Chodzi o to, by uczyć nie tego, co teraz umieją profesorowie, ale tego, co wkrótce będzie potrzebne w pracy absolwentom

Łatwo zsumować koszty jazdy po alkoholu czy po narkotykach. Ale nikt nie wie, ile nas kosztuje zastój w programach nauczania i wychowania do pracy i współżycia z inteligencją prawdziwą i sztuczną.

Andrzej Jarczewski

(…) W roku 1990 pojawiła się prawie nieznana w PRL instytucja buforowa dla pracodawców i pracowników tracących zatrudnienie, nazwana „rynkiem pracy”. Natychmiast jednak ujawniła się druga funkcja tej instytucji: przechowywanie świeżych absolwentów. A to są różne, z punktu widzenia społecznych skutków, funkcje. Pierwsza – konieczna, druga – szkodliwa. Pierwsza funkcja służy wyłącznie tym, którzy już pracowali, druga obejmuje tylko absolwentów pewnego etapu kształcenia, stanowiąc bufor między szkołą a pracą zarobkową. Aspekty poboczne na razie pomijam.

Rynek pracy w pierwszej funkcji musi być pielęgnowany. W drugiej – zlikwidowany, a przynajmniej zminimalizowany!

Pracodawcy powinni zaspokajać swoje potrzeby kadrowe już w szkołach i na uczelniach. Tymczasem szkolnictwo wypycha wychowanków na rynek pracy, a dopiero tam przebierają w nich pracodawcy. Ten marnotrawny stan rzeczy potępiam. Pokazuję, jak się z tym uporano za granicą i co teraz należy zrobić w Polsce.

Bufory dla absolwentów

Dlaczego jednak na rynek pracy w ogóle trafiają absolwenci szkół i uczelni? Przecież mieliśmy kilka lat na znalezienie miejsca dla każdego z nich. Odpowiedzi bywają różne, ale dwie są najczęstsze. Pierwsza: w latach wysokiego bezrobocia po prostu trudno było o zatrudnienie, więc rynek pracy stanowił swego rodzaju przechowalnię dla młodzieży (ten argument, niegdyś prawdziwy, dziś jest już fałszywy).

Druga odpowiedź jest ważniejsza. Otóż – zarówno w PRL, jak i w III RP – szkolnictwo nie wiedziało, jak przygotowywać swoich wychowanków do pracy zarobkowej. Oświatę regularnie reformowano, co kończyło się zawsze wielkim sukcesem w postaci zreformowanego systemu edukacji.

Szkoły były coraz lepsze (mamy aż dwa uniwersytety w piątej setce na świecie), ale czy ktoś z ręką na sercu może powiedzieć, że późniejsi absolwenci są jakoś lepsi od wcześniejszych? Owszem, lepiej wypełniają testy i sprawniej posługują się smartfonami. Ale czy więcej wiedzą? Czy poprawniej rozumują?

Czy potrafią smartfon skonstruować? Czy są lepiej przygotowani do jakiegokolwiek fachu? Odpowiedzi oszczędzę, bo takie efekty nigdy nie były realizowanym celem edukacyjnych reform, choć – oczywiście – wybitni nauczyciele w swoich dziedzinach zawsze uzyskiwali wybitne rezultaty.

Dodajmy, że w pierwszej dekadzie III RP zaczęły się mnożyć przechowalnie wyższego sortu w postaci prywatnych uczelni, umożliwiających młodzieży przeczekanie złej koniunktury w gospodarce. Generowało to pasożytniczą koniunkturę w szkolnictwie wyższym, która – odrywając uczonych od pracy naukowej – dawała im łatwe pieniądze za dydaktyczną chałturę. Punktowe sukcesy nauki polskiej nie zastąpią patentów, innowacyjności gospodarki, odkryć i nagród Nobla. Dziś powiatowe parauniwersytety zamykają swoje filie i powoli znikają z edukacyjnej mapy, bo demograficzny niż wytracił polskich kandydatów na parastudentów. Są jeszcze zagraniczni i dzięki nim chwilowo liczba studentów nie spada.

Na poziomie średnim zastosowano jeszcze gorszy bufor. Masowej likwidacji szkół zawodowych towarzyszyło przepychanie młodzieży do tańszych gimnazjów i liceów o różnych nazwach. „Skoro nie wiemy, do jakiego fachu kształcić w technikach i zawodówkach – uczmy dzieci byle czego”.

Nie pomyślano, że pracownik z „byle czym” w głowie może być tylko „byle jaki”, co skutkuje m.in. słabą produktywnością, lichą jakością pracy i niskim poziomem aktywności zawodowej. Kto nic nie umie, łatwo znajdzie usprawiedliwienie dla własnej bezczynności, a gospodarka oparta na takiej wiedzy nie może konkurować ze światową czołówką. Przy okazji odnotujmy „równościowe” działania dostosowawcze szkolnictwa średniego. By sprostać masowemu pędowi do byle jakiego, ale wyższego wykształcenia… obniżono standardy.

Obserwowaliśmy za to społecznie kosztowny rozrost szkół kursowych, które umożliwiały zdobywanie dyplomów czy certyfikatów za pieniądze klienta lub z urzędu pracy. Wszak pracodawca nie przyjmie kandydata, który nie ma uprawnień zawodowych, pozwalających podjąć się danego zajęcia. W razie wypadku właśnie te dokumenty bada się w pierwszej kolejności. Szkoła ich na ogół nie daje, a tylko największych pracodawców stać na solidne szkolenie nowo przyjętych. (…)

Kiedyś wierzyliśmy, że władze państwowe, gdy się dowiedzą o stanie rzeczy, natychmiast – wzorem niektórych samorządów – podejmą stosowne decyzje.

Okazało się jednak, że wszystkie kolejne władze, monitowane w tej sprawie co rok, nie zrobiły nic, a właściwie – zrobiły coś gorszego: reformowały system urzędów pracy i system oświaty jako odrębne, nic o sobie niewiedzące światy. (…)

Koszty niewykształcenia

Volkswagen nauczył nas metody, która dziś ma znaczenie tylko historyczne, ale – jako ilustracja – pozwala doskonale wyjaśnić, o co chodzi. A chodzi o to, żeby w szkołach i na uniwersytetach uczyć nie tego, co potrafią teraz profesorowie, ale tego, co wkrótce będzie potrzebne w pracy absolwentom (stwierdzenie porażające w Niemczech banałem, a w Polsce… niespełnieniem)! To nie przypadek, że kraje, które prawidłowo rozwiązały ten problem, lokują się w światowej czołówce rankingu PKB. Z kolei np. Hiszpania, która bezrefleksyjnie wrzuca absolwentów na rynek pracy, na tej liście powoli się obsuwa.

W narzędziowni FSM (z powodów, które za chwilę się wyjaśnią) pracowało aż 1200 fachowców, ściąganych z całej Polski niezwykle atrakcyjnymi warunkami płacowymi i mieszkaniowymi. Kształcono też nowych pracowników. Okazało się jednak, że praca starannie kompletowanych zespołów przynosiła rezultaty wysoce niezadowalające.

Teraz fakt rewelacyjny i do dziś rewolucyjny. Naprawę tej sytuacji rozpoczęto od analizy tzw. braków, czyli nieudanych produktów narzędziowni. Dwóch znakomitych inżynierów oddelegowano na trzy miesiące do przebadania tych braków. Ich ustalenia wstrząsnęły dyrekcją zakładu. Dowiedli bowiem, że 68% braków w produkcji wynika z braków w kształceniu! Pozostałe winy obarczały organizację, felery materiałowe i inne.

Wykonano szczegółowe badania stanowiskowe i wykazano, że programy nauczania nie obejmowały od 20% do nawet 50% treści pracy, czyli zbioru działań roboczych. Te przełomowe wyniki natychmiast posłużyły do radykalnej zmiany programów kształcenia w szkołach zawodowych FSM. Jednocześnie poprawiano organizację pracy, warunki BHP i eliminowano złe materiały już przed wejściem na produkcję.

Nieuprawiana w Polsce nowoczesna ekonomika oświaty analizuje nie tylko koszty kształcenia zawodowego i efekty pracy. Bada również koszty niedokształcenia. To są nie tylko owe braki, ale również wiele składników nieefektywności, w tym zwłaszcza zła organizacja pracy. Wszak kształcenie zawodowe obejmuje nie tylko ślusarzy, ale i przyszłych dyrektorów i logistyków.

Ogromne koszty ludzkie i finansowe ponosimy z powodu wypadków przy pracy. Czy ktoś policzył, jaki procent kosztów wynika ze złego kształcenia? Nie ze złego wykształcenia, bo tą winą lubimy obarczać i karać sprawców. Chodzi o koszty braków w treści kształcenia we wszystkich szkołach (od dziecka!). Łatwo zsumować koszty jazdy po alkoholu czy po narkotykach. Ale nikt nie wie, ile nas kosztuje zastój w programach nauczania i wychowania do pracy i współżycia z inteligencją prawdziwą i sztuczną.

Jeszcze zapowiadane wyjaśnienie przerostów zatrudnienia w bielskiej narzędziowni. Otóż żadnych przerostów nie było. Wytwarzano tam narzędzia do produkcji nie tylko pojazdów małolitrażowych, ale też… długolufowych. Na całe RWPG! Słyszymy, że jeszcze dziś te pojazdy są wdzięcznym celem dla Bayraktarów.

Synchronizacja

Media epatują nas odkrywczymi spostrzeżeniami, że stale powstają nowe zawody, że zanikają stare i że w ogóle można się w tym pogubić. Owszem, kto nie szuka drogi i kręci się w kółko, zagubić się może. Ale akurat w sprawie nowych zawodów jest zupełnie inaczej niż alarmują telewizyjni dyletanci z eksperckimi tytułami.

Śledzimy te zmiany od półwiecza, a od lat dziewięćdziesiątych bardzo dokładnie. Okazuje się, że zmiany jakichkolwiek rzeczywistych (nie nazewniczych) parametrów rynku pracy są zadziwiająco powolne. 3-procentowa zmiana w ciągu roku jest rzadko spotykanym skokiem. W dłuższym okresie przeważają korekty mniejsze niż 2% średniorocznie, ale to się kumuluje i po 50 latach potrafi zadziwić tych seniorów, którzy porównują obecną sytuację ze stanem znanym sobie z młodości.

Tylko wyjątkowo, np. z powodu wojny, zmiany ustroju, epokowego wynalazku (internet) czy pandemii jakiś parametr nagle rośnie lub spada o kilkanaście procent, by zresztą szybko się uregulować, gdy warunki powrócą do normy. Oczywiście – nic po skoku nie wraca na poprzedni poziom. Masowe przetestowanie pracy zdalnej pokazało, że udział tej formy zatrudnienia może być wyraźnie wyższy niż kiedyś, choć nie aż taki, jak w czasach zarazy. Podobnie jest z zainteresowaniem informatyką, uważaną za dziedzinę rozwijającą się najszybciej. Cóż, inżynierem informatykiem zostałem pół wieku temu. Gdyby przez ten czas przybywało po 3% informatyków rocznie, to (procent składany) dziś byłby to najliczniejszy zawód w Polsce, a tak nie jest i raczej nie będzie.

Niewiele (w relacji do światowej czołówki) wydajemy na wdrożenia i rozwój, bo nawet nie wiemy, co należy wdrażać. Trwonimy za to co roku ogromne kwoty na bezproduktywne badania – zabadanego na śmierć – rynku pracy.

Informacje o kierunkach rozwoju regionalnego i lokalnego agregowane są w silosach branżowych, do których dyrektorzy szkół, kuratorzy, a nawet rektorzy czołowych uczelni nie mają dostępu i nie próbują go zdobyć. Nie potrafią zsynchronizować nadawania kwalifikacji z zapotrzebowaniem na kwalifikacje.

Ale gdyby nawet chcieli, to i tak natrafią na inne trudności, które np. Japończycy pokonali już w latach sześćdziesiątych XX w. Tam i wtedy przebadano instytuty naukowe, biura projektowe, zakłady doświadczalne i – ciekawostka – prototypownie. Starano się odnaleźć, nazwać i opisać te czynności robocze, które wymagają nowego kształcenia w epoce przechodzenia z żelaza na krzem.

W Japonii, w Niemczech, w Korei Południowej, a później m.in. w Chinach synchronizację gospodarki i edukacji rozpoczęto od przygotowania nauczycieli zawodów przyszłości. Ktoś musiał najpierw dowiedzieć się, jakie to będą zawody (prognoza struktury zawodowo-kwalifikacyjnej), a ktoś inny musiał uczyć przyszłych nauczycieli przyszłych zawodów. Efekty kazały na siebie czekać długo. Co najmniej siedem lat. Ale nadchodziły falami i dały tym krajom, również nieposiadającym surowców, nadzwyczajne sukcesy.

Dla kogo kształcimy

(…) Polsce nadal brakuje narzędzia do bieżącej obserwacji, prognozowania i wspierania zmian kierunków kształcenia w rytm zmieniającej się gospodarki.

Dominuje pogląd, że – w edukacji – można finansować działalność dowolną, zgodną z przekonaniami osób odpowiedzialnych za sprawy inne niż gospodarka. Nie piszemy jednak, że edukacja powinna pełnić funkcję służebną względem potrzeb narodu, bo… rozdzióbią nas kruki, wrony.

Nabyte w szkołach kwalifikacje zwykle nie pozwalają od razu podjąć pracy w okolicy. A skoro i tak trzeba uczyć się nadal, to owa „okolica” może – w oczach młodzieży – rozszerzyć się do granic Unii Europejskiej i dalej. Jednym ze skutków tego stanu rzeczy jest drenaż polskich zasobów pracy, realizowany przez kraje bogatsze pod osłoną zwodniczo nazywanych systemów, jak np. Europass, Eures, a poniekąd i Europejskie Ramy Kwalifikacji. Również inne zinstytucjonalizowane koncepcje (European Labour Authority z rocznym budżetem 50 milionów €) pomagają państwom rozwiniętym w wyciąganiu najbardziej aktywnych, młodych pracowników z parakolonialnie eksploatowanych regionów świata.

Cele tych systemów, programów, biur itd. brzmią szlachetnie, a niektóre skutki bywają też (indywidualnie) pozytywne. Teraz jednak zajmujemy się skutkami społecznymi, uważanymi w Europie za uboczne, a w Polsce za coraz bardziej szkodliwe: obciążanie kosztami edukacji krajów biednych i czerpanie pożytków z pracy absolwentów w krajach bogatych. Ma to drugorzędne znaczenie, gdy chodzi o pracę na zmywaku, i absolutnie pierwszoplanowe, gdy Polska traci lekarzy, inżynierów czy naukowców. Należy stale mieć na uwadze, że te Euresy, Europassy i różne inne eurokoncepty instytucjonalne nie powstały w celu rozwiązywania problemów polskich. Przeciwnie. Każdy kraj dba o własne interesy. A jak nie dba – niech się nie dziwi.

Cały artykuł Andrzeja Jarczewskiego pt. „Patologiczny bufor, czyli rynek pracy” znajduje się na s. 7 wrześniowego „Kuriera WNET” nr 99/2022.


 

  • Wrześniowy numer „Kuriera WNET” można nabyć kioskach sieci RUCH, Garmond Press i Kolporter oraz w Empikach w cenie 9 zł.
  • Wydanie elektroniczne jest dostępne w cenie 7,9 zł pod adresami: egazety.pl, nexto.pl lub e-kiosk.pl. Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
Artykuł Andrzeja Jarczewskiego pt. „Patologiczny bufor, czyli rynek pracy” na s. 7 wrześniowego „Kuriera WNET” nr 99/2022

Krzysztof Wojczal: Putin będzie prowadzić wojnę do końca. Swojego albo Ukrainy

Featured Video Play Icon

Krzysztof Wojczal / Fot, YouTube, Radio Wnet

Zdaniem gościa Poranka Wnet przy przeprowadzeniu skutecznej mobilizacji Rosja będzie próbowała ponownie zająć Kijów. Rośnie również ryzyko użycia broni jądrowej.

Zachęcamy do wysłuchania całej audycji!

Gościem Poranka Wnet jest Krzysztof Wojczal ekspert ds. polityki bezpieczeństwa i geopolityki, autor książki “Trzecia Dekada”,  który komentuje na antenie decyzję władz Rosji o przeprowadzeniu mobilizacji:

Na pewno część ludzi z mobilizacji bezpośrednio trafi na front, ale ta mobilizacja ma służyć temu, aby wojska zawodowe dotychczas rozmieszczone na granicach Federacji Rosyjskiej, mogły zostać przerzucone na Ukrainę. (…) Także ten komponent wojsk zawodowych, które posiadają troszeczkę lepszy sprzęt (niż oddziały mobilizowane), wzmocni działania na froncie ukraińskim.

Zdaniem Krzysztofa Wojczala mobilizacja może realnie wzmocnić wojska Federacji Rosyjskiej już walczące na Ukrainie:

Rosjanie już ponieśli duże straty w jednostkach liniowych, gdzie często walczyły jednostki kombinowane z kilku innych, które były wysyłane do szturmu, gdzie ponosiły kolejne ofiary. Także ci żołnierze doświadczeni czy też weterani są coraz mniej liczni, a wydaje się, że dowództwo rosyjskie nie będzie na tyle lekkomyślne, by wysyłać na front całe niedoświadczone i nieostrzelane jednostki do walki z doświadczonym przeciwnikiem. Wydaje się, że Rosjanie będą starali się mieszać kadry doświadczone z osobami zmobilizowanymi oraz przerzucać te jednostki zawodowe, które do tej pory nie walczyły na Ukrainie.

Władimir Putin ogłosił mobilizacja, aby w pierwszej kolejności utrzymać front, ale w drugiej kolejności to władze na kremlu po prostu nie przegrywają, oni walczą aż do zwycięstwa, albo do upadku władzy. To pokazał przykład Afganistanu czy podczas pierwszej wojny światowej. Cały czas cel pozostaje niezmienny, czyli przejęcie całej Ukrainy. Powtórny atak na Kijów – chociaż jak zastrzega gość Poranka Wnet, wiele zależy od tego, jak będzie przebiegać mobilizacja i ilu ludzi uda się skutecznie powołać pod broń.

Autor książki “Trzecia Dekada” podkreśla, że przy ewentualnym powtórnym ataku na Kijów kluczowa będzie pomoc, także militarna ze strony reżimu Łukaszenki:

Póki Białoruś stoi w miejscu, póty wydaje się, że Rosjanie skupią się na działaniach defensywnych. Bo w tej chwili faktycznie mają duże kłopoty na froncie i muszą je jakoś rozwiązać. Wydaje się, że rosyjskie plany strategiczne się nie zmieniły. Po tym, jak Rosjanom uda się utrzymać front to będą myśleć o przeprowadzeniu ofensywy i wygrania wojny (…) Od końca grudnia sankcje staną się jeszcze bardziej restrykcyjne, więc Rosji kończy się czas.

Krzysztof Wojczal odnosi  się również do znaczenia przeprowadzanych przez stronę rosyjską referendów na zajętych terenach:

Politycznie to wiele nie zmienia, to jest robione na potrzeby wewnętrzne i być może to jest sygnalizacja na zewnątrz, szczególnie do Ukrainy. To są działania odstraszające, mówiące, że od tej pory uważamy te terytoria za własne i nie wiecie, czego możecie się spodziewać, jeśli je zaatakujecie. Może w ten sposób Rosjanie starają się ratować bardzo złą sytuację na polu bitwy. Bo zanim te zmobilizowane jednostki znajdą się na froncie to miną na pewno tygodnie jak nie miesiące. Rosjanie muszą starać się w inny sposób oddziaływać na Ukraińców i starać się ich powstrzymać, robią to właśnie na płaszczyźnie politycznej. Temu też służą sugestie, że być może Rosja użyje taktycznej broni jądrowej.

Użycie taktycznej broni jądrowej to byłby wielki błąd ze strony Putina, ale powiem szczerze, że przy tak złej sytuacji na polu bitwy, to ryzyko użycia taktycznej broni jądrowej nieco wzrosło, chociaż dalej jest bardzo nieduże – mówi w Poranku Wnet Krzysztof Wojczal, który jednocześnie wykluczył możliwość uderzenia jądrowego na terytorium NATO.

Gość Poranka Wnet ocenia ponadto znaczenie przeprowadzenia mobilizacji dla międzynarodowej pozycji Rosji:

Nawet częściowa mobilizacja pokazał, że regularne wojska Federacji Rosyjskiej nie są w stanie sobie poradzić z dużo mniejszy i teoretycznie słabszym przeciwnikiem. I z pewnością w oczach Chińskiej republiki ludowej rosyjska armia nie posiada najwyższych notowań, co jest pokazaniem słabości. To jest jedna z przyczyn, dlaczego Władimir Putin tak długo się wstrzymywał z ogłoszeniem mobilizacji.

Użycie broni jądrowej na Ukrainie pokazałoby, że Rosja i jej armia są niezwykle słabe, że nie potrafią poradzić sobie w konwencjonalny sposób z dużo słabszym przeciwnikiem. To byłby olbrzymi cios wizerunkowy w postrzeganie siły rosyjskiej. Rosjanie zawsze używali argumentu siły jako nadrzędnego w polityce zagranicznej. Używając broni jądrowej, Rosjanie sami sobie wytrąciliby z rąk swój najważniejszy argument – konkluduje na antenie Radia Wnet Krzysztof Wojczal.

Wysłuchaj całej rozmowy już teraz!

Czytaj też:

Putin ogłasza częściową mobilizację. Prezydent Rosji: Zachód stosuje szantaż nuklearny | Komentuje Anna Łabuszewska

Waginę należało wwieźć na traktorze, a nie wnosić w parareligijnej procesji. Podkreślono by związek z tradycją rewolucji

Podziwiam bezkompromisowość i odwagę pani dyrektor, która w trudnym dla przyjaźni polsko-radzieckiej, czy może polsko-rosyjskiej czasie postanowiła strzelistą sylwetkę pałacu wzbogacić złotą waginą.

Złota, a skromna

Opowiadam tobie szeptem
O tym co dzisiaj zdarzyło się na mieście
Krzysztof Grabaż Grabowski, „Sen o końcu świata”

Wbrew opiniom ignorantów, retoryka, estetyka i, ogólnie rzecz ujmując, finezja absolutnie pasują do miejsca. Nowa dyrektor Monika Strzępka, ogłaszając „transformację Teatru Dramatycznego w feministyczną instytucję kultury”, realizuje swoisty happening, polegający na zwieńczeniu dzieła zapoczątkowanego przez siły postępu 70 lat temu.

To 2 maja 1952 roku na gruzach starego świata zaczęto tu wznosić dzieło architektoniczne, które transformowało kamienice – częściowo zniszczone na skutek wojny, a częściowo zamieszkałe przez ocalałych – w wielki pomnik ponadczasowej przyjaźni.

Ta sama optymistyczna nuta, słyszalna w wystąpieniu dyrektor mówiącej o rzeźbie: „to symbol wartości, które wyznajemy i którymi będziemy się kierować”, pobrzmiewała onegdaj w głosie radiowego spikera, który w przeddzień rozpoczęcia prac budowlanych mówił o gmachu, w którym dziś mieści się teatr, takimi słowami: „Wspaniała, strzelista sylwetka pałacu będzie wymownym symbolem ideowej treści naszej socjalistycznej stolicy. Nad miastami imperialistycznego Zachodu górują gmachy giełd i banków – symbole wyzysku i niewoli mas pracujących. Nad Warszawą będzie dominować symbol najwyższych wartości ludzkich, symbol wiecznego braterstwa z narodami Związku Radzieckiego”.

Przyznam, że podziwiam bezkompromisowość i odwagę nowej pani dyrektor, która w tym trudnym dla przyjaźni polsko-radzieckiej, czy może polsko-rosyjskiej czasie postanowiła ową wspaniałą strzelistą sylwetkę wzbogacić złotą waginą. W arcyinteligentny sposób, jasny dla tych, którzy potrafią czytać architekturę i architekturę wnętrz, podkreśla ideowe miejsce pochodzenia współczesnego rewolucyjnego feminizmu.

Stalin i jego architekci zbudowali pałac prawdziwej kultury i nauki, by kształcić nowe świadome pokolenia. Być może małą Monikę, która jako dziecko zwiedzała Warszawę (tego nie wiem), zafascynowały stalinowskie rzeźby silnych kobiet, którymi ozdobiony jest pomnik przyjaźni? Być może wtedy, jako mała dziewczynka, zapragnęła wziąć udział w rewolucji umysłów?

Słysząc liczne głosy oburzenia uroczystością wprowadzenia złotej waginy do foyer Teatru Dramatycznego, zupełnie nie rozumiem ich motywacji. Bo jeżeli już na coś się oburzać, to raczej na parareligijny charakter tej celebracji. Niepotrzebny kontekst religijny, z którego warto byłoby się po prostu otrząsnąć, krusząc ołtarze przeszłości. Czy heroiczna spawaczka Anna Lubaszyna, która pewną ręką łączyła przywiezione z Donbasu elementy konstrukcyjne, chciałaby kroczyć w jakiejś procesji? Na pewno nie. By podkreślić związek z tradycją rewolucji, można, a nawet trzeba było wwieźć waginę na traktorze. Feministyczna symbolika kobiety dosiadającej żelaznego konia jest ponadczasowa, a pulsujące na skutek wibracji silnika ciało nie pozostawia nikogo obojętnym.

Druga sprawa budząca niepokój to kompleks uległości zademonstrowany – oby niechcący – przez panią dyrektor i podległe jej artystki.

Maleńki srom w zestawieniu z gigantycznym fallusem, jakim jest pałac, wbrew intencjom twórczyń sugeruje mniejszą rolę kobiet w dziele kultury i nauki.

Co gorsza, delikatny materiał, z którego wykonana jest rzeźba, w zestawieniu z ponadczasowym żelbetonem dodatkowo umniejsza tę rolę. Stal i beton sprawiają, że mimo podeszłego wieku pałac stoi jak stał i budzi respekt u obserwatorów. Trudno dziś jednoznacznie powiedzieć, co zostanie z błyszczącego płótna Wilgotnej Pani i jakie emocje wzbudzi 70-letnia wagina?

Jan Zieliński

Gdzie są nauczyciele hunwejbinów z Platformy Obywatelskiej palących książki? Felieton Zbigniewa Kopczyńskiego

Palenie książek w Niemczech w 1933 roku | Fot. domena publiczna, Wikipedia

To jest samo zło – mówi młody platformerski hunwejbin. Na młodziutkiej twarzy widać ogrom wiedzy historycznej i lata doświadczenia pedagogicznego. Na pewno gruntownie przeanalizował treść podręcznika.

Liberalne barbarzyństwo

W felietonie zamieszczonym we wrześniowym „Kurierze WNET” (99/2022) [related id=186690] wyraziłem obawy, czy raczej przewidywania, że przeciwnicy podręcznika profesora Roszkowskiego mogą posunąć się do palenia książek. Szczerze mówiąc, myślałem, że przesadziłem. Z błędu wyprowadzili mnie młodzi politycy Platformy Obywatelskiej ze Szczecina, dumnie kontynuujący tradycje brunatnych krzewicieli postępu.

Oczywiście postępowcy z Platformy nie są tak nieodpowiedzialni jak chłopcy z Hitlerjugend. Nie palą bezmyślnie książek, szkodząc klimatowi emisją CO₂; użyli do tego celu bezemisyjnej niszczarki.

Zawsze jakiś postęp. Młodzi gniewni platformersi nie pomyśleli – co nie dziwi – ile ich niszczarka zużyła energii elektrycznej, a to poważny problem. Niewykluczone więc, że ich następcy, bardziej oczywiście świadomi, podrą własnoręcznie książki, a później je zjedzą w celu utylizacji.

„Uważamy, że to jest samo zło” – mówi młody platformerski hunwejbin (Wikipedia wyjaśnia to trudne słowo). Na młodziutkiej twarzy widać ogrom wiedzy historycznej i lata doświadczenia pedagogicznego, więc pewnie wie, co mówi. Z pewnością werdykt wydał po gruntownym przeanalizowaniu treści podręcznika. OK, żartowałem.

Kto czytałby książkę, skoro sam Donald Tusk ją skrytykował? A to dla młodych kontynuatorów nazistowskich tradycji jest wystarczające. „Donald locuta, causa finita”. (W Google translator jest łacina, ale żeby zrozumieć sens tłumaczenia, trzeba więcej przeczytać.) I tyle mamy z demokracji i pluralizmu.

Tylko patrzeć, jak zamienią brunatne koszule na czerwone krawaty i zabiorą się do oceniania i wyrzucania z uczelni profesorów, może i z cenionym w świecie dorobkiem, ale niepostępowych. Preludium tego mieliśmy niedawno w Katowicach.

No dobrze, nie będę już pastwił się nad współczesnymi komsomolcami. „Wybacz im, bo nie wiedzą, co czynią”. (Ciekawe, czy któryś z nich wie, skąd ten cytat?). W końcu są to, jak widać, młodzi wykształceni z dużego ośrodka, czyli – mówiąc po polsku – młodzi i głupi. Nie będę też pisał o ich dorosłych opiekunach partyjnych, bo nie warto. Nie zauważyłem nikogo z nich wyrażającego, no, nie potępienie – tak naiwny to nie jestem – ale choćby zawstydzenie czy zażenowanie. Raczej widziałem satysfakcję, że młodzi tak dowalili pisiorom. Zostawmy więc ich w ich bagienku.

Ale gdzie są nauczyciele tych neonazistów? Gdzie jest nauczyciel historii, który nie nauczył ich, kto palił książki i jak to się skończyło?

Gdzie jest nauczyciel wiedzy o społeczeństwie, który nie powiedział im, że w demokracji spory rozwiązuje się w wyniku dyskusji, a nie palenia książek? Gdzie wreszcie jest nauczyciel matematyki, który nie nauczył ich logiki i logicznego myślenia, by wiedzieli, że nie da się pogodzić walki o wolność słowa z niszczeniem książek?

Rozpoczął się nowy rok szkolny. Przed nim mieliśmy zapowiedzi protestów i żądań lepszej płacy za pracę nauczycieli. Za jaką pracę? Tę, której efekty niszczą książki? Tak, wiem, są nauczyciele pracujący z oddaniem i starający się wychowywać uczniów na porządnych ludzi, świadomych i odpowiedzialnych obywateli. Mam niestety wrażenie, że takich nauczycieli jest coraz mniej.

Nie dopracowaliśmy się systemu promującego nauczycieli z powołania, zaangażowanych i z efektami ich pracy, a umożliwiającego pozbywanie się nauczycieli słabych, dla procesu edukacji zbędnych, a nawet wręcz szkodliwych.

Nie może być tak, że nauczyciel organizujący debaty oksfordzkie, uczący młodzież walki na argumenty i racjonalnej ich analizy, jest traktowany i wynagradzany jak dopuszczający do niszczenia książek, a może i do tego niszczenia podpuszczający.

Rządy Prawa i Sprawiedliwości, choć wprowadziły kilka pozytywnych zmian w szkolnictwie, tego problemu nie rozwiązały i nie wygląda na to, by rozwiązać go miały w przewidywalnej przyszłości. Ale to temat do osobnej, długiej i koniecznej dyskusji.

Młodzi naziści z Platformy niszczyli książkę z głupoty. Głupota to nie grzech, po prostu Bozia rozumu nie dała. Ale system oświaty wychowujący następne pokolenia takich bezmózgowców to prawdziwy dramat i fatalna prognoza dla Rzeczypospolitej.

Zbigniew Kopczyński

Polski rząd musi jak najszybciej stworzyć od podstaw politykę migracyjną / Adam Gniewecki, „Kurier WNET” nr 99/2022

Fot. Paweł Bobołowicz

Jeśli nie przeważą twarde, znane, zrozumiałe prawa polityki i interesu narodowego, Polska na swej gościnności nie wygra, a narazi się na problemy z rosnącą i umacniającą się mniejszością narodową.

Adam Gniewecki

Nic nie będzie już tak samo…

to często powtarzany truizm. Nie, nie będzie tak samo jak przed Tą Wojną, która kiedyś i jakoś przecież się skończy. Jasne, że nie będzie. Przecież i tak „panta rhei”. Jeśli wojna wiele zmieni, to dobrze, bo wiele jest do naprawy, wymiany i zreformowania. Polska też już nie będzie taka sama. Za głęboko w to weszliśmy.

Nie mieliśmy wyboru, a w konsekwencji, bez względu na wynik wojny, a z powodu masy ukraińskich uchodźców wojennych, których przyjął i jeszcze przyjmie nasz kraj oraz obywateli Ukrainy przebywających u nas w momencie rozpoczęcia rosyjskiego najazdu, Polska stanie się krajem dwunarodowym, z oczywistą przewagą narodu polskiego, ale z rosnącym udziałem ukraińskiego.

„Wybuch wojny na Ukrainie uruchomił potencjał migracyjny o skali niespotykanej od czasów II wojny światowej. Musimy stawić czoła wyzwaniom i wykorzystać tę szansę”, napisali autorzy raportu Fundacji WiseEuropa, zatytułowanego „Gościnna Polska 2022+”, opracowanego przy współpracy zespołu badaczy m.in. z Uniwersytetu Warszawskiego, Szkoły Głównej Handlowej i Uniwersytetu SWPS, a opublikowanego w czerwcu 2022 r. Opracowane koncentruje się na działaniach mających przeprowadzić Polskę oraz przebywających tu obywateli Ukrainy przez proces „miękkiej integracji” i budowę fundamentów ich „integracji twardej” w przyszłości.

Autorzy dokumentu piszą, że „poparcie i zaangażowanie społeczeństwa polskiego dla sprawy ukraińskiej jest jednoznaczne, jednak jednocześnie na fali entuzjazmu i woli trzeba pamiętać, jak duże wyzwania czekają m.in. w takich sferach, jak rynek pracy, edukacja, ochrona zdrowia czy mieszkalnictwo”. Raport przedstawia sytuację, w jakiej znalazła się Polska od początku wybuchu wojny na Ukrainie oraz proponuje podstawowe działania, które powinno podjąć państwo przyjmujące uchodźców.

Według autorów opracowania, Polska może stać się państwem wielonarodowym z ponad 3 milionami emigrantów z Ukrainy.

„Kryzys migracyjny, z którym obecnie mierzy się Polska, wymaga przygotowania całościowego i spójnego planu zarządzania poszczególnymi politykami publicznymi przez rząd, samorządy lokalne, organizacje pozarządowe oraz w ramach oddolnych inicjatyw społeczeństwa obywatelskiego. Tylko takie podejście pozwoli się zmierzyć z wyzwaniami oraz wykorzystać stojące przed Ukrainą i Polską szanse”, twierdzą autorzy wybiegającego myślą do przodu dokumentu.

Autorzy raportu świadomi są faktu, iż obecnie trudno jest przewidzieć, jak ukształtuje się przyszłość uchodźców z Ukrainy w Polsce i w innych krajach UE. Ich liczba, podobnie jak ilość powracających na Ukrainę, zależy głównie od wydarzeń wojennych i odbudowy kraju w przyszłości.

Ilość Ukraińców przebywających w Polsce oszacowano w kwietniu 2022 r. na około 2,9 mln. W tym około 1,35 mln tych, którzy mieszkali w Polsce przed wojną, i ok. 1,55 mln uchodźców wojennych.

Badacze przewidują, że liczba Ukraińców w Polsce będzie się zmieniać zależnie od losów wojny i przedstawiają trzy prawdopodobne scenariusze.

– Pierwszy zakłada długą, wyczerpującą wojnę, która miałby toczyć się przez kilka lat. Podobnie do wojny o Donbas po rosyjskiej agresji w 2014 r., ale o większej intensywności i brutalności wojsk rosyjskich. W takim przypadku liczba uchodźców w Polsce ma wahać się między 3,1 a 3,4 mln.

– Drugi scenariusz to szybki koniec wojny na Ukrainie. Eksperci przewidują, że jeżeli zawarcie pokoju nastąpiłoby do jesieni 2022 r., to sytuacja ustabilizuje się w krótkim czasie, a w Polsce pozostanie ok. 1,75 mln Ukraińców.

– Trzeci, najbardziej pesymistyczny scenariusz zakłada wygraną Rosji, która zajęłaby znaczną część Ukrainy. Wtedy liczba uchodźców w Polsce może przekroczyć nawet 10 mln, z których ok. 60 proc. zostałoby w naszym kraju na dłużej.

Niemiecki rząd szacuje podobnie i przewiduje, że w przypadku eskalacji działań wojennych na terenach zachodniej Ukrainy liczba uchodźców może wzrosnąć nawet do 8 mln. Według Niemców sama deeskalacja to za mało, żeby Ukraińcy zaczęli wracać do domów.

Reakcja polskiego społeczeństwa na wydarzenia na Ukrainie zaskoczyła nas samych. Nikt chyba nie spodziewał się oddolnego zrywu na tak dużą skalę. Jednak im dłużej trwa konflikt, tym bardziej trzeba myśleć długofalowo. Dlatego polski rząd musi jak najszybciej stworzyć od podstaw politykę migracyjną.

Według realizowanych na Ukrainie badań nad kierunkami emigracji wojennej, Polska jest jednym z najpopularniejszych państw, gdzie migranci szukają schronienia (38%). Rzadziej wyjeżdżają do Niemiec (12%), Czech (8%), Włoch (6%), Słowacji (4%), Litwy (3%), Austrii (3%), Hiszpanii (3%), Bułgarii (2%), Francji (2%).

Ze studiów prowadzonych u nas wynika, że do Polski z Ukrainy przyjechała głównie klasa średnia, osoby uważające, że w Polsce można się bezpiecznie schronić przed wojną i jej negatywnymi skutkami. Dominują kobiety z wyższym wykształceniem, z większych miast. 92% uchodźców z Ukrainy obecnie deklaruje, iż nie chce wyjeżdżać z Polski dalej na Zachód. Chcą szybko wrócić do siebie.

Autorzy raportu „Gościnna Polska 2022+” zajęli się między innymi zagadnieniem także dla nas bardzo ważnym – liczby uchodźców, która może pozostać na polskim rynku pracy, i przewidują, że „w zależności od scenariusza rozwoju konfliktu, ilość osób w wieku aktywności zawodowej, które potencjalnie mogą poszukiwać pracy w Polsce, zmienia się. Zgodnie z szacunkami, do Polski po wybuchu wojny dotarło około 1,5 miliona uchodźców wojennych, z czego około 750 tys. to osoby w wieku produkcyjnym”, piszą.

W przypadku scenariusza pierwszego (tlącego się konfliktu) liczba ta może wzrosnąć do około 825 tys. osób. W przypadku scenariusza drugiego (szybkiego i trwałego pokoju) liczba ta może się zmniejszyć do 325 tys. osób. A w przypadku scenariusza trzeciego (dłuższa wojna i większe zniszczenia), liczba migrantów w wieku produkcyjnym może sięgnąć 935 tys. osób (!).

Eksperci piszą, iż „bez względu na scenariusz, polski rynek pracy będzie potrzebował rosnącej liczby migrantów, wspierających uzupełnianie rosnącej luki demograficznej (…). Przy obserwowanym ostatnio spadku liczby osób w wieku produkcyjnym, napływ ten kompensuje (w zależności od scenariusza) od 1,5 roku do 4 lat obserwowanego przed 2020 r. ubytku osób w takim właśnie wieku”.

Oznacza to, że w dłuższym okresie czasu nie powinno być problemów z absorpcją uchodźców na polskim rynku pracy. Ale, podkreślają, że aby tak się stało, państwo musi podjąć konkretne działania, a „kluczowe będzie zwiększenie szans uchodźców na wykonywanie pracy zgodnej z ich kompetencjami, a także zapewniającej odpowiedni dostęp do zabezpieczenia społecznego i ochrony pracy zgodnie z obowiązującymi standardami”.

Uchodźcy z Ukrainy to nie niewinne aniołki, a nasz kraj to nie bezkrytycznie wyrozumiała, emanująca przywilejami ziemia obiecana.

Jeśli nie przeważą twarde, choć powszechnie znane i zrozumiałe prawa polityki oraz interesu narodowego, Polska na swej gościnności nie wygra, choć powinna, a straci, i to może bardzo wiele oraz narazi się na nowe, nieznane naszej najnowszej historii kłopoty – problemy z rosnącą i umacniającą się w roszczeniach mniejszością narodową. Tego, nawet za cenę zaspokojenia popytu na mniej lub bardziej wykwalifikowaną siłę roboczą, nie chcemy. Dobroć i humanitaryzm nie polegają na pobłażliwości i przyznawaniu przywilejów. Z takiego podejścia mogą wyniknąć potężne kłopoty. Pomagajmy w miarę możliwości oraz z uwzględnieniem naszych interesów i potrzeb.

I tak powinny to rozumieć i wdrażać nasze władze.

Uściski i łzy wzruszenia nie mogą przesłaniać rządowi interesów narodowych i trzeźwej myśli o przyszłości. Znajdujemy się w momencie krytycznym. Możemy wygrać bardzo wiele albo bardzo dużo przegrać.

Na różnych polach. Na pewno w Polsce już nie będzie tak, jak było. Jednak jeśli stosunki z Ukrainą będą opierać się na zasadzie „win-win”, to w naszą przyszłość i na sprawę ukraińskich uchodźców będę patrzył z optymizmem.

I jeszcze jedno. Nie mniej od spraw Tej Wojny, a może nawet bardziej, ważne jest dla Polski, by rządząca obecnie koalicja wygrała najbliższe wybory. Bo jeśli wygrałaby je opozycja, oznaczałoby to dla losów Polski „totalny kataklizm” i wszystko, o czym napisałem powyżej, straciłoby sens i przestało się liczyć. Tego wolę sobie nawet nie wyobrażać.

Artykuł Adama Gnieweckiego pt. „Nic nie będzie już tak samo” znajduje się na s. 20 wrześniowego „Kuriera WNET” nr 99/2022.

 


  • Wrześniowy numer „Kuriera WNET” można nabyć kioskach sieci RUCH, Garmond Press i Kolporter oraz w Empikach w cenie 9 zł.
  • Wydanie elektroniczne jest dostępne w cenie 7,9 zł pod adresami: egazety.pl, nexto.pl lub e-kiosk.pl. Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
Artykuł Adama Gnieweckiego pt. „Nic nie będzie już tak samo” na s. 20 wrześniowego „Kuriera WNET” nr 99/2022

Profesor Wojciech Roszkowski popełnił myślozbrodnię nie do wybaczenia / Zbigniew Kopczyński, „Kurier WNET” nr 99/2022

Fot. CC0, Pixabay

Liczni cenzorzy pastwią się nad kilkoma wierszami z jego 500-stronicowego dzieła, cytowanymi przez D. Tuska. W dorobku naukowym zdecydowana większość tych „potępiaczy” nie dorasta profesorowi do pięt.

Zbigniew Kopczyński

Liberalny zamordyzm

Tyle nasłuchaliśmy się od piewców postępu o tolerancji, wolności słowa i tym podobnych pięknych ideach! Piękne to było, dopóki o tym mówili. Gdy tylko mogli swoje idee realizować, realizacje te były dokładnym tychże idei negatywem.

Po „ojcach założycielach” współczesnego postępizmu pozostało wiele pięknych tekstów, wśród nich przypisywana Wolterowi wypowiedź „Nie zgadzam się z tym, co mówisz, ale oddam życie, abyś miał prawo to powiedzieć”. Gdy jednak przejęli władzę, dla inaczej myślących i tych, których o takie myślenie podejrzewali, postawili gilotyny.

Nie było dochodzenia winy ani litości. Gilotyny pracowały na pełnych obrotach, a nie rozumiejącym piękna wolności i tolerancji, wiernym Bogu i królowi Wandejczykom urządzono pierwszy nowożytny Holokaust.

Młodsi o wiek spadkobiercy rewolucyjnych postępowców godnie kontynuowali walkę swych protoplastów o wolność i tolerancję. Najbardziej przejęli się chyba hasłem „Nie ma wolności dla wrogów wolności”, a kto tym wrogiem wolności był, wyznaczali sami. W zależności od dzierżonego sztandaru, czy to czerwonego, czy brunatnego, wrogiem wolności był ktoś więcej posiadający lub wiedzący, albo po prostu Żyd, Cygan lub inny podczłowiek.

Dbano też o czystość umysłów wyzwalanych. Palenie książek, niszczenie dzieł sztuki, ścisła cenzura, zamykanie ocalałych egzemplarzy w zbiorach prohibitów to postępowy standard. Tolerancja objęła również rodzące się wówczas media elektroniczne, czego symbolami były: sowiecki „kołchoźnik” i niemiecki Volksempfänger (odbiornik ludowy) – proste odbiorniki radiowe służące do odbioru jedynie słusznych stacji.

Powstania telewizji brunatni towarzysze nie doczekali, a czerwoni to i owszem. Media się zmieniły, metody nie.

Wprowadzono zatem system telewizji kolorowej SECAM, odmienny od stosowanego po zachodniej stronie Łaby systemu PAL, by płynący z zachodu przekaz nie zmącił czystych umysłów komunistycznych poddanych, jako że wzniesiony w trudzie mur słabo radził sobie z zatrzymywaniem fal elektromagnetycznych. Dzisiaj nie ma już muru, SECAM zniknął w zapomnieniu, nie powiewają już czerwone i brunatne sztandary, zastąpione zielonymi i tęczowymi, a wrodzone postępowcom dążenie do monopolu przekazu i likwidacji dyskusji pozostało.

Ten przydługi wywód historyczny popełniłem po to, by w historycznym kontekście pokazać wściekłą nagonkę na podręcznik do historii i teraźniejszości autorstwa prof. Wojciecha Roszkowskiego.

Tak zmasowana nagonka na podręcznik to rzecz bez precedensu. Jest ona jednak prostą kontynuacją walki z wolnością słowa i poglądów, prowadzonej od stuleci przez pokolenia przeróżnych postępowców, z ustami pełnymi tolerancji zakładających kagańce inaczej myślącym.

Wojciech Roszkowski popełnił mianowicie zbrodnię, dla której nie ma wybaczenia. Pokazał okres 1945–1979 z punktu widzenia myśliciela konserwatywnego, kierującego się klasycznym pojęciem prawdy i takimiż sposobami dochodzenia do niej.

Co gorsza, pokazując fakty i zjawiska społeczne, pokazuje ich przyczyny, czasami odległe, oraz konsekwencje. Właśnie to ujęcie historii jako złożonego continuum, gdzie nic nie bierze się z powietrza ani nagle nie kończy, gdzie ładnie brzmiące hasła i idee dają w przyszłości nieoczekiwane, często tragiczne skutki, skłania czytelnika do myślenia, do zastanowienia, czy modne dziś nurty ideowe naprawdę są takie zbawienne dla ludzkości i czy naprawdę są nowe.

Takiej zbrodni wybaczyć nie sposób. Myślący młody człowiek może już nie łykać tak łatwo wszystkich nowinek, choćby i pochodziły z samej Unii Europejskiej. Może zastanowi się, czy rzeczywiście istnieje kilkadziesiąt płci i czy amputacja paru narządów i faszerowanie hormonami naprawdę przekształci kobietę w mężczyznę i na odwrót. Czy nasza oparta na chrześcijaństwie cywilizacja rzeczywiście jest najgorszą z możliwych i jedynie przyjęcie kolejnych milionów muzułmanów stworzy z Europy raj na Ziemi?

Młody, samodzielnie myślący człowiek to śmiertelne zagrożenie dla postępizmu.

Wojciech Roszkowski obala też parę mitów bezkrytycznie głoszonych przez tak zwany mainstream. Ukazuje też skrywane fakty z życia lewicowych świętych, jak choćby przywołując pedofilskie dokonania Daniela Cohn-Bendita – do niedawna lidera europejskich postępowców. A to już niewybaczalna zbrodnia świętokradztwa.

Sygnał do ataku dał Donald Tusk, publicznie potępiając podręcznik na podstawie jednego cytatu, a raczej tego, co z tego cytatu zrozumiał. Za nim ruszyła cała chmara zawodowych potępiaczy, atakujących przede wszystkim personalnie autora i konfabulująca na temat jego rzeczywistych poglądów. Gdy jednak przyjrzymy się tym formułowanych z wyższością opiniom i pouczeniom, widzimy, że mało kto z krytyków przeczytał tę książkę, może nawet nikt. Prawie wszyscy pastwią się nad fragmentem cytowanym przez Donalda Tuska, kilkoma wierszami z pięćsetstronicowego dzieła. Merytorycznej dyskusji nie ma wcale.

Któż zresztą mógłby dyskutować merytorycznie? W dorobku naukowym zdecydowana większość z nich nie dorasta profesorowi do pięt. Mają chyba tego świadomość i dlatego tak wściekle atakują, wiedząc, że profesor im się nie odszczeka – nie ta liga.

Dostało się również ministrowi edukacji za zmuszanie nauczycieli do indoktrynacji młodzieży w duchu kato-narodowym. Potępiacze solidarnie przemilczeli fakt, że podręcznik nie jest obowiązkowy i do nauczyciela należy wybór, czy będzie z niego korzystać, czy nie.

Wydaje się, że nie tyle sam podręcznik, ale właśnie możliwość jego wolnego wyboru uważają za największe zagrożenie dla ich wizji świata. Dlatego media, te raczej postępowe, regularnie i triumfalnie informują o szkołach, które zrezygnowały z tego podręcznika. Powstała Inicjatywa Wolna Szkoła, publikująca mapę szkół bez podręcznika prof. Roszkowskiego. To forma nacisku na tych, którzy się wahają. Według postępowców szkoła będzie wolna, jeśli nauczyciel nie będzie sam wybierał podręczników, a ulegnie ich presji.

Na największego bohatera walki o wolność słowa wyrasta burmistrz Ustrzyk Dolnych, który po prostu zakazał stosowania podręcznika w prowadzonej przez gminę szkole. I nie ma racji minister Czarnek kwitujący to stwierdzeniem, że zakazać może swojej żonie. Tak, merytoryczny nadzór nad szkołami sprawuje kurator, a nie burmistrz, jednak burmistrz jest organem prowadzącym szkołę i to on podpisuje z nauczycielami umowy o pracę, co daje mu konkretne narzędzia wymuszania swoich decyzji. Że takie wymuszania są niezgodne z prawem? Są, i co z tego? Można iść do sądu, ale wielu sędziów ma postępowe poczucie sprawiedliwości i praworządności. Burmistrz panem jest i basta! Jak każe, tak ma być, zgodnie z tolerancją i wolnością słowa.

Pan burmistrz zdarł tym samym maskę tolerancji i stał się pionierem otwartego zamordyzmu myślowego, ikoną cenzury. Pokazał, co naprawdę kryje się za głoszoną tolerancją i wolnością słowa. Wolność tylko dla naszych, dla innych szlaban!

I wracamy do czasów pozornie minionych, choć cenzor z Ustrzyk Dolnych przebija tych z dawnych czasów swą otwartością.

Pamiętam czasy komunistyczne. Spotkałem wtedy parę osób przyznających się do pracy w milicji lub służbie bezpieczeństwa. Niektórzy nie kryli dumy ze swej służby. Nie spotkałem natomiast nikogo przyznającego się do pracy w cenzurze, a trochę ich tam pracowało. Cenzura w PRL działała dyskretnie, jakby wstydząc się swego istnienia. Wszystko odbywało się tak, by czytelnik, widz czy słuchacz niczego nie zauważyli. Dopiero Solidarność wymusiła zaznaczanie w tekstach cenzorskich ingerencji.

A burmistrz niczego się nie wstydzi, z dumą prezentując swą cenzorską działalność. „Decyzję podjąłem w pełni świadomie, biorąc jej wszystkie konsekwencje na siebie” – mówi, zapowiadając gotowość do męczeństwa za cenzurę. Oczywiście konsekwencji nie będzie, postępowcy już o to zadbają, ale dobrze jest epatować tanią odwagą. A więc brawo! Ciekawe, czy burmistrz wykaże się konsekwencją i opublikuje indeks lektur szkodliwych dla młodzieży? A książki, których młodzież czytać nie powinna, trzeba by chyba spalić?

Na zakończenie, panu burmistrzowi i przemądrzałym krytykom, pouczającym prof. Roszkowskiego, polecam cytat z jego książki odnoszący się do ideologii Nowej Lewicy z lat sześćdziesiątych, a równie dobrze obrazujący modne dziś prądy ideowe, głoszone przez zjawiające się nie wiadomo skąd autorytety:

Tego rodzaju ideologia jest niestety popularna i w dzisiejszym świecie. Może ona trafiać do osób nierozumiejących pewnej dyscypliny społecznej i obowiązku. Dojrzałość polega jednak na zrozumieniu, że są to rzeczy konieczne.

Warto przy tej okazji zauważyć, że pewność siebie ideologów lansujących tego rodzaju uproszczone wizje świata jest odwrotnie proporcjonalna do ich prawdziwej wiedzy. Pycha bowiem zagłusza racjonalną ocenę swoich możliwości.

W psychologii zjawisko to zbadali amerykańscy uczeni Justin Kruger i David Dunning. Stwierdzili oni na podstawie badań statystycznych, że osoby niewykwalifikowane w jakieś dziedzinie mają skłonność do przeceniania swych umiejętności, podczas gdy osoby wykwalifikowane mają skłonność do ich niedoceniania. Zrozumienie efektu Krugera-Dunninga może pomóc przezwyciężyć jakże częste sytuacje, w których ulegamy bezczelnym krętaczom udającym wtajemniczenie.

Polecam lekturę całości.

Artykuł Zbigniewa Kopczyńskiego pt. „Liberalny zamordyzm” znajduje się na s. 2 wrześniowego „Kuriera WNET” nr 99/2022.


 

  • Wrześniowy numer „Kuriera WNET” można nabyć kioskach sieci RUCH, Garmond Press i Kolporter oraz w Empikach w cenie 9 zł.
  • Wydanie elektroniczne jest dostępne w cenie 7,9 zł pod adresami: egazety.pl, nexto.pl lub e-kiosk.pl. Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
Artykuł Zbigniewa Kopczyńskiego pt. „Liberalny zamordyzm” na s. 2 wrześniowego „Kuriera WNET” nr 99/2022

Zachód traci wpływy, a rozpad Rosji to na razie marzenia / Krzysztof Skowroński, „Kurier WNET” nr 98/2022

Realia to bombardowane i równane z ziemią ukraińskie miasta i wykrwawiające się ukraińskie wojska, i Miedwiediew publikujący mapy z Ukrainą zredukowaną do bliżej nieokreślonego regionu kijowskiego.

Krzysztof Skowroński

Ławrow jeździ po świecie, odwiedzając państwa od Wietnamu do Etiopii i przekonując, że za wojnę i potencjalny głód odpowiedzialne są kraje zachodnie. Jednocześnie, po porozumieniu dotyczącym eksportu ukraińskiego zboża, Kreml w tej historii występuje jako wybawiciel. Wygląda na to, że rosyjska wersja najnowszej historii, wsparta pieniędzmi Pekinu, trafia do przekonania nie tylko liderów państw afrykańskich czy krajów Bliskiego Wschodu, ale też nielubiących Stanów Zjednoczonych przywódców Ameryki Łacińskiej.

Wydaje się, że na wojaże Ławrowa nie ma adekwatnej odpowiedzi Zachodu. Nie słychać o podróżach dyplomatów francuskich, amerykańskich czy angielskich, którzy by przekonywali świat i opowiadali prawdziwą historię tego, co dzieje się na Ukrainie i w świecie. Zachód traci wpływy.

Państwa europejskie wobec wojny na Ukrainie pozornie zachowują solidarność. Ale interesy poszczególnych stolic są różne.

Najważniejszy uczestnik europejskiej gry – Niemcy – drżą o swoją gospodarkę i stabilność energetyczną. I nadal nie rezygnują z budowy niemieckiej Europy, gwarantującej Berlinowi kontrolę nad kontynentem – czego najlepiej doświadcza Polska, ciągle nie dostając funduszy europejskich.

Wprawdzie politycy niemieccy deklarują swoją pomoc dla Kijowa i realnie ją dostarczają, ale jest to ruch konieczny, by zachować twarz, bo jednocześnie z Berlina przez Baku do Moskwy pojechał cichy emisariusz, były kanclerz Schroeder, w celu udobruchania Putina. Cele działania niemieckiego kanclerza z pewnością są inne niż polskie dążenia. Prezydent i rząd Polski każdego dnia udowadniają, że naprawdę chcemy zwycięstwa Ukrainy w tej brutalnej wojnie i neutralizacji imperium rosyjskiego.

W tym wydaniu „Kuriera” znajdą Państwo wywiad z przywódcą Czeczenów Achmedem Zakajewem, przeprowadzony przez Piotra Mateusza Bobołowicza w Pradze, w czasie Forum Wolnych Narodów Rosji (pierwsze było zorganizowane przez Fundację Solidarności Dziennikarskiej w maju tego roku w Warszawie).

W czasie spotkań liderów różnych narodów znajdujących się w Federacji Rosyjskiej tworzy się wizje rozpadu imperium i szans zniewolonych narodów na budowanie własnej państwowości. Na razie wygląda to na bardzo odległą perspektywę, ale pamiętajmy, że w historii zdarzały się różne rzeczy, o których nie śniło się filozofom – na przykład rozpad Imperium Osmańskiego i uwolnienie w jednej chwili narodów zniewolonych przez setki lat.

Rozpad Rosji to na razie marzenia. Realia to bombardowane i równane z ziemią ukraińskie miasta i wykrwawiające się ukraińskie wojska. Wprawdzie eksperci mówią o możliwej kontrofensywie, ale ona nie następuje, a były prezydent-figurant Miedwiediew publikuje mapy, na których Ukraina zostaje zredukowana do bliżej nieokreślonego regionu kijowskiego i Rosja niepodzielnie panuje na całym ukraińskim wybrzeżu Morza Czarnego. Sierpniowy numer „Kuriera WNET” zawiera rozważania Piotra Sutowicza dotyczące prognoz tej ponurej przyszłości, jaką szykuje Rosja Ukrainie, a także wiele innych artykułów w różny sposób nawiązujących do aktualnej sytuacji Europy i świata.

Od września rozpoczniemy publikację reportaży, wywiadów i zdjęć z największej podróży Radia Wnet.

Wielka Wyprawa Trójmorze będzie to dwumiesięczna podróż, która rozpocznie się 16 sierpnia w Lublinie, a później przez Wilno, Rygę, Helsinki, Sztokholm, Szczecin i Warszawę podąży do Bukaresztu, Konstancy i Stambułu, żeby przez Bałkany, Zagrzeb i Lubljanę powrócić do Polski. Będzie to opowieść o polityce, społeczeństwie, kulturze i historii regionu, który z punktu widzenia przyszłości i bezpieczeństwa Rzeczpospolitej i jej geopolitycznego położenia jest najważniejszy.

Artykuł wstępny Krzysztofa Skowrońskiego, Redaktora Naczelnego „Kuriera WNET”, znajduje się na s. 1 sierpniowego „Kuriera WNET” nr 98/2022.

 


  • Sierpniowy numer „Kuriera WNET” można nabyć kioskach sieci RUCH, Garmond Press i Kolporter oraz w Empikach w cenie 9 zł.
  • Wydanie elektroniczne jest dostępne w cenie 7,9 zł pod adresami: egazety.pl, nexto.pl lub e-kiosk.pl. Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
Artykuł wstępny Krzysztofa Skowrońskiego, Redaktora Naczelnego „Kuriera WNET”, na s. 1 sierpniowego „Kuriera WNET” nr 98/2022

Złośliwość zakazana! Nareszcie! Utopię zastąpił totalitaryzm / Henryk Krzyżanowski, „Kurier WNET” nr 97/2022

Fot. Sputnik1, CC A-S 3.0, Wikimedia.com

Gdyby komuchom przyszło do głowy skazywać za złośliwe względem władzy wypowiedzi, to wszyscy w komplecie poszlibyśmy siedzieć. Ale wtedy nikt nie słyszał o mowie nienawiści, zadekretowanej przez UAM.

Henryk Krzyżanowski

Postępowcy gorsi od komuchów

Za komuny i my, i czerwoni traktowaliśmy wolność słowa z całą powagą. O „nas” nie muszę mówić – poświęcaliśmy dla niej swój czas, pieniądze a jak źle poszło, to i wolność. Ale komuchy, paradoksalnie, też były teoretycznie za wolnością słowa. Ich posłuszni sędziowie nie skazywali nas za treść bibuły (no może poza samym stanem wojennym), a za jej bezdebitowość – rozpowszechnianie bez pieczątki z urzędu cenzury. Treść ocenie sądu nie podlegała.

Dzisiejsi postępowcy wolność słowa zwalczają całkiem jawnie przy pomocy słów-wytrychów z arsenału politycznej poprawności. Kluczowym pojęciem jest oczywiście ta okropna MOWA NIENAWIŚCI, brrr…

W 1968 zaczęło się, co prawda, od „zakazuje się zakazywać”, ale jakoś tak szybko zastąpiono to utopijne, więc niepraktyczne hasło bardziej użytecznym „zakazuje się nienawidzić”. Utopię zastąpił totalitaryzm w najczystszej postaci.

Najświeższy przypadek z naszego podwórka opisał w świetnym tekście na witrynie SDP red. Sławomir Jastrzębowski, pastwiąc się nad wyrokiem skazującym (na razie w pierwszej instancji) prof. Tadeusza Żuchowskiego z UAM za rzekome zniesławienie prof. Ingi Iwasiów.

Owa progresywna dama na wiecu w Szczecinie użyła słów „j…..ć” i „wy…..ć”, co konserwatywny historyk sztuki z Poznania określił jako „zachowanie, które uwłacza etosowi profesora”. W ocenie sędzi ta krytyka była „nacechowana złośliwością i miała na celu obrażenie” powódki.

Złośliwość zakazana! Nareszcie! To przypomnę, że Stanisław Barańczak (kolega z tego samego rocznika filologii) bywał bardzo złośliwy w ocenie pisarzy, nawet tych znanych. Jednak nikomu z tak potraktowanych nie przyszło do głowy, żeby się z nim sądzić. A postępowej p. Iwasiów, owszem, jak najbardziej! O tempora!

W latach osiemdziesiątych, do zmiany solidarnościowej ustawy o uczelniach, byłem członkiem senatu UAM jako jeden z wybranych w wolnych wyborach przedstawicieli tzw. młodszych pracowników. Mieliśmy wtedy wspólny front z reprezentacją studentów. No, gdyby komuchom przyszło do głowy skazywać za złośliwe względem władzy wypowiedzi, to wszyscy w komplecie poszlibyśmy siedzieć. Ale wtedy nikt nie słyszał o mowie nienawiści, którą, jak czytam, mój uniwersytet umieścił ostatnio w swoim oficjalnym dokumencie.

Felieton Henryka Krzyżanowskiego pt. „Postępowcy gorsi od komuchów” znajduje się na s. 12 lipcowego „Kuriera WNET” nr 97/2022.

 


  • Lipcowy numer „Kuriera WNET” można nabyć kioskach sieci RUCH, Garmond Press i Kolporter oraz w Empikach w cenie 9 zł.
  • Wydanie elektroniczne jest dostępne w cenie 7,9 zł pod adresami: egazety.pl, nexto.pl lub e-kiosk.pl. Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
Felieton Henryka Krzyżanowskiego pt. „Postępowcy gorsi od komuchów” na s. 12 lipcowego „Kuriera WNET” nr 97/2022

Dlaczego zachowanie wiodących krajów UE wobec wojny na Ukrainie jest tak pokrętne? / Jan Martini, „Kurier WNET” 97/2022

Znaczek sowieckiej poczty z okresu pieriestrojki | Fot. domena publiczna

Przykładem wyborów, „w których zawsze wygrywa KGB”, są wybory we Francji, gdzie najważniejsze siły polityczne – od nacjonalistów przez liberałów po marksistowską lewicę – okazują się prorosyjskie.

Jan Martini

Dzisiejszy triumf wczorajszej pierestrojki

Nieco zapomniane już pojęcie pierestrojki kojarzy się nam z zapoczątkowanymi w 1986 roku przez ostatniego sekretarza generalnego KPZR, Michaiła Gorbaczowa, przemianami, które doprowadziły do „upadku komunizmu” i rozpadu ZSRR. Celem tych przemian miało być odrzucenie niewydolnego systemu ekonomicznego i przejście na gospodarkę rynkową, a w sferze ideologii odejście od gorsetu bzdurnej filozofii marksistowskiej i wprowadzenie pozorów demokracji.

Dziś wiemy, że jednym z celów pierestrojki było też przekonanie świata zachodniego, że komunizm nie stanowi już zagrożenia, a Rosję można z radością powitać w gronie państw cywilizowanych. Rzeczywiście, aby pomóc „młodej demokracji”, natychmiast podjęto współpracę gospodarczą i zredukowano znacznie wydatki na zbrojenia. Ponieważ „wygraliśmy zimną wojnę”, utrzymywanie kosztownej armii wydawało się zbędne.

Niemcy do 2015 ograniczyły siły lądowe z 240 tys. do 63 tys., liczbę okrętów z 31 do 21, liczbę eskadr samolotów wielozadaniowych z 16 do 8, liczbę dywizji pancernych i 5000 czołgów w roku 1991 do 320 czołgów dzisiaj. Francuzi zredukowali armię z 220 tys. do 115 tys., marynarkę wojenną z 42 okrętów nawodnych i 14 podwodnych do 23 nawodnych i 10 podwodnych, eskadry samolotów wielozadaniowych z 12 do 9. Co ciekawe – te działania kontynuowane były także w czasach, gdy wiadomo już było o ogromnych rosyjskich zbrojeniach i powołaniu 70 nowych uczelni wojskowych przez Putina. Dlatego możemy przypuszczać, że decyzje o tych redukcjach suflowane były przez polityków „sponsorowanych” czyli „przyjaznych” Rosji. Głos ekspertów (niezbyt licznych) zakłócających miłą atmosferę, którzy trafnie odczytali istotę sowieckiej pierestrojki, był ignorowany.

Jeffrey Richard Nyquist – pracownik amerykańskiej Agencji Wywiadu Wojskowego, ekspert od Związku Sowieckiego i Rosji – tak pisał w latach 90. ub. wieku: „Reagan utrzymał w mocy traktat ABM, zaufał Gorbaczowowi i poszedł tą samą drogą, co jego poprzednicy, drogą ustępstw i negocjacji. Komuniści wykiwali Ronalda Reagana, tak jak wykiwali Cartera, Forda, Nixona. Nikt nie powinien wierzyć w coś, czego w żaden sposób nie można zweryfikować.

Nigdy nie powinno się ufać totalitarnej oligarchii zamieszanej w oszustwo i w potajemne magazynowanie broni masowego rażenia, nawet jeśli przekonują do tego tysiące rozbrojeniowych inspektorów. Ofiarą podstępu padł nie tylko Reagan, ale także »konserwatyści« wiodących krajów Zachodu. Oszukani zostali eksperci i politycy – od Helmuta Kohla w Niemczech po Margaret Thatcher i Johna Majora w Wielkiej Brytanii.

Niemal wszyscy uznali zmiany w komunistycznym imperium za prawdziwe i pozytywne. Amerykańska broń atomowa została wycofana z kontynentu europejskiego. Triumf Zachodu nad Związkiem Sowieckim otworzył drogę dla optymizmu i politycznej choroby opartej na rzekomym zwycięstwie”.

O oszustwie pierestrojki pisał płk Anatolij Golicyn – zbieg z KGB (który po prostu znał plany Sowietów) i brytyjski sowietolog Christopher Story. Ale najpełniejszy opis przemian, który uznaliśmy za „upadek komunizmu”, przedstawił dr Jerzy Targalski – znawca Rosji i poliglota (analizował dokumenty w 10 językach) – w swoim fundamentalnym dziele pt. Służby specjalne i pierestrojka. Wielotomowa praca, będąca wynikiem kilkuletniej kwerendy po archiwach wszystkich krajów „demokracji ludowej” i republik wchodzących w skład ZSRR, ujawniła rolę komunistycznych służb specjalnych w demontażu komunizmu i budowaniu „demokracji”.

Ciekawe jest porównanie harmonogramu zdarzeń w różnych krajach bloku sowieckiego. Zawsze podstawowym „kamieniem milowym” przemian była prywatyzacja banków, inne wydarzenia (powstanie „inicjatyw obywatelskich”, partii politycznych, „wolnej prasy”, zniesienie cenzury, powołanie fasadowych instytucji demokratycznych itp.) przebiegały niemal równocześnie w całym bloku. Nad harmonijnym przebiegiem przemian czuwał krążący po wszystkich krajach tow. Aleksandr Jakowlew. Działacze krajów pozostających w tyle byli ponaglani. Przywódcy przeciwni przemianom – starający się, aby „było tak, jak było” – źle skończyli.

Do „budowy demokracji” wszędzie wyznaczono najbardziej sprawdzonych towarzyszy, a wśród nich najwyższym zaufaniem sowieckiego kierownictwa cieszyli się członkowie rodzinnych dynastii będących trzecim pokoleniem rosyjskich kolaborantów (polityk PO Cimoszewicz junior ma szanse). Takim był np. „ojciec rumuńskiej demokracji” Iliescu, który „zneutralizował” poprzedniego „kondukatora”. Tylko na najtrudniejszym terenie – w Polsce – został zainscenizowany „okrągły stół”, ale wszędzie najistotniejszym elementem było uwłaszczenie nomenklatury (wytworzenie „kapitalistów”) przy zachowaniu „sprawstwa kierowniczego” moskiewskiej centrali nad pozornie suwerennym krajem.

Powstały ustrój łudząco przypominał demokrację parlamentarną, ale miał jedną zasadniczą różnicę, którą opisał Christopher Story – obojętnie, która partia wygrywa wybory, zawsze wygrywa KGB, gdyż wszyscy kandydaci są nominatami komunistycznych służb.

Modelowym przykładem tego zjawiska były pierwsze wolne wybory w Polsce w roku 1991, kiedy do Sejmu wprowadzono 64 agentów komunistycznych służb. Gdyby umieszczono ich na wspólnej liście, ta partia wygrałaby wybory i powołała rząd (zwycięska wówczas Unia Demokratyczna uzyskała 62 mandaty), ale zasoby agenturalne gen. Kiszczaka zostały równomiernie rozprowadzone po całym spektrum sceny politycznej. Jedyną partią w Sejmie wolną od agentury było Porozumienie Centrum Jarosława Kaczyńskiego, wściekle atakowane przez „wolne” media. W lutym 1990 roku gen. Kiszczak zachęcał swój personel, by zakładać różne organizacje, „a nawet partie polityczne (…) głęboko infiltrować istniejące. Gremia kierownicze tych organizacji na szczeblu centralnym i wojewódzkim, a także na szczeblach podstawowych, muszą być przez nas operacyjnie opanowane. Musimy sobie zapewnić operacyjne możliwości oddziaływania na te organizacje, kreowania ich działalności i polityki”.

Dziś przykładem wyborów, „w których zawsze wygrywa KGB”, są wybory we Francji, gdzie wszystkie najważniejsze siły polityczne – od nacjonalistów przez liberalne centrum aż po marksistowską lewicę (a także nobliwy konserwatysta, ulubieniec katolików Fr. Fillon) – okazują się prorosyjskie. Świadczy to o stopniu penetracji życia politycznego krajów Zachodu przez sowieckie służby. Ta ponura konstatacja tłumaczy też pokrętne stanowisko wiodących krajów UE wobec wojny na Ukrainie.

Artykuł Jana Martiniego pt. „Dzisiejszy triumf wczorajszej pierestrojki” znajduje się na s. 17 lipcowego „Kuriera WNET” nr 97/2022.

 


  • Lipcowy numer „Kuriera WNET” można nabyć kioskach sieci RUCH, Garmond Press i Kolporter oraz w Empikach w cenie 9 zł.
  • Wydanie elektroniczne jest dostępne w cenie 7,9 zł pod adresami: egazety.pl, nexto.pl lub e-kiosk.pl. Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
Artykuł Jana Martiniego pt. „Dzisiejszy triumf wczorajszej pierestrojki” na s. 17 lipcowego „Kuriera WNET” nr 97/2022

Berliński szmatławiec TAZ opisuje niesprawiedliwość i dwulicowość Polaków / Jan Bogatko, „Kurier WNET” nr 97/2022

W Niemczech różnica między tym, co się mówi, co się myśli i co się rzeczywiści robi w związku z konfliktem na Ukrainie, jak głosi fama, trafiło już do leksykonów pod hasłem „podwójna moralność”.

Jan Bogatko

Polskie obozy

Pojawiły się znowu w niemieckich gazetach! Każda metoda jest dobra w walce z przeciwnikiem! Mowa nienawiści jest w Niemczech zakazana. Ale nie u neobolszewików. Tam stanowi ona pożądany instrument politycznej walki.

Tytuł w berlińskim szmatławcu TAZ (znanym z niewybrednych ataków na Polskę) brzmi: Strajk w polskich obozach internowania. Traktują nas jak zwierzęta.

Podpis pod zdjęciem, na którym w ośnieżonej scenerii (wszak mamy dopiero połowę czerwca) widać przy zasiekach z drutu kolczastego patrol polskiej Straży Granicznej, a za nim wóz bojowy, wyjaśnia z kolei, że w obliczu wojny ukraińskiej zapomniano o sytuacji na granicy z Białorusią.

A podtytuł to skrót artykułu: „Ludzie uciekający przed wojną ukraińską do Polski mogą tam poruszać się swobodnie. Innych uciekinierów zamyka się w obozach internowania”.

„Liberalna” gazeta podaje wprawdzie informację, że w piątek przez Zielonymi Świątkami przybyło do Polski z Ukrainy 22 300 osób, a od początku rosyjskiej agresji wjechało tam ponad 3 800 000 Ukraińców. Gazeta dzieli tych ludzi na obie płci, posługując się wymyślonym genderowskim słowem, nie znajdującym się w słowniku języka niemieckiego Duden, do tego nieprzetłumaczalnym na polski, dziwolągiem z dwukropkiem w środku Ukrainer:innen; przez brak zastanowienia i preferując jedynie dwie z nich, wyrządza gazeta krzywdę, wykluczając dziesiątki innych płci, w jakie sama wierzy zgodnie ze świecką religią neobolszewików, której jest misjonarką.

Udało się neobolszewikom w Niemczech znacząco wpłynąć na język powszechnie używany w mediach i na ulicy. Tutaj muszę się cofnąć w czasie do roku bodajże 1992. Wraz z delegacją polskich prawników zwiedzaliśmy byłe więzienie Stasi (niemieckie SB) w Budziszynie. Kiedy w rozmowach, tłumaczonych na oba języki, powiedziałem o niemieckiej minister sprawiedliwości „pani minister” (była nią wówczas Sabine Leutheusser-Schnarrenberger z FDP), towarzyszący nam, rozumiejący polski młody człowiek z „organizacji pozarządowej” zapytał mnie, dlaczego nie mówię „ministerka”, skoro to kobieta. Odpowiedziałem mu, że pani ta reprezentuje tu urząd, a nie płeć, co go nieco dziwiło, ale do końca nie przekonało. Na pewno któregoś dnia pojawi się nowe słowo na określenie osób wszystkich płci razem i osobno, zgodnie z wymogami religii świeckiej w danym okresie. Ale to już inny temat.

TAZ opisuje niesprawiedliwość i dwulicowość Polaków. Otóż ci Ukraińcy/ki mogą się swobodnie poruszać po kraju i pracować, osoby prywatne i państwo oferują im dach nad głową. Im, ale nie wszystkim przybyszom!

Niezorientowany do końca wyznawca neobolszewizmu może mniemać, że w Niemczech, najbardziej demokratycznym od zarania dziejów państwie świata, każdy ubiegający się o azyl ma prawo do mieszkania, pracy i swobodnego poruszania się po Niemczech.

A to nie całkiem tak. Być może nie tylko kwestia językowa sprawia, że Ukrainki (a jest ich znacznie więcej niż Ukraińców) opuszczają Niemcy, udając się na Ukrainę albo do Polski. Wielu Ukraińców karze się tu nadal za pracę na czarno.

Fotoreporterzy, robiąc wstrząsające zdjęcia kobiet i dzieci z krajów kultury półksiężyca, przybywających do Europy w poszukiwaniu lepszego życia, musieli się sporo namęczyć, odpowiednio kadrując zdjęcia, usuwając z nich młodych, wysportowanych mężczyzn. W przypadku Ukraińców praca nie sprawia fotoreporterom aż takich trudności, bo tu rzeczywiście przyjeżdżają kobiety i dzieci, szukające schronienia do czasu powrotu do domu, a nie mężczyźni, których celem jest przygotowanie domu dla sprowadzenia w charakterze osadników bliższych i dalszych członków wielopokoleniowej rodziny.

Jeśli berlińska TAZ przejmuje się losem imigrantów nielegalnie przybywających z Białorusi, to nie kieruje się „liberalnym humanitaryzmem”, lecz ma na uwadze własny interes, jakim jest destabilizacja państwa (przynajmniej w tej postaci), instytucji znienawidzonej przez różnej maści lewaków, socjalistów, komunistów, anarchistów czy neobolszewików, którzy zawłaszczyli pojęcie ‘demokracja’. Nauczył ich tego Józef Stalin, dla którego wszystko inne to faszyzm.

Liberałowie wszystkich krajów łączą się pod tęczowym sztandarem, dopuszczając – nazwijmy to w fazie przejściowej – jako wyjątek zielony sztandar proroka, tak, jak Stalin zezwalał ma msze polowe w „ludowym” wojsku polskim. Ta faza przejściowa ma dopomóc w obaleniu chrześcijaństwa jako głównej przeszkody we wprowadzeniu rewolucyjnej ideologii lewicy. Uważa ona, zadufana w sobie i bogata, że im w tym pomoże, a potem sobie z islamem już poradzi. I tu się niewątpliwie myli. Zresztą jak zawsze.

Berlińska gazeta nie wspomina ani słowem o biurach podróży Łukaszenki, zarabiających krocie w pożądanej twardej walucie na bogatych osadnikach, zmierzających z Azji i z Afryki głównie do Niemiec, owej „Ziemi Obiecanej” co najmniej od chwili zaproszenia, wystosowanego pod ich adresem przez ówczesną kanclerz Niemiec, Angelę Merkel (a które w pewnej mierze zadecydowało o zmierzchu jej ery). Nie wspomina o tym, że tak zwane ucieczki migrantów (których nazywa bez uzasadnienia uchodźcami) odbywają się pod osłoną białoruskich organów bezpieczeństwa. Rozpowszechnia natomiast równie ckliwe, co fałszywe opowieści o „ludziach z Afryki i Azji” brutalnie traktowanych (jeśli udało się im przekroczyć granicę białorusko-polską) przez Polaków.

I tak z reguły trafiają oni – pisze TAZ – „na wiele miesięcy do jednego z około dziesięciu polskich obozów internowania. Chyba trudno o większą dyskryminację” – narzeka berliński organ neobolszewików. Na szczęście w tych „polskich obozach” nie są oni narażeni na napaść rasistów, do czego doszło wobec młodych Ukraińców ze strony muzułmanów w ośrodku dla uchodźców w Szwecji. Tę informacje jednak TAZ przemilcza, bo nie pasuje ona jakoś do „wolnościowej” linii gazety.

Te „polskie obozy” okazują się milsze, niż TAZ je maluje na użytek swych czytelników. Bo co to za „obozy”, skoro można do nich telefonować i przeprowadzać wywiady z „!internowanymi”. Jak na przykład z niejakim Miladem, migrantem z Iranu. Gazeta rozpisuje się o tym, że ów Milad od miesięcy przebywa już w „obozie internowania” w Lesznowoli, 25 kilometrów na południe od Warszawy. Od początku maja 23 migrantów przystąpiło tam do strajku głodowego. Protestują oni przeciwko warunkom w Lesznowoli i domagają się zwolnienia. Są w „obozie” od 7 miesięcy, do Polski przybyli ubiegłej jesieni przez Białoruś. Milad jest ich rzecznikiem – pisze TAZ.

O czym TAZ nie pisze, to o powodach przebywania Milada i towarzyszy w Lesznowoli. Ani o tym, że granicę przekroczył nielegalnie, nie starając się na terenie Białorusi w polskiej placówce konsularnej o wizę wjazdową. A trafić do Lesznowoli można jedynie na podstawie postanowienia sądu.

TAZ powołuje się na mało wiarygodne informacje OKO.press i Grupa Granica, instytucji o tym samym profilu politycznym, co i TAZ, która to gazeta utrzymuje zgoła, że uczestnikom głodówki zagraża śmierć.

A przecież – zwierza się gazecie TAZ Milad z Iranu który z 85 kilogramów wagi schudł do 65 („mimo, że jadłem”), „ludzie przyjechali tutaj dla lepszego życia. A teraz żyjemy w więzieniu”. Uczestnicy głodówki zastanawiają się nad rezygnacją z picia, „ale organizacje pomocowe nam odradziły ten krok”, opowiada Milad. I narzeka, że nie ma tam przymusowego odżywiania, strażnikom jest to obojętne, mówi. Jednego uczestnika głodówki przewieziono do szpitala w Grójcu, dodaje.

Uważa on, że mimo ograniczonego dostępu do informacji, wszyscy tu wiedzą, jak Polska postępowała w okresie minionych trzech miesięcy z przybywającymi tam „Ukraińcami/kami”. „Czym się oni od nas różnią? – pyta Milad. „Dlaczego nie zasługujemy na takie samo traktowanie? Czy to się tłumaczy? To pytanie stawiają tu wszyscy”.

Berliński TAZ mógłby na nie odpowiedzieć Miladowi. Ale nie chce. Woli obłudę. Powołuje się na „zielonego” (w istocie polityka PO) posła Tomasza Aniśkę, który zażądał dopuszczenia „niezależnych”, czyli lewicowych, psychologów do „obozu” w Lesznowoli, by mogli porozmawiać z uczestnikami strajku głodowego. Straż Graniczna – podaje TAZ – nie spełniła tego żądania, informując, że przebywający w ośrodku mają zapewnioną optymalną opiekę medyczną i psychologiczną.

Organizacja Grupa Granica ze zrozumiałych względów jest innego zdania. A TAZ rozpowszechnia niesprawdzone informacje, że od ubiegłej jesieni w lasach przy granicy polsko-białoruskiej umarło z wycieńczenia kilkudziesięciu „uchodźców”. Czytelnicy TAZ stawiają pytania: „Dlaczego nie uważa się Białorusi za bezpieczne państwo? Przecież przewozi ona nawet uchodźców swymi samolotami?” – pyta Alex Foley.

Zwraca on zarazem uwagę na niestosowność używania w Niemczech terminu ‘podwójna moralność’: „W Niemczech różnica między tym, co się mówi, co się myśli i co się rzeczywiści robi w związku z konfliktem na Ukrainie, jak głosi fama, trafiło już do leksykonów pod hasłem „podwójna moralność”. Najpierw powinniśmy pozamiatać pod własnymi drzwiami. Tylu „rusolubów” („Russenversteher”) co na niemieckojęzycznych stronach internetowych nie znajdzie się raczej w całej UE. To wstyd! Jak można to usprawiedliwić moralnie? Nie da się!”.

A czytelniczka VanessaH z kolei cytuje TAZ: „Ludzie przyjechali tutaj dla lepszego życia. A teraz żyją w więzieniu”. – I zauważa: „Nie wolno uchodźców z Ukrainy wrzucać do jednego worka z uchodźcami ekonomicznymi. Zagrożenie na Ukrainie jest realne i jako takie jest uznawane przez wszystkie sąsiadujące państwa. Kto poszukuje tylko dobrobytu, temu nie wolno narażać na szwank prawa azylu”.

Felieton Jana Bogatki pt. „Polskie obozy znajduje się na s. 3 „Wolna Europa” lipcowego „Kuriera WNET” nr 97/2022.

Aktualne komentarze Jana Bogatki do bieżących wydarzeń – co środa w Poranku WNET na wnet.fm.


 

  • Lipcowy numer „Kuriera WNET” można nabyć kioskach sieci RUCH, Garmond Press i Kolporter oraz w Empikach w cenie 9 zł.
  • Wydanie elektroniczne jest dostępne w cenie 7,9 zł pod adresami: egazety.pl, nexto.pl lub e-kiosk.pl. Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
Artykuł Jana Bogatki pt. „Polskie obozy” na s. 3 „Wolna Europa” lipcowego „Kuriera WNET” nr 97/2022