jaka ogarnęła Polaków, a wiersz kończy tak:

a na powierzchni spokój
płyty wapno na pamięć
na rogu alei żywych
i nowego świata
pod stukającym dumnie obcasem
wzbiera jak kretowisko
cmentarz tych którzy proszą
o pagórek pulchnej ziemi
o nikły znak znad powierzchni

Dumnie stukają obcasy żołnierzy, którzy przyszli z Armią Czerwoną, a „o pagórek pulchnej ziemi” proszą żołnierze AK, ZWZ i WiN ukradkiem zamordowani i bezimiennie chowani, o nich upomina się Herbert.

Podobne słowa znajdziemy w wierszu Do Apollina, w tym samym zbiorku, będącym sprzeciwem wobec kultu jednostki, estetycznego i intelektualnego zubożenia, a także wobec zakłamywania historii komunistycznych Apollinów – w domyśle Leninów – których pomniki masowo stawiano po wojnie. W części pierwszej utworu podmiot wchodzi w dialog z posągiem:

Oddaj moją nadzieję
Milcząca biała głowo
Cisza
Pęknięta szyja
Cisza
Złamany śpiew

– by w części drugiej jasno stwierdzić fałszowanie historii, fałsz nowej, socjalistycznej mitologii:

inny był pożar poematu
inny był pożar miasta
bohaterowie nie wrócili z wyprawy
nie było bohaterów
ocaleli niegodni
szukam posągu
zatopionego w młodości
pozostał tylko pusty cokół
ślad dłoni szukający kształtu.

Zwracają uwagę słowa: „bohaterowie nie wrócili z wyprawy / nie było bohaterów / ocaleli niegodni”. Z jakiej wyprawy, z jakiej odysei? – można by zapytać. Bohaterowie nie wrócili, więc ich nie było, nie ma. Zostali skrycie zamordowani. Ocaleli niegodni – ich oprawcy.

Pięć lat po debiutanckiej książce, w 1961 roku ukazuje się trzeci w kolejności tomik Zbigniewa Herberta – Studium przedmiotu, a w nim jeden z jego najgłośniejszych, najbardziej znanych wierszy – Apollo i Marsjasz. Utworowi temu poświęcono dziesiątki szkiców. Literackie i kulturowe odniesienia zawarte w tym wierszu tropili: Ryszard Przybylski (Między cierpieniem a formą, 1978), Jan Józef Lipski – który widział w wierszu cechy nadrealizmu czy też surrealizmu (Między historią i Arkadią wyobraźni, 1962), Jacek Łukasiewicz czy też Stanisław Barańczak, doszukujący się w Apollu i Marsjaszu ironii.

Tak z kolei o wierszu pisał Jan Błoński w 1970 roku, w szkicu Tradycja, ironia i głębsze znaczenie: „Nie przypadkiem rywalem Apollina nie jest dla Herberta Dionizos, jak zazwyczaj bywało, ale obdarty ze skóry Marsjasz: jego to los nie przestaje nawiedzać podświadomości poety. Zazwyczaj jednak lęk zostaje wysublimowany w ironię, zaś dokuczliwa chwiejność uczuć – uspokojona kontrapunktem lirycznych tonacji. Także ta poezja jest świadectwem zwycięstwa nad własną niemocą”.

Wiersz Herberta o dziwnym „pojedynku”, w którym Apollo torturuje Marsjasza, wsłuchując się w dźwięki wydawane przez swoją ofiarę, jest niemałą zagadką dla czytelników.

Jeśli go czytamy w kontekście innych klasycyzujących, pełnych odniesień do mitologii greckiej utworów Herberta, wydaje się filozoficznym traktatem o cierpieniu, granicach sztuki, okrucieństwie, granicach sadyzmu, patologii, do jakiej zdolny jest człowiek. Znajdujemy w nim sceny, które w kulturze popularnej mogą się kojarzyć z Milczeniem owiec – powieścią Thomasa Harrisa (1988) lub filmem Jonathana Demme’a (1991), gdzie piękny Apollo wciela się w Hannibala Lectera, torturując swoje ofiary, zanim dokona aktów kanibalizmu. Jednak wiersz Herberta powstał blisko 30 lat wcześniej i nie jest tylko literackim studium sadyzmu i okrucieństwa.

W 1961 roku Jerzy Kwiatkowski tak „na gorąco” pisał w „Życiu Literackim” o tym wierszu: „Warto się przyjrzeć, warto raz jeszcze przeczytać ten wiersz, by zobaczyć, jak w Apollinie i Marsjaszu Herbert gra na uczuciach, jak bardzo dba o to, żeby plastyka bólu Marsjasza odcisnęła się w psychice czytelnika; z jaką maestrią prowadzi czytelnika po stopniach tego bólu” (Imiona prostoty, 1961). Te słowa mogłyby być komentarzem do powieści i do filmu o Hannibalu Lecterze.

Tu należałoby zapytać, kim są lub kim byli Apollo i Marsjasz? Czy mieli jakieś odpowiedniki w realnym świecie Herberta? Bo może ten wiersz opowiada jakąś prawdziwą historię?

Być może blisko prawdy był cytowany Jerzy Kwiatkowski, może znał ją albo słyszał coś o niej, bowiem tak kończył swoją recenzję tomiku Studium przedmiotu: „Nie jest to też humanitaryzm naiwny ani patetyczny. Wnosi swoją – uroczą – poprawkę dla ludzkich słabości. Ściskanie w gardle maskuje się tu uśmiechem ironii i żartem. Ale zawsze – poezja ta jest po stronie Marsjasza przeciw Apollinowi, po stronie potępionych przeciw aniołom, po stronie »pana od przyrody« przeciw »łobuzom od historii«”.

Widocznie nie mógł podać prawdziwego nazwiska Apollina, bo ten jeszcze żył i mógł być bardzo niebezpieczny. Nie mógł podać nazwiska Marsjasza, jeśli ten żył, a i nawet jeśli już nie żył – bo mógł narazić na niebezpieczeństwo jego samego, jego rodzinę i przyjaciół. Należałoby zapytać, kim był – lub kim mógł być – Apollo, nazwany przez Kwiatkowskiego „łobuzem od historii”?

Może sam Herbert podpowie? Może są jakieś wskazówki w utworze, które pozwolą zidentyfikować obie postaci? Przyjrzyjmy się jeszcze raz wierszowi:

właściwy pojedynek Apollona
z Marsjaszem
(słuch absolutny
contra ogromna skala)
odbywa się pod wieczór gdy jak już wiemy
sędziowie
przyznali zwycięstwo bogu

Wydaje się, że mamy wyraźne odesłanie do realiów stalinowskich sądów, gdzie wyroki były oczywiste, a śledztwo było spektaklem w pokoju przesłuchań albo w celi, przeznaczonym dla kilku wybranych osób.

Tortury, jakim jest poddawany Marsjasz, są tak straszne i wymyślne, że przy nich, cytując słowa Rotmistrza Pileckiego, który był przesłuchiwany w równie okrutny sposób: „Oświęcim to była igraszka”.

Jednak gdyby chodziło o Witolda Pileckiego, straconego 25 maja 1948 roku, to z pewnością Zbigniew Herbert by to wyjawił, kiedy można już było mówić i pisać o bohaterskim Rotmistrzu.

Skoro nie jest to Pilecki, śledźmy zapis przesłuchania dalej. Marsjasz jest:
mocno przywiązany do drzewa
dokładnie odarty ze skóry
Marsjasz
krzyczy
zanim krzyk dojdzie
do jego wysokich uszu
wypoczywa w cieniu tego krzyku

Odpoczynek w „cieniu krzyku” jest omdleniem, które daje chwilę wytchnienia, kiedy nie czuje się bólu. Pominę opisy tortur w wierszu, bo nie o ich opis teraz chodzi. Gustaw Herling-Grudziński wiele razy pisał w Innym świecie i w Dzienniku pisanym nocą o znaczącej różnicy między śledztwami w hitlerowskich więzieniach a tych w więzieniach stalinowskich. O ile Niemcom chodziło o wydobycie zeznania, informacji, to komunistom o zmuszenie do przyznania się do winy – mimo iż wyrok był z góry ustalony.

Hitlerowcy kończyli tortury i całe przesłuchanie, kiedy ofiara wyjawiła informację, o którą im chodziło. W więzieniach NKWD i UB nie miało to znaczenia – torturowano więźniów dalej, bo celem było całkowite upokorzenie.

Jak pisze historyk Michał Jankowski w artykule Metody śledcze UB, sądy, wyroki. Polska rzeczywistość po II wojnie światowej (czasopismo internetowe Papricana.com): „Podstawowa strategia śledczych UB polegała na wymuszaniu przyznania się do winy i złożenia obciążających zeznań, bez względu na wszystko i stosując do osiągnięcia tego celu wszelkie możliwe sposoby, które przede wszystkim sprowadzały się do najbardziej wyszukanych tortur. A śledczy w tym względzie dysponowali niemal nieograniczoną paletą możliwości. Przesłuchanie trwało 7–15 godzin. Przez cały ten czas podejrzany był wyzywany, lżony i poniżany. Jeśli przesłuchiwany nie składał zeznań zgodnych z założeniem oficera śledczego, to systematycznie był bity i kopany…”.

Tomasz Stańczyk w artykule Geografia terroru („Do Rzeczy”, 1/2013) przytacza relację więźnia: „Bili wszelkimi sposobami. Po upadku na ziemię nawet dziur mi narobili. Twarz mi tak spuchła, że na oczy nie widziałem. Bili, żeby zabić. Od tego katowania tyłek mi pękł, krew broczyła”.

Mateusz Wyrwich w książce W celi śmierci (Warszawa 2012, s. 67) przytacza inne wspomnienie więźnia:

„Tłukli we mnie jak w bęben, najczęściej metalowym prętem w pięty. To był straszny ból, myślałem, że zwariuję. Mieli też inną nie mniej ciekawą metodę. Wkładali mi papier pomiędzy palce u nóg i podpalali. Wieszali też na kiju głową w dół. W takiej sytuacji łapczywie się oddycha. Więc wlewali mi do nosa wodę z octem. To była straszna męczarnia. Dość szybko po tym wszystkim gardłem, uszami i nosem ciekła mi krew”.

To dlatego głos Marsjasza jest monotonny i składa się z jednej samogłoski A. Wycie lub śpiew Marsjasza jest wokalną opowieścią, z towarzyszeniem „instrumentów”, do której później przyłączy się chór. Jest arią, kantatą albo oratorium. Przypomina operowe, a może soulowe popisy solistów. Marsjasz świadomie moduluje swój głos niczym śpiewak. Przesłuchanie – w dwojakim rozumieniu – trwa dalej:

w istocie
opowiada
Marsjasz
nieprzebrane bogactwo
swego ciała
łyse góry wątroby
pokarmów białe wąwozy
szumiące lasy płuc
słodkie pagórki mięśni
stawy żółć krew i dreszcze
zimowy wiatr kości
nad solą pamięci

Opisy tortur, którym poddawany jest Marsjasz, bardzo przypominają też autentyczne relacje więźniów. Co robi w tym czasie Apollo? W dwóch miejscach w wierszu:

wstrząsany dreszczem obrzydzenia
Apollo czyści swój instrument

Tym instrumentem może być flet, puzon, trąbka albo metalowy pręt, noga od stołka, imadło do łamania palców, pas do bicia lub łańcuch, cokolwiek, czym można zadać ból.

Marsjasz zdaje się pozostawać „niezłomny” – zamiast przyznania się do winy i „tak” kończącego przesłuchanie, tortura trwa dalej:

teraz do chóru
przyłącza się stos pacierzowy Marsjasza
w zasadzie to samo A
tylko głębsze z dodatkiem rdzy

Rdza wskazuje na metaliczność głosu Marsjasza. Rdzą mogą być pokryte metalowe części instrumentów: struny, ustniki, klapki, młoteczki. Trudno nie zauważyć analogii ze strofą wiersza Ornamentatorzy, który zaczyna się od słów: „Pochwaleni niech będą ornamentatorzy” (t. Hermes, pies i gwiazda):

a także skrzypkowie i fleciści
którzy dbają aby ton był czysty
oni strzegą arii Bacha na strunie G

Marsjasz jest nie tylko ofiarą tortur, ale i muzykiem, śpiewakiem. Jest nie tylko imitatorem, ale będąc ofiarą tortur, artystą najbardziej autentycznym, absolutnym – jak Beethoven w tomie Raport z oblężonego miasta:

Mówią że ogłuchł a to nieprawda
demony jego słuchu pracowały niezmordowanie
i nigdy w muszlach uszu nie spało martwe jezioro

Cierpienia i skala głosu Marsjasza przekraczają możliwości percepcji Apollina: „to już jest ponad wytrzymałość / boga o nerwach z tworzyw sztucznych”, zatem:

odchodzi zwycięzca
zastanawiając się
czy z wycia Marsjasza
nie powstanie z czasem
nowa gałąź
sztuki powiedzmy konkretnej

Rodzą się pytania o granice i sens sztuki, o jej związek z życiem. Oprawca wie, że zrobił wszystko, czego od niego oczekiwano. Więcej już nie mógł zrobić, sam jest wyczerpany pracą, jaką mu powierzono. Jest zaangażowany ideowo, wie, że tworzy historię – dlatego ma nadzieję, że jego praca zostanie kiedyś doceniona, może nawet uwieczniona w sztuce, w pieśni, w piosence, w wierszu.

W tym bardzo precyzyjnym opisie tortur pojawia się coś bardzo zaskakującego, niepasującego do scenerii, nieoczekiwanego:

nagle
pod nogi upada mu
skamieniały słowik
odwraca głowę
i widzi
że drzewo do którego przywiązany był Marsjasz
jest siwe
zupełnie

Posiwiałe drzewo może być drzewem Krzyża, świadkiem Męki Pańskiej. Drzewa opowiadają o bohaterskiej walce i śmierci Polaków w powstaniu styczniowym w noweli Gloria victis Elizy Orzeszkowej. Symbolika słowika jest równie bogata. Ptak ten pojawia się w wierszach Mickiewicza, Słowackiego, Tuwima, Staffa, Keatsa.

Jednak nie sądzę, że w tak realistycznym wierszu, pełnym opisów tortur, Herbertowi chodziło wyłącznie o symboliczny i liryczny akcent czy wtręt. To raczej jakaś podpowiedź, wskazówka.

Herbert urodził się we Lwowie w 1924 roku. Po maturze, zdanej na tajnych kompletach, zaangażował się w działalność konspiracyjną, współpracując z Armią Krajową. W maju 1944 roku, jeszcze przed wkroczeniem Armii Czerwonej, wyjechał do Proszowic pod Krakowem.

Słowik to ptak, ale też pseudonim. W czasie wojny takiego pseudonimu używał kpt. Konrad Strycharczyk, kilka miesięcy starszy od Herberta, urodzony w Nisku (25.05.1923), które wtedy należało do województwa lwowskiego, działający w strukturach AK na Podkarpaciu i w okolicach Lublina, w oddziale Franciszka Przysiężniaka ps. Ojciec Jan (oddział partyzancki NOW-AK „Ojca Jana”).

Kpt. Konrad Strycharczyk ps. Słowik znany był z zamiłowania do śpiewu – dlatego nosił taki pseudonim. Pierwszy raz aresztowało go NKWD w Lublinie w 1944 roku. Udało mu się jednak zbiec z więzienia. Drugi raz był aresztowany w 1946 roku w Olsztynie przez UB. Wyszedł na wolność w wyniku tzw. amnestii w 1947 roku. Po wojnie pracował jako aktor i tenor, był m.in. przez kilkanaście lat solistą Operetki Szczecińskiej.

Zanim jednak wyszedł na wolność, kpt. „Słowik” przez 11 miesięcy był torturowany i przesłuchiwany przez Mariana Cimoszewicza – funkcjonariusza Informacji Wojskowej, a wcześniej donosiciela NKWD i członka Jednostki Specjalnej NKWD SMIERSZ. Na rozkaz Mariana Cimoszewicza w więzieniu, w którym przebywał kpt. „Słowik”, kazano wybudować specjalną salę tortur pod schodami. Cimoszewicz przesłuchiwał „Słowika” z bronią w ręku i bił wiele razy do utraty przytomności.

Marian Cimoszewicz służył w Informacji Wojskowej, a potem w WSW aż do 1972 roku. Nie wiem, czy kpt. Strycharczyk i Zbigniew Herbert się znali, spotkali – jest to bardzo prawdopodobne.

Mogli się poznać w czasie wojny na Podkarpaciu lub we Lwowie. Mogli się spotkać po wojnie, w Warszawie. A może Herbert, znawca muzyki klasycznej: Bacha, Beethovena, miłośnik oper Alessandra Scarlattiego, Mozarta, Moniuszki i Szymanowskiego, tylko słyszał o historii „Słowika” – operowego śpiewaka, torturowanego przez wiele miesięcy przez funkcjonariusza NKWD i UB? Ponieważ Marian Cimoszewicz był „czynny zawodowo” jeszcze przez długie lata po wojnie i mieszkał w Warszawie, nierozsądnie i niebezpiecznie by było umieszczać w wierszu dedykację dla kpt. Strycharczyka lub jakąś konkretną informację. „Słowik” mógł się pojawić w wierszu tylko jako skamieniały ptak-symbol, co sugerowało śmierć żołnierza. Konrad Strycharczyk, pseudonim Słowik, zmarł w Szczecinie 10 lipca 2015 r.

O tym, czy Apollo w wierszu Apollo i Marsjasz to naprawdę Marian Cimoszewicz – agent NKWD i UB, a Marsjasz to kpt. Konrad Strycharczyk pseudonim Słowik, możemy się nigdy nie dowiedzieć. Może odnajdą się jakieś zapiski, zachowane po śmierci poety, które to potwierdzą. Ale możemy niczego nie odnaleźć. Niemniej ta historia rzuca nowe światło na wiersz Apollo i Marsjasz Zbigniewa Herberta oraz całą jego twórczość poetycką, i uprawomocnia nową wiersza interpretację.

***

Sławomir Matusz

Ze Zbigniewa Herberta

posiwiałe złamane drzewo
strącone gniazdo kilka rozbitych jaj
nieopodal
martwy rdzawy
słowik

Polska
jak Marsjasz
śpiewa

nad lotniskiem
Смоленск-Северный
nisko krążą jaskółki
i dusze
[poległych]

Artykuł Sławomira Matusza pt. „Pamięci Żołnierzy Wyklętych” znajduje się na s. 1 i 4 marcowego „Kuriera WNET” nr 81/2021.

 


  • Marcowy numer „Kuriera WNET” (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) można nabyć kioskach sieci RUCH, Garmond Press i Kolporter oraz w Empikach w cenie 9 zł.
  • Wydanie elektroniczne jest dostępne w cenie 7,9 zł pod adresami: egazety.pl, nexto.pl lub e-kiosk.pl.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
Artykuł Sławomira Matusza pt. „Pamięci Żołnierzy Wyklętych” na s. 1 marcowego „Kuriera WNET” nr 81/2021

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Alfred Kassner jest nieznany i od czasów Bieruta obłożony klątwą/ Andrzej Świdlicki, „Kurier WNET” nr 80/2021

Alfred Kassner nasuwa porównania z Oskarem Schindlerem, Niemcem zatrudniającym Żydów. Łączy ich to, że dzięki nim wielu Żydów uniknęło śmierci, a dzieli sposób, w jaki zostali potraktowani po wojnie.

Andrzej Świdlicki

Nierozpoznany polski Schindler

Działalności wywiadowczej braci Kassnerów Alfreda i Jana, polegającej na rozpracowywaniu niemieckiego przemysłu pracującego na potrzeby machiny wojennej III Rzeszy, nie domyślił się niemiecki kontrwywiad ani Gestapo. I może w ogóle nie byłaby znana, gdyby nie to, że Alfred przyznał się do niej bezpiece, wyjaśniając okoliczności podpisania volkslisty.

Alfred-handlowiec oraz jego młodszy brat Jan (Johann), absolwent SGGW, plantator tytoniu – urodzeni w rodzinie niemieckiego buchaltera z Żyrardowa – podpisali volkslistę dla przykrywki działalności wywiadowczej na rzecz delegatury rządu RP w Budapeszcie i na jej sugestię, za wiedzą i zgodą organizacji Polska Niepodległa – jednej z grup antyhitlerowskiego podziemia, do której należał ich siostrzeniec.

W okupowanej Warszawie administrowali przejętym przez Niemców mieniem pożydowskim, w tym składem aptekarskim Arona Szpinaka, zakładem produkcji wyrobów gumowych Ballog oraz montownią i warsztatami naprawczymi norymberskiego producenta motocykli Zündapp. Jeździli do Rzeszy w sprawach handlowych, głównie zakupu surowców. Mieli tam kontakty wśród przemysłowców, co dawało im wgląd w kondycję przemysłu, zwłaszcza chemicznego i maszynowego – kluczowych gałęzi pracujących na potrzeby Wehrmachtu.

Delegaturę rządu RP w Budapeszcie informowali m.in. o zleceniach produkcji łożysk kulkowych i jej lokalizacji, przenoszonej z miejsca na miejsce z obawy przed alianckimi nalotami; o zamówieniach dla BMW w Norymberdze, zapotrzebowaniu na materiały wybuchowe i chemiczne produkowane w Troisdorfie pod Kolonią oraz miejscach ich składowania. Bracia mieli też kontakty z rezydentem kontrwywiadu w Warszawie Edmundem Koniecznym, poznanym w Berlinie, co otwierało wiele drzwi i w pracy wywiadowczej dawało dodatkowe zabezpieczenie.

Inicjatywa działalności dla polskiego wywiadu za granicą wyszła od Jana Kassnera, który we wrześniu 1939 r. dotarł na Węgry, nawiązał kontakt ze szkolnym kolegą Alfreda, Karolem Dubiczem-Pentherem, konsulem RP w Lizbonie, a ten wciągnął go do współpracy. W październiku 1939 r. Jan wrócił do Warszawy i wtajemniczył w swe plany brata i łączniczkę Stefanię Rumenową. Oprócz tych trojga o sprawie nie wiedział nikt. Po kilku latach dowiedziała się bezpieka, za co Alfred zapłacił pobytem w stalinowskim więzieniu, zsyłką do obozu pracy na Uralu i utratą zdrowia.

Aresztowano go w sierpniu 1948 roku wskutek donosu żony wspólnika, z którym poróżnił się w interesach. Postawiono mu zarzut z art. 1 par. 1 dekretu PKWN z 31. 08. 1946 r.: „Kto będąc obywatelem polskim w czasie pomiędzy 1 września 1939 a 9 maja 1945 r. zgłosił swą przynależność do narodowości niemieckiej lub uprzywilejowanej przez okupanta, podlega karze więzienia do lat dziesięciu”. Sprawę jego wpisu na listę volksdeutschów rozpatrywano trzykrotnie.

Pierwszy raz na jego życzenie, gdy wystąpił o rehabilitację. Specjalny Sąd Karny dla Okręgu Sądu Apelacyjnego w Łodzi 27. 08. 1946 r. orzekł, że „Alfred Kassner, będąc obywatelem polskim w roku 1940 w Warszawie, w czasie okupacji niemieckiej zadeklarował przynależność do narodowości niemieckiej, a uczynił to na rozkaz podziemnej organizacji polskiej walczącej z okupantem”. Rok później Warszawski Oddział Specjalnej Komisji do Walki z Nadużyciami Gospodarczymi i Szkodnictwem Gospodarczym zainteresował się jego przeszłością, badając nieprawidłowości w Spółdzielni Pracy „Przyszłość” w Radości, gdzie Kassner był dyrektorem handlowym.

Komisja wydzieliła ze sprawy materiały odnoszące się do podpisania volkslisty, przekazując je Prokuraturze Okręgowej w Warszawie. Ta umorzyła postępowanie uznając, że sprawa jest już rozstrzygnięta prawomocnym wyrokiem sądowym w związku z okolicznościami wykluczającymi przestępczość czynu.

W tym czasie Alfred Kassner starał się rozkręcić firmę budowlaną ze wspólnikiem Nikodemem Hryckiewiczem, którego w czasie wojny wspierał finansowo, widząc w nim obiecującego wynalazcę (opatentował wynalazek żelbetonowy). Ponieważ ciążył na nim poważny zarzut, zgodził się, by do czasu jego wyjaśnienia wspólnik jednoosobowo firmę reprezentował. Po umorzeniu sprawy chciał uporządkować stan prawny i zażądał od wspólnika sporządzenia aktu notarialnego, stwierdzającego, że mieli równe udziały. Gdy Hryckiewicz odmówił, Kassner postawił mu zarzut fałszowania wpisów buchalteryjnych i wniósł sprawę do sądu. Argumentował, że kapitał założycielski pochodził z pieniędzy pożyczonych od jego sióstr, a wspólnik nie wniósł nic.

Nie wiadomo, czy sprawa ta miała finał w sądzie, w aktach Alfreda Kassnera nie ma o tym wzmianki. Można jednak zakładać, że perspektywa sądowej przegranej lub chęć odegrania się skłoniła żonę Hryckiewicza Ludwikę do pójścia do Urzędu Bezpieczeństwa na Pradze, gdzie oświadczyła, że Kassnera nie należało rehabilitować. Sąd w Łodzi dał wiarę przekupionym świadkom.

Donosicielka zapewniła, że zna ludzi gotowych zaświadczyć, że Alfred Kassner nie był tym, za kogo się podawał. Oświadczyła, że ma on brata w Bawarii, któremu dobrze się powodzi, i oskarżyła o to, że z Warszawy spalonej po powstaniu wywoził cenne rzeczy ukryte w piwnicach, słono sobie licząc za kurs, a przy okazji się bogacąc. Kassner jeździł tam po pościel i sprzęt warszawskiego oddziału Rady Głównej Opiekuńczej w Krakowie – organizacji charytatywnej, jedynej jawnej organizacji polskiej w Generalnej Guberni działającej za zgodą Niemców.

Kassnera aresztowano siedem miesięcy po wizycie Ludwiki Hryckiewiczowej w praskim UB, 11. 08. 1948 roku. Śledztwo trwające ponad 14 miesięcy prowadził początkowo Wydział I MBP, zajmujący się zwalczaniem szpiegostwa i likwidacją zaplecza niemieckiej władzy okupacyjnej, a następnie przejął je Departament Śledczy MBP, któremu dyrektorował Józef Różański (Goldberg). Bezpiekę najbardziej interesowały kontakty braci Kassnerów z Edmundem Koniecznym – z góry uznała, że służyły wyłącznie jemu, a bracia byli jego agentami.

Według relacji Alfreda, dziesięciokrotnie karano go karcerem, zamykając na 24 godziny nago w pomieszczeniu z zimną wodą, skąd trzykrotnie wynoszono go nieprzytomnego. Miewał halucynacje, ale nawet biciem nie zdołano go zmusić do podpisania obciążających zeznań. Dowodów przeciwko niemu nie było, a przecież trzeba było usunąć go z pola widzenia choćby po to, by nie musieć przyznawać się do błędu w aresztowaniu.

W październiku 1949 r. wydano go więc Rosjanom, wyrażając tym samym ufność w sowiecką jurysprudencję. Może w MBP liczono, że Alfred Kassner zainteresuje fachowców na Łubiance, ponieważ przebywał w cesarstwie Romanowów przed rewolucją, a po wybuchu I wojny światowej zajmował się tam likwidacją filii Kruppa.

Na Łubiance nie dano wiary, że w okresie niemieckiej okupacji Kassner wyjeżdżał do Rzeszy służbowo w celach handlowych i po dwóch tygodniach na mocy orzeczenia Kolegium Specjalnego NKWD skazano go na karę dziesięciu lat obozu pracy. We wrześniu 1955 roku powrócił do Polski z Uralu z kartą repatriacyjną 0022. Cierpiał na dusznicę bolesną i miał objawy epileptyczne. Dano mu 1000 złotych, garnitur i półbuty. Z uwagi na zły stan zdrowia i ciężką sytuację materialną otrzymał 10 tysięcy złotych jednorazowej zapomogi. ZUS wypłacił mu zaległą rentę, ale odszkodowania za polityczne represje nie otrzymał z braku ustawowego uregulowania tej kwestii. Nie wiadomo, czy ubiegał się o sądową rehabilitację. Może mu nie zależało.

Bezpieka interesowała się nim nadal, m.in. przy okazji wizyty brata Jana w Polsce w 1958 roku. Zastrzeżenia służb PRL budziło to, że na własną rękę nawiązywał kontakty handlowe z Niemcami, myśląc m.in. o eksporcie gęsiego pierza i opiece nad niemieckimi grobami. Przechwycono jego prywatny list do USA krytyczny wobec władz.

„Działalność wywiadowcza ojca stała się dla nas [jego córek] przekleństwem – pisała w czerwcu 1949 roku do Pierwszego Obywatela Bolesława Bieruta Kinga Kassnerówna. – Słowo ‘volksdeutsch’ idzie wszędzie naszym śladem jak klątwa. Wystarczy, by ktoś z podłych ludzi wspomniał o ojcu volksdeutschu, a wszelkie nasze plany na przyszłość są zniweczone”.

Do podania dołączyła listę osób, którym ojciec pomagał, skutecznie zabiegając o ich zwolnienie z Majdanka i warszawskiego getta, argumentując, że byli mu potrzebni w pożydowskich firmach, którymi zarządzał. W ten sposób ocalił Irenę Szpinak – wdowę po Aronie, którego składem aptecznym zarządzał – i żydowskiego lekarza Grossblatta. Na kierownika firmy wyrobów gumowych Ballog pod swoim zarządem wyznaczył żydowskiego inżyniera Blachera, uzyskując jego zwolnienie z warszawskiego getta wraz z córką i zięciem. Gdy z braku surowców Ballog musiał zaprzestać produkcji, Blachera z rodziną ukrył w Bojanach nad Bugiem.

Alfred Kassner zasłużył się także we wspieraniu antyhitlerowskiego ruchu oporu w okupowanej Polsce. Kassnerówna pisała Bierutowi, że woził partyzantom do lasu leki, finansując dostawę z transakcji na czarnym rynku. Na kierownika filii berlińskiej Hafty wyznaczył „Dowmunda” – ważną postać w konspiracyjnej Polsce Niepodległej. W swoich zakładach zatrudniał wyłącznie Polaków, wystawiał im fikcyjne zaświadczenia i tolerował udział w konspiracji. Tej tolerancji o mało nie przypłacił życiem, gdy w jednym z administrowanych przez niego domów przy Wiejskiej 12 wskutek nieostrożności pracowników (prawdopodobnie z krakowskiej filii Szpinaka) wykryto skład broni, o którym on sam nie wiedział.

W wyniku tej wpadki wraz z synem Tadeuszem trafił na Pawiak, gdzie syna rozstrzelano, a jego zatrzymano do dalszego śledztwa. Brat Jan zdołał go wykupić za 150 tysięcy złotych, a „Dowmund” wystarał się dla niego o fałszywą kenkartę, na którą wraz z bratem, jego żoną i teściem na krótko przed powstaniem wyjechał do Bawarii. Powrócił po jego upadku, mając w planach założenie firmy budowlanej razem z Hryckiewiczem.

Braciom Kassnerom odmówiono w PRL wojennych zasług. Alfred był represjonowany przez stalinowską polityczną policję. Jan uniknął jego losu, przenosząc się do amerykańskiej strefy okupacyjnej, ale po śmierci w 1973 roku został zdemonizowany przez dyrektora Radia Wolna Europa Jana Nowaka-Jeziorańskiego jako „esesman”, „volksdeutsch”, „agent tajnych służb PRL” i „hitlerowski zbrodniarz wojenny”.

Każda z tych etykietek jest fałszywa. Nowak nie mógł wiedzieć o jego działalności szpiegowskiej w Rzeszy, ale wiedział o zasługach dla wywiadu Armii Krajowej. Zniesławiające etykietki przyklejał nieboszczykowi, by samemu wybronić się od zarzutu pracy dla okupacyjnego urzędu skonfiskowanych Żydom nieruchomości, co Jan Kassner stwierdził w oświadczeniu notarialnym z 1970 roku.

Dlaczego braci potraktowano w PRL jak wrogów państwa? Dlaczego tak łatwo dano wiarę donosom ludziom im nieżyczliwych? Dlaczego śledztwo przeciwko Albertowi prowadzono tak, by wykazać z góry przyjętą tezę, że był agentem niemieckich władz okupacyjnych?

Przypadek urodzonych w Żyrardowie reichsdeutschów – ochotników w wojnie polsko-bolszewickiej, ludzi przedsiębiorczych, którzy podpisali volkslistę dla zyskania możliwości wywiadowczych, wspierali działalność antyhitlerowskiego ruchu oporu i wyciągali Żydów z getta – nie pasował do ówczesnych stereotypów.

I nawet dziś może się wydać nieprawdopodobny. Potraktowano ich tak a nie inaczej, bo wpisywali się w zapotrzebowanie na antypaństwowego renegata tamtych czasów.

Alfred Kassner nasuwa porównania z Oskarem Schindlerem, Niemcem zatrudniającym Żydów w fabryce naczyń emaliowanych Rekord w Krakowie. Łączy ich to, że dzięki nim wielu Żydów uniknęło śmierci, ale dzieli sposób, w jaki zostali potraktowani po wojnie.

W 1963 r. Schindlera nagrodzono tytułem Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata. Napisano o nim książkę Arka Schindlera, a na jej podstawie Steven Spielberg nakręcił nagrodzony siedmioma Oskarami film Lista Schindlera. Nie wypomina mu się pracy w Abwehrze, której celem było przygotowanie aneksji Sudetów. Był aresztowany przez Czechów, ale wyszedł z więzienia na mocy monachijskiego układu o rozbiorze Czechosłowacji. Następnie wstąpił do NSDAP.

W biografii Schindlera uwypukla się, że w swoich zakładach zatrudniał Żydów, choć w początkowym przynajmniej okresie robił tak głównie dlatego, że byli praktycznie darmową siłą roboczą, a dopiero w dalszej kolejności wspomina się o tym, że jego zakłady pracowały na potrzeby niemieckiej machiny wojennej i z tego powodu cieszyły się specjalnymi względami. Nic nie wskazuje, by Schindler, przeciwnie niż bracia Kassnerowie, starał się tę machinę podkopać.

O Schindlerze można powiedzieć, że jest kimś w rodzaju holocaustowego celebryty. Alfred Kassner jest nieznany i od czasów Bieruta obłożony klątwą. Jego wojennych i powojennych losów nikt nie spisał. Jego biografia nie zainteresowała nawet historyków po 1989 roku.

Możliwym wytłumaczeniem jest to, że jego akta zawierają sporo informacji o bracie Janie i nie znajdzie się ich nigdzie indziej. I są to informacje ważne, bo podważają to, co o nim napisał jeden ze świętych patronów III RP Jan Nowak, kurier z Waszyngtonu, zrzucony do Warszawy dla dopilnowania, by ustrojowa transformacja dokonała się w myśl amerykańskich instrukcji.

Apologeci Jana Nowaka, wśród nich autorytety III RP, odmalowali Jana Kassnera jako złego demona. Alfreda nie dostrzegli, być może – chcąc zaoszczędzić sobie niewdzięcznego trudu ponownego analizowania spraw okupacyjnych od dawna ustawionych i poszufladkowanych.

Więcej informacji o Alfredzie Kassnerze w: Andrzej Świdlicki, Wisielec z ulicy motyli, Wydawnictwo Borgis, Warszawa 2020, s. 179–193, 195–209.

Artykuł Andrzeja Świdlickiego pt. „Nierozpoznany polski Schindler” znajduje się na s. 12 lutowego „Kuriera WNET” nr 80/2021.

 


  • Lutowy numer „Kuriera WNET” (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) można nabyć kioskach sieci RUCH, Garmond Press i Kolporter oraz w Empikach w cenie 9 zł.
  • Wydanie elektroniczne jest dostępne w cenie 7,9 zł pod adresami: egazety.pl, nexto.pl lub e-kiosk.pl.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
Artykuł Andrzeja Świdlickiego pt. „Nierozpoznany polski Schindler” na s. 12 lutowego „Kuriera WNET” nr 80/2021

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Facebook odblokowuje konto IPN-u po interwencji polskiego rządu

6 lutego Facebook zablokował anglojęzyczne konto Instytutu Pamięci Narodowej, po ukazaniu się tam postu dot. germanizacji polskich dzieci. W sprawę zaangażował się polski rząd.

W sobotę 6 lutego anglojęzyczne konto Instytutu Pamięci Narodowej zostało zablokowane przez administrację portalu Facebook. Powodem takiej decyzji miał być post IPN-u sprzed siedmiu miesięcy, dot. germanizacji polskich dzieci przez nazistów w czasie II Wojny Światowej. Sprawą szybko zainteresował się polski rząd, w tym m.in. Zbigniew Ziobro, który tak skomentował decyzję Facebooka:

My nie możemy zgodzić się na tego typu funkcjonowanie wielkich mediów na terenie Polski. W świetle tych wydarzeń, zwłaszcza że ta sytuacja nadal trwa, chciałbym zaapelować o przyspieszenie pracy nad ustawą o ochronie wolności mediów, ochronie wolności słowa w obrębie Internetu – apelował minister sprawiedliwości.

Po rządowej responsie Facebook przeprosił za błąd i odblokował konto IPN-u. Oświadczenie w tej sprawie trafiło do biura prasowego Facebook Polska. Z dokumentu wynika, że blokada anglojęzycznego konta IPN-u nastąpiła w wyniku pomyłki, dokładnie „błędu zautomatyzowanych narzędzi”. O reakcji portalu społecznościowego na oficjalne stanowisko rządu poinformował IPN:

 Po interwencji władz państwowych, wielu instytucji publicznych, mediów oraz masowej akcji społecznej Facebook, po czterech dniach odblokował anglojęzyczny profil IPN z postem dotyczącym niemieckich zbrodni na polskich dzieciach.

Jak zaznacza zespół prasowy Facebooka – powodem błędu było nieprawidłowe przyporządkowanie treści z konta IPN-u do zbioru treści, naruszających regulamin portalu. Chodzi m.in o post dot. Heinricha Himmlera, który algorytm Facebooka skojarzył z treściami naruszającymi politykę dotyczącą Niebezpiecznych osób i organizacji.

NN

Źródło: Wirtualna Polska