Warszawa 1794 r. na szlaku ku Niepodległej. Przypomnienie dzieł historiograficznych płk. profesora Wacława Tokarza

Mimo bardzo krótkiego okresu funkcjonowania Konstytucji uwidoczniły się jej dobrodziejstwa: przyspieszenie rozwoju gospodarczego kraju, „braterskie zbliżenie mieszczan i szlachty” oraz dobre funkcjono

Zdzisław Janeczek

Z okazji 100 rocznicy odzyskania niepodległości Wacław Tokarz, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego i Uniwersytetu Warszawskiego, członek Polskiej Akademii Umiejętności, odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski (1922 r.) i Krzyżem Walecznych, Oficer Francuskiej Legii Honorowej i Kawaler Legii Honorowej, pułkownik WP, historyk polskich walk niepodległościowych, wraz ze swoim dorobkiem naukowym w pełni zasługuje na przypomnienie.

Wacław Tokarz | Fot. Wikipedia

Wacław Tokarz (1873–1937), uczeń Stanisława Smolki, Wincentego Zakrzewskiego i Stanisława Tarnowskiego, wybitny historyk wojskowości, gdy zetknął się z zainicjowanym przez Józefa Piłsudskiego ruchem strzeleckim, objął prezesurę koła Drugiej Krakowskiej Drużyny Strzeleckiej. Współtworzył także Komisję Skonfederowanych Stronnictw Niepodległościowych i upowszechniał idee J. Piłsudskiego wśród młodzieży Uniwersytetu Jagiellońskiego. W 1914 r. wstąpił ochotniczo do wojska. Od 1915 r., jako aspirant, został żołnierzem Legionów Polskich. Był zastępcą Komisarza Głównego i członkiem Rady Polskiej Organizacji Narodowej w 1914 r. Nauczał w szkołach podchorążych w Kozienicach i Kamieńsku. Pod jego redakcją ukazywały się tomiki „Biblioteczki Legionisty”, odbijane czcionkami Drukarni Ludowej w Krakowie. Dzięki niemu do rąk żołnierzy J. Piłsudskiego trafiały myśli i dzieła wybitnych wojskowych i działaczy niepodległościowych, m.in.: Dezyderego Chłapowskiego Wojna w 1807 roku, Ignacego Prądzyńskiego Czterej ostatni wodzowie polscy przed sądem historii, Konstantego Górskiego Bitwa pod Racławicami, Karola Różyckiego Wspomnienia o pułku jazdy wołyńskiej, Władysława Bentkowskiego Notatki osobiste z roku 1863, czy Stanisława ks. Jabłonowskiego Wspomnienia o baterii pozycyjnej artylerii konnej gwardii królewsko-polskiej. Jako historyk był już wówczas autorem kilku znakomitych prac, m.in. ukończonej w 1911 r. książki pt. Warszawa przed wybuchem powstania 17 kwietnia 1794 roku. (…)

W końcu XVIII w., w środku Europy, została popełniona zbrodnia zaboru ziem Rzeczypospolitej, aż do jej unicestwienia, na co od początku, tj. od konfederacji barskiej, nie było zgody Polaków, czemu wyraz dali na sejmie zwołanym 19 IV 1773 r. posłowie Tadeusz Rejtan i Samuel Korsak.

Mocarstwa sąsiednie narzuciły ze względów propagandowych w polityce termin „rozbiory” aby ukryć swoje zbrodnicze pomysły i uniknąć określenia rzeczywistego stanu rzeczy, jakim była okupacja i kolonizacja ziem polskich.

Tak więc w aktach dyplomatycznych epoki znajdujemy obcojęzyczne słowa: „partage”, „Theilung” itp., które w dosłownym znaczeniu należy tłumaczyć jako „podział”, jednak z punktu widzenia politycznej racji stanu Rzeczypospolitej oznaczały: „najazd”, „okupację”, „grabież”, ale nie „rozbiór”, gdyż pojęcie to było nieobecne w polskiej terminologii i nie uwzględnił go współczesny leksykograf i językoznawca Samuel Bogumił Linde (1771–1847) w monumentalnym Słowniku języka polskiego (1807–1815) (…). Podobnie jak zwrot ‘Finis Poloniae’, kłamliwie przypisywany po klęsce maciejowickiej Tadeuszowi Kościuszce, był to termin ukuty przez wrogą propagandę. (…)

Ignacy Potocki | Fot. Wikipedia

Poddanie się zupełnej kurateli rosyjskiej i wyrzeczenie dążeń Sejmu Czteroletniego nie zapewniło Rzeczypospolitej i jej stolicy nawet paru tygodni westchnienia po katastrofie rozbiorowej”. Równie wnikliwie, jak stan umysłów i sytuacje polityczną W. Tokarz charakteryzuje rosyjskich satrapów: Jakoba Sieversa, który kazał wymierzyć działa w salę obrad sejmu grodzieńskiego, oraz jego godnego następcy, gen. Osipa Igelströma, od 28 XII 1793 r. posła nadzwyczajnego i ministra pełnomocnego w Rzeczypospolitej, którego decyzja o redukcji polskiego wojska o połowę (z 15 tysięcy do 7,5 tys.) była bezpośrednią przyczyną wybuchu insurekcji kościuszkowskiej.

W ocenie H. Kocója niezmiernie wartościowe w pracy W. Tokarza są te części, w których autor omawia działalność i rolę Rady Nieustającej, najwyższego organu władzy rządowo-administracyjnej powołanej pod wpływem Katarzyny II przez Sejm Rozbiorowy w 1775 r., zniesionej przez Sejm Wielki i przywróconej w Grodnie w 1793 r. W tej zmodyfikowanej Radzie Nieustającej W. Tokarz wyróżnił trzy odrębne frakcje:

– Ludzi oddanych Stanisławowi Augustowi, liczących na to, że możliwe byłoby porozumienie z przywódcami powstania;

– Partię czysto ambasadorską, której członkowie opowiadali się bez zastrzeżeń za rozkazami gen. Osipa Igelströma, zdając sobie sprawę z tego, że spalili za sobą wszystkie mosty w stosunku do narodu;

– Ludzi z partii Kossakowskiego, którzy zamyślali wznowienie konfederacji targowickiej. Jest znamienne, że W. Tokarz stwierdza, że byli wśród nich szlachetniejsi, jak prymas Michał Poniatowski i marszałek Fryderyk Moszyński. „Odczuwali oni, że Rosja niczego nie gwarantuje prócz hańby i nie chcieli jej dzielić z Ankwiczem, Zabiełłą i Ożarowskim”. (…)

W. Tokarz omawia szczegółowo sytuację gospodarczą ówczesnej Warszawy, nieudane starania o pożyczkę holenderską, pomysł pieniędzy papierowych, położenie materialne wojska i sfer urzędniczych, drożyznę i biedę klas niższych, a nawet prasę i teatr warszawski. Trudną sytuację ludności i jej cierpienia pogłębione okupacją wojsk rosyjskich i działaniami tajnej policji. Ponadto autor podkreśla służalczą postawę Stanisława Augusta wobec Katarzyny II i opisuje represyjne działania wobec Francuzów przebywających w Warszawie, podejrzewanych o sianie rewolucyjnego fermentu wśród Polaków. Prezentuje także pogłoski o kolejnym „rozbiorze” Polski, o którym zaczęto mówić już w styczniu 1794 r. (…)

Jesienią 1793 r. wydano nielegalnie książkę O ustanowieniu i upadku Konstytucji polskiej 3 maja 1791 roku współautorstwa marszałka wielkiego litewskiego. Dzieło to piętnowało słabość i tchórzostwo Stanisława Augusta, który przystępując do targowicy zdezorganizował obronę kraju i zaprzepaścił w 1792 r. szansę na zwycięstwo militarne. Ignacy i Stanisław Potoccy, Hugo Kołłątaj i Franciszek Ksawery Dmochowski krytykowali króla, aby przekonać naród, że powstanie przeciw zaborcom rokuje nadzieję na sukces. Liderzy Stronnictwa Patriotycznego, kreśląc program na najbliższą przyszłość, dowodzili, że mimo bardzo krótkiego okresu funkcjonowania Konstytucji uwidoczniły się jej dobrodziejstwa: przyspieszenie rozwoju gospodarczego kraju, „braterskie zbliżenie mieszczan i szlachty” oraz dobre funkcjonowanie władz. Książkę tę rozkolportowano po kraju w momencie wybuchu powstania. Była ona najsilniejszym i najbardziej propagandowo bolesnym ciosem, jaki zadali Stanisławowi Augustowi przyszli przywódcy powstania. (…)

Wacław Tokarz trafił na czasy, w których z proroctw naszych romantyków: Adama Mickiewicza, Juliusza Słowackiego i Zygmunta Krasińskiego wykreował się ten nieoczekiwany, lecz upragniony: Józef Piłsudski, jak kto w dwugłosie sformułowali Jarosław Marek Rymkiewicz i Andrzej Nowak na łamach pisma „Arcana” (nr 2012/108, s. 9). Nic więc dziwnego, że przeciwstawiał się on negatywnej i lekceważącej organizacyjny wysiłek ocenie powstań, uznając tę tezę za błędną. Bronił demokratycznej zasady wolności narodów zalegalizowanej w traktacie wersalskim 28 VI 1919 r. (…)

Wnikliwa lektura dzieła tego historyka pozwala nam lepiej zrozumieć i określić rzeczywiste pole działanie nie tylko Naczelnika T. Kościuszki i marszałka I. Potockiego, ale także pomniejszych aktorów tej sceny, jak stołecznego szewca Jana Kilińskiego, mianowanego pułkownikiem milicji mazowieckiej, i Andrzeja Kapostasa, warszawskiego bankiera, członka Rady Najwyższej Narodowej i autora ustawy o pieniądzach papierowych z 8 VI 1794 r. Obok nazwisk przywódców ludu pojawiają się też nazwiska generał-majora wojsk koronnych Jana Augusta Cichockiego (1750–1795) oraz członka sprzysiężenia przygotowującego wybuch powstania i generał-lejtnanta wojsk koronnych Stanisława Mokronowskiego (1761–1821), w insurekcji 1794 r. komendanta miasta Warszawy i Siły Zbrojnej Księstwa Mazowieckiego. W tym ostatnim W. Tokarz widział głównie narzędzie króla Stanisława Augusta zmierzającego do opanowania ruchu.

Walki na Krakowskim Przedmieściu szkic J Kossaka | Fot. Wikipedia

Stefan Kieniewicz we wspomnieniu pośmiertnym o Wacławie Tokarzu tak ocenił książkę Warszawa przed wybuchem powstania: „Ta monografia spisku przedinsurekcyjnego opierała się z konieczności tylko na archiwaliach krakowskich. A jednak dała niezmiernie żywy obraz miasta pełnego kontrastów oraz krzyżujących się działań stronników Rosji, szpiegów, patriotów, ludzi wszelkiego stanu od magnatów aż do pospólstwa. W tej książce, będącej tylko fragmentem, zabłysnął Tokarz po raz pierwszy świetnym talentem pisarskim”. Umiejętnie piętnuje arcyłotrów, kłamców (w temacie wolności i niepodległości) i pospolitych zdrajców. (…)

Sukces będącej przedmiotem zainteresowań badawczych W. Tokarza insurekcji warszawskiej przyćmiła gorycz klęski maciejowickiej i szturm Pragi. Generałowi A. Suworowowi caryca podarowała brylantową szlifę do kapelusza i trzy zdobyczne armaty. Na wieść o zdobyciu Warszawy po odczytaniu krótkiego raportu A. Suworowa: „Hurra!” Katarzyna II odpisała: „Hurra, feldmarszałku!”. Wraz z nominacją feldmarszałek otrzymał buławę wysadzaną diamentami i 7 000 dusz. Franciszek II przesłał mu swój portret, a Fryderyk Wilhelm II gwiazdę Orderu Orła Czarnego. Oficerów nagrodzono złotymi krzyżami na wstędze św. Jerzego z napisem „Praga wzięta 24 X 1794 roku”; każdy podoficer i żołnierz dostał medal i jednego rubla.

Po rzezi Pragi dokonanej w 1794 r. przez gen. A. Suworowa przyszły wydarzenia nocy listopadowej 1830 r. i zmagania lat 1863–1864. Warszawa, zdegradowana w XIX wieku do roli stolicy rosyjskiej prowincji o potocznej nazwie Priwislanskij Kraj (Привислинский край), na szlaku do niepodległości dzieliła losy narodu i Rzeczypospolitej. Niegdyś miasto bogate i ważne na mapie Europy, podczas pierwszej wojny światowej zostało ogołocone z kapitału przez niemieckie kontrybucje nałożone na polecenie władz okupacyjnych gen. Hansa Beselera.

W okresie drugiej wojny światowej Warszawę ograbiła z wszelkiego majątku trwałego i obróciła w gruzy III Rzesza. Od 8 V 1940 r. stolica była terenem ulicznych łapanek i obław, większość zatrzymanych kierowano do obozów koncentracyjnych. Symbolem zagłady polskiej ludności miasta stało się KL „Warschau”. Między październikiem 1944 r. a styczniem 1945 r. niemieckie oddziały specjalne, tzw. Technische Nothilfe, zniszczyły około 30% przedwojennej zabudowy lewobrzeżnej Warszawy. Zagładzie uległy wówczas setki bezcennych zabytków oraz obiektów o dużej wartości kulturalnej, sakralnej i gospodarczej. Wyburzaniu i paleniu Warszawy towarzyszyła zakrojona na szeroką skalę grabież pozostającego w mieście mienia publicznego i prywatnego.

Komisarz Rzeszy do spraw Umacniania Niemieckości, Reichsführer SS Heinrich Luitpold Himmler, nakazał wówczas kompletne zniszczenie miasta, po uprzednim opróżnieniu go z wszystkich wartościowych dla Rzeszy materiałów. W wydanym 9 X 1944 r. rozkazie wskazał jednoznacznie: „to miasto ma całkowicie zniknąć z powierzchni ziemi i służyć jedynie jako punkt przeładunkowy dla transportu Wehrmachtu. Kamień na kamieniu nie powinien pozostać. Wszystkie budynki należy zburzyć aż do fundamentów. Pozostaną tylko urządzenia techniczne i budynki kolei żelaznych”.

Aleksander Wojtecki w 1934 r. proroczo napisał: „Polska, która w chwili upadku w końcu XVIII wieku była tak ludna, jak Wielkorosja lub Anglia, a niewiele mniej ludna od Niemiec, zeszła przez okres 150 lat walki o niepodległość do liczby narodów drugorzędnych z powodu ciągłych strat w ludziach i z powodu powstrzymywania się rozwoju przez państwa zaborcze tak w dziedzinie społecznej, jak i kulturalnej. Te olbrzymie straty i morze wylanej krwi bohaterów domagają się należnego uszanowania, tym bardziej, że nadal znajdujemy się w obliczu trudnego zadania utrzymania niepodległości”.

Cały artykuł Zdzisława Janeczka pt. „Warszawa 1794 r. na szlaku ku Niepodległej” znajduje się na s. 6 i 7 czerwcowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 48/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi oraz dodatek specjalny z okazji 9 rocznicy powstania Radia WNET, czyli 44 strony dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Zdzisława Janeczka pt. „Warszawa 1794 r. na szlaku ku Niepodległej” na s. 6 i 7 czerwcowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 48/2018, wnet.webbook.pl

Nasza Pani Najświętszego Serca Jezusowego – mało znany obraz związany z kultem Najświętszego Serca Jezusa

Odarty z ram, wygnieciony i potargany, w końcu stał się przedmiotem internetowej aukcji. Jego wcześniejsze losy nie są znane. Odnowienie przywróciło mu piękno, którym zachwyca nawet znawców sztuki.

Barbara Maria Czernecka

Wizerunek Matki Bożej i Jej Syna w takiej postaci stał się najbardziej popularny w miejscowości Issoudun w departamencie Indre, położonym na terenie środkowej Francji. Tam właśnie około 1854 roku powstała Kongregacja Misjonarzy od Najświętszego Serca. Błogosławiony Papież Pius IX oficjalnie zatwierdził owo modlitewne stowarzyszenie, a wkrótce także sam zarejestrował się jako członek tego bractwa. 8 września 1869 roku czczony tam wizerunek Matki Bożej Najświętszego Serca został uroczyście ukoronowany. (…)

Pierwowzór tego wizerunku przedstawia Najświętszą Maryję Pannę na lewej ręce trzymającą Jezusa, a na prawej dłoni – Jego Najświętsze Serce. Szaty obu postaci mają kolory klasyczne. Suknia Madonny jest barwy purpurowej na znak matczynej miłości. Jej płaszcz – błękitny ze złotawym podszyciem, co oznacza świętość Boga – symbolicznie ukazuje niebo. Otacza cały ludzki rodzaj. Zielony kolor podszewki zapewne nawiązuje do Raju. Dzieciątko na sobie ma tradycyjnie białą, acz misternie przyozdobioną szatkę.

Fot. archiwum prywatne rodziny Czerneckich

Matka Boża nogą odzianą w bucik przydeptuje węża oplatającego kulę ziemską. Ten w paszczy trzyma zerwaną gałązkę z jabłkiem, będącym znakiem owocu z drzewa zakazanego w starotestamentalnym Edenie. Także i tu została więc Niepokalana Maryja przedstawiona jako Nowa Ewa, ostatecznie miażdżąca głowę biblijnego kusiciela.

Najświętsze Serce Syna, gorejące miłością dla nas, acz zranione cierniami naszych grzechów, Bogarodzica trzyma w swojej prawej dłoni. Jest to centralny, bo najważniejszy element całego obrazu.

Wymowne jest także przedstawienie dziecięcej postaci Jezusa. Jedną rączkę położył na piersi, a drugą wskazuje na oblicze Rodzicielki. Jednocześnie dyskretnie, paluszkami, wyjawia tajemnicę własnej boskiej i ludzkiej natury, a także jedności Trójcy Przenajświętszej. Nawet Jego małe stópki obute w sandałki są oznaką panowania i wolności. Dotknął nimi ziemi i zna naszą ciężką dolę. W ziemskim żywocie przecież nie ominęły Go trudy, prześladowania, cierpienia, a nawet męczeńska śmierć, uwieńczona zwycięskim Zmartwychwstaniem.

Postaci na obrazie są opromienione Bożą chwałą. U dołu płótna, nieco zachmurzona, widnieje krzywizna globu. Wyraźnie ponad ziemskim światem jest Królowa – Matka, jako regentka opiekująca się jeszcze małoletnim Królem – Synem. Ona jedna może i umie polecić Jemu wszystkie nasze sprawy. Przytula do Niego głowę, aby jak najuważniej wysłuchać i Jego mądrych słów. Gest ten pięknie wyraża ewangeliczną wartość służby poprzez naturalny, macierzyński instynkt. Zachowany jest w tym tradycyjny porządek, będący podstawą stałości i bezpieczeństwa.

Matka i Syn mają na głowach królewskie korony, zdobne w drogocenne klejnoty. Nie bez znaczenia jest ich kształt. Korona Niewiasty jest otwarta, typowo kobieca, wzorowana na używanych w zamierzchłych czasach przez królowe. Monarszy zaś wieniec Chrystusa jest zamknięty przecinającymi się pałąkami, z krzyżykiem na szczycie, ponad kulką wyobrażającą ziemię. Jest to jeden z elementów regaliów oznaczających suwerennego władcę. (…)

Prezentowany przy tekście obraz na płótnie w oryginale ma pokaźne rozmiary: metr szerokości i dwa metry wysokości. Musiał niegdyś stanowić ważną część niewątpliwie wspaniałego ołtarza katolickiej świątyni. Skrzętnie ukrywa tajemnicę, kto go ufundował, gdzie był czczony, jak długo skupiał na sobie wzrok wiernych i dlaczego został stamtąd zdjęty. Odarty z ram, wygnieciony i potargany kupieckim traktowaniem, w końcu stał się przedmiotem internetowej aukcji. Po dosyć zawiłej podróży po Polsce z ziemi lubelskiej zawrócił na Śląsk, gdzie ponoć pierwotnie został zlokalizowany. Jego wcześniejsze losy nie są znane. Po gruntownej renowacji, przeprowadzonej przez fachowego konserwatora, odzyskał swój wspaniały blask.

Cały artykuł Barbary Marii Czerneckiej pt. „Nasza Pani Najświętszego Serca Jezusowego” znajduje się na s. 8 czerwcowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 48/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi oraz dodatek specjalny z okazji 9 rocznicy powstania Radia WNET, czyli 44 strony dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Barbary Marii Czerneckiej pt. „Nasza Pani Najświętszego Serca Jezusowego” na s. 8 czerwcowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 48/2018, wnet.webbook.pl

EBilet – nierozstrzygnięta sprawa niejasnego przejęcia firmy. Przyczynek do reformy polskiego wymiaru sprawiedliwości

W sprawie eBilet jest możliwe, że odszkodowanie za przejęcie firmy będzie musiał wypłacić skarb państwa, a ludzie, którzy ją przejęli, będą się nią dalej bawić, trzymając firmę na Stadionie Narodowym.

Piotr Krupa-Lubański

XX Wydział Gospodarczy Sądu Okręgowego w Warszawie to instytucja zajmująca się rozpatrywaniem praktycznie wszystkich większych (powyżej 100 tys. zł) spraw gospodarczych z Warszawy i dużej części Mazowsza. Jest to więc miejsce o znaczeniu strategicznym dla szeroko rozumianego biznesu i prowadzenia działalności gospodarczej w stolicy Polski. Jakość pracy tej instytucji wyznacza poziom cywilizacyjny kraju i ma wpływ na tzw. Index of Economic Freedom. Jednocześnie od ponad dekady wydział ten jest zarządzany przez grupę tych samych osób, a rzeczy, które się tutaj dzieją, wołają o pomstę do nieba, ministerstwa sprawiedliwości, a być nawet może do CBA, prokuratury i innych tego typu służb.

Dwa lata temu opisywałem skandaliczne sytuacje sądowe związane z wrogim przejęciem udziałów założyciela portalu eBilet.pl (piszącego te słowa), jednego z najstarszych serwisów polskiego internetu (rok zał. 2001), swego rodzaju ikony.

Kilka lat temu firmę przeniesiono na Stadion Narodowy, co zakrawa na kpinę, ponieważ eBilet jest również symbolem wrogiego przejmowania startup-ów z rąk ich twórców – plagi działalności gospodarczej w Polsce. Prawomocne wyroki sądowe sprzed wielu lat potwierdzają bezpodstawność zagarnięcia udziałów w eBilet.pl oraz nielegalność czynności komornika, a mimo to przywłaszczone udziały nadal znajdują się w rękach autorów tego przekrętu.

Fakt, iż znany serwis internetowy (ponad milion użytkowników), który przejęto w wyniku manipulowania adresami doręczeń, sfingowania roszczeń oraz łamania prawa przez komornika znajduje się w tak reprezentacyjnym miejscu, jest kpiną z przyzwoitości, uczciwości i wszelkich norm życia społecznego. Przekręt trafił na piedestał. Jest to demonstracja bezczelności oraz symboliczne pokazanie, że we współczesnej Polsce wszystko jest akceptowalne.

Co się wydarzyło w sprawie eBilet przez ostatnie dwa lata?

Jednym z ciekawszych wydarzeń był kontrowersyjny wyrok Sądu Apelacyjnego w Warszawie, który może mieć szersze znaczenie, ponieważ legalizuje bezprawne przejmowanie majątków przez komorników oraz pomaga ewentualnym oszustom, którzy mieliby ochotę przejąć tą drogą cudzą własność. Jednocześnie cały ciężar odpowiedzialności przerzuca w praktyce na skarb państwa, czyli podatników. W sprawie eBilet jest możliwe, że odszkodowanie za przejęcie firmy będzie musiał wypłacić skarb państwa, a ludzie, którzy ją przejęli, będą się nią dalej bawić, trzymając tę firmę na wspomnianym Stadionie Narodowym. Im później, tym większe odszkodowania, bo wartość firm z branży internetowej stale rośnie. (…)

Jak zmontowano ten przekręt? Najpierw obecni dysponenci portalu, po zmanipulowaniu adresów doręczeń i sfingowaniu samego roszczenia, załatwili sobie w roku 2010 wyrok zaoczny (!) przeciwko założycielowi portalu na kwotę 1,7 mln zł. Następnie, mimo trwającej procedury wznawiania sprawy sądowej, postanowili użyć tego wyroku do przejęcia udziałów w spółce eBilet należących do jej założyciela. W tym celu skorzystali z pomocy znanego, bardzo doświadczonego warszawskiego komornika, który przepisał na nich te udziały, pomijając obowiązek przeprowadzenia wyceny oraz całej procedury „przekazania” pod nadzorem Sądu Rejonowego Warszawa Śródmieście. Zamiast w sądzie, zrobił to na własną rękę, w zaciszu swojej kancelarii. (…)

We wrześniu 2012 r. czynności komornika, po przejściu przez dwie instancje sądowe, zostały prawomocnie unieważnione jako wydane z rażącym naruszeniem prawa. Sąd pierwszej instancji próbował bronić komornika, wykazując się brakiem elementarnej wiedzy w zakresie przepisów o egzekucji. Tylko czy na pewno był to tylko brak wiedzy? Nie wierzę.

W ten sposób stworzono nową rzeczywistość, cofającą nas do czasów stalinowskich. Otóż komornik może jednym pociągnięciem pióra i przybiciem czerwonej pieczątki pozbawić kogoś dowolnie dużego majątku, przekazując go komuś innemu. (…)

Dwa lata temu opisywaliśmy szereg kontrowersyjnych sytuacji, które trudno jest wytłumaczyć inaczej niż przez przyjęcie teorii o funkcjonowaniu w XX Wydziale Gospodarczym jakiegoś „układu”. Od tego czasu jest tylko gorzej. (…)

Korelowanie czasów przebiegu różnych procesów i używanie postanowień z jednych do wpływania na wynik innych jest standardową metodą działania. W tym świetle kontrowersyjne wyroki nabierają jeszcze ciemniejszych barw, ponieważ staje się coraz mniej prawdopodobne, że zapadły przypadkiem. Dużo pewniejsze jest, że zapadły, bo miały pomóc w „ustawieniu” innego procesu. To oczywiście wszystko hipotezy, ale w naukach przyrodniczych oraz w życiu jest tak, że najprostsze wyjaśnienia są zazwyczaj tymi prawdziwymi. (…)

W innym procesie, dotyczącym odprawy za kontrakt menedżerski, która powinna być wypłacona założycielowi eBilet w roku 2009 (a nie została wypłacona do dziś) i który miał się zakończyć w czerwcu 2017 roku (po 8 latach!), na dwa dni przed ostatnim terminem sędzia prowadzący sprawę awansował do innego wydziału. Oczywiście wbrew dobrym obyczajom i deklaracjom ministra sprawiedliwości, nie pozwolono mu zakończyć tej sprawy. Termin spadł.

Przez kilka miesięcy nie zrobiono nic, po czym na jesieni przewodniczący XX Wydziału, łamiąc przepisy kpc, wyznaczył jako nowego sędziego panią, która już raz orzekała w tej sprawie około roku 2011, ale jej wyjątkowo niemerytoryczny wyrok został zmieciony przez Sąd Apelacyjny. Nie powinna więc nigdy więcej pojawiać się w tej sprawie. Wystarczył jeden telefon do sekretariatu, żeby przewodniczący wycofał się z tego pomysłu, nie trzeba było nawet wszczynać procedury zaskarżenia.

Ta pomyłka (?) to kolejne kilka miesięcy opóźnienia. Kolejny sędzia, żeby zdążyć zapoznać się z aktami sprawy, ustalił termin na… maj 2018, czyli rok po poprzednim terminie, odwołanym w dziwnych okolicznościach. Tego typu akcje to standardowy repertuar polskich sądów. (…)

Powtarzalność kontrowersyjnych sytuacji prawie w każdym procesie eBiletu, jaki ma miejsce w XX Wydziale Gospodarczym, stanowi statystyczne potwierdzenie hipotezy o istnieniu „układu”. Na przestrzeni 8 lat dochodzi systematycznie, w każdym procesie, do grubych „nieprawidłowości”, które zawsze działają na korzyść sprawców przywłaszczenia. To tak jakby w kasynie, podczas gry w ruletkę, 20 razy z rzędu wypadł kolor czerwony. Jest to oczywiście możliwe, ale z prawdopodobieństwem wygranej w totolotka.

Cały artykuł Piotra Krupy-Lubańskiego pt. „Co słychać w sprawie eBilet” znajduje się na s. 18 czerwcowego „Kuriera WNET” nr 48/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi oraz dodatek specjalny z okazji 9 rocznicy powstania Radia WNET, czyli 44 strony dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Piotra Krupy-Lubańskiego pt. „Co słychać w sprawie eBilet” na s. 18 czerwcowego „Kuriera WNET” nr 48/2018, wnet.webbook.pl

Masz problem z patriotyzmem, wstydzisz się tego słowa? Patriotyzm wstydu nie przynosi. Takie będą Rzeczypospolite…

Wystarczy kilka lekcji w zabrskiej „trójce” im. Bohaterów Monte Cassino, a przekonasz się, że patriotyzm wstydu nie przynosi ani też nie trąci nacjonalizmem. Szkół o podobnym charakterze przybywa.

Tadeusz Puchałka

Nie jest możliwe, by suchy opis mógł stanowić rzetelną relację z uroczystości organizowanych corocznie z okazji święta patronów szkoły, połączonych ze wspomnieniem bitwy o Monte Cassino, przez tę placówkę wychowawczą z charakterem. Po raz kolejny mieliśmy okazję uczestniczyć w niecodziennej lekcji, przypominającej najcenniejsze dla Polaków wartości. Wielu, nie wiedzieć czemu, stara się o nich dziś zapomnieć…

Masz problem z patriotyzmem, wstydzisz się tego słowa? Wystarczy kilka lekcji w zabrskiej „trójce” im. Bohaterów Monte Cassino, a przekonasz się, że patriotyzm ani wstydu nie przynosi, ani też nie trąci nacjonalizmem. W zgodzie z przekonaniem, że „takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie”, wychowuje się młodzież w zabrskiej „trójce”. Z pewnością władze miasta są dumne z takiej wizytówki, czego niezbitym dowodem była obecność ich przedstawicieli na uroczystościach rocznicowych w dniu 10 maja.

Szkół o podobnym „mocnym charakterze”, wychowujących młodzież z pełnym oddaniem, przybywa. Placówkami tego typu możemy pochwalić się także w Knurowie, dzięki oddaniu i w pełni profesjonalnemu podejściu wychowawców i nauczycieli. (…)

Uroczystościom upamiętniającym 74 rocznicę zwycięskiej bitwy o Monte Cassino, których miejscem tradycyjnie od wielu lat jest Szkoła Podstawowa nr 3 (dawniej Gimnazjum nr 16), dała początek msza święta w kościele św. Anny. W nabożeństwie w intencji bohaterskich uczestników bitwy o Monte Cassino, uczestniczyła kompania Honorowa 34 Dywizjonu Rakietowego Obrony Powietrznej z Bytomia.

Po mszy świętej wierni, poczty sztandarowe, licznie przybyli na uroczystości goście oraz przedstawiciele władz miasta udali się pod pomnik Bohaterów Monte Cassino. Jak co roku, przemarsz otwierała orkiestra wojskowa z Bytomia i pododdział kompanii honorowej. Pod pomnikiem odczytano Apel Pamięci, po czym złożono wieńce i wiązanki kwiatów, m.in. goście specjalni – syn i córka niezwykle zasłużonego dla szkoły profesora Witolda Żdanowicza, którego imieniem uhonorowano szkolną Izbę Pamięci. Na zakończenie uroczystości pod pomnikiem została oddana salwa honorowa. Następnie odbyła się akadema w murach szkoły, połączona z koncertem laureatów XIII Regionalnego Festiwalu Pieśni Patriotycznej.

Cały artykuł Tadeusza Puchałki pt. „Patriotyzm wstydu nie przynosi” znajduje się na s. 12 czerwcowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 48/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi oraz dodatek specjalny z okazji 9 rocznicy powstania Radia WNET, czyli 44 strony dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Tadeusza Puchałki pt. „Patriotyzm wstydu nie przynosi” na s. 12 czerwcowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 48/2018, wnet.webbook.pl

Kongres Polska Wielki Projekt. Fundamentem, warunkującym rezonans i skuteczność jego przesłania, jest miłość do Polski

Kongres przebił się do szerszej społecznej świadomości jako intelektualna propozycja konkurencyjna i zdecydowanie intelektualnie atrakcyjniejsza od dominującej przez lata narracji liberalno-lewicowej.

Maciej Mazurek

Zakończona VIII edycja Kongresu Polska Wielki Projekt, mająca miejsce w Warszawie w dniach 17–20 maja, potwierdziła zasadę, że warunkiem skuteczności oddziaływania, z czym Polsce prawica ma czasami problem („słomiany zapał”), jest regularność i świetna organizacja. (…)

Kiedy organizatorzy decydowali się na organizację Kongresu w 2011 roku, chodziło o oddanie hołdu Lechowi Kaczyńskiemu i walkę z coraz bardziej oligarchizującym się systemem. Ten system oznaczał demontaż państwa polskiego.

Pamięć ludzka jest krótka. Warto przypomnieć, jaka aura panowała po 10 kwietnia 2010 roku, jakie siły ujawniły się polskiej polityce, jak zaczął się zmasowany atak na polską podmiotowość. Trzeba było się temu przeciwstawić. To wtedy prof. Zdzisław Krasnodębski i prof. Ryszard Legutko, humaniści z najwyższej półki, ujawnili się jako radykalni, twardzi publicyści walczący z „przemysłem pogardy” i „czarną pianą gazet”, ośmielając innych do aktywności. (…)

Kongres przebił się do szerszej społecznej świadomości jako intelektualna propozycja konkurencyjna i zdecydowanie intelektualnie atrakcyjniejsza od dominującej przez lata narracji liberalno-lewicowej. Biorąc pod uwagę siłę tej narracji, to wielki sukces intelektualny i prestiżowy. A wiadomo, jak ważna, zwłaszcza w naszych czasach, jest kwestia prestiżu, przy ruchomej, płynnej społecznej rzeczywistości.

Kongres Polska Wielki Projekt uświadomił dużym odłamom polskiego społeczeństwa, że istnieje silna niepodległościowa i patriotyczna elita intelektualistów, przedsiębiorców i artystów, że jest alternatywa wobec krytycznego względem Polski dyskursu i że szyderstwo z Polski świadczy o prostactwie i „pomroczności ciemnej”. (…)

Wszystkie debaty były intrygujące i miały w sobie intencję modernizacyjną. Obecność gości zagranicznych, między innymi filozoficznej gwiazdy pierwszej wielkości – Petera Sloterdijka, laureata Nagrody Nobla z ekonomii prof. Thomas Sargenta, prezesa Sądu Konstytucyjnego Węgier dra Tamasa Sulyoka czy historyka prof. David Engelsa, nadała Kongresowi międzynarodowego wymiaru, co pozwoliło zobaczyć sprawy polskie w szerszej perspektywie.

Dwoma wspaniałymi akordami tegorocznej edycji Kongresu było przyznanie medalu „Odwaga i Wiarygodność” Ance Marii Cernei, przewodniczącej Stowarzyszenia Lekarzy Katolickich z Rumunii, i Nagrody im. Lecha Kaczyńskiego znakomitemu pisarzowi i tłumaczowi Antoniemu Liberze. Ich wystąpienia były poruszające i porywające, wymagają praktycznie osobnego omówienia. Ograniczę się do kilku uwag. Dlaczego wystąpienia te były tak przejmujące? Otóż przywracały one zasadę rzeczywistości, czyli poczucie kruchości porządku, w jakim żyjemy, i skalę zagrożeń wolności w sferze wewnętrznej i zewnętrznej. Wewnętrzne zagrożenie oznacza skażenie duszy, niezwykle chytre zniewolenie, które płynie z lewackich ideologii. Jest w nich ukryty wirus nowej mutacji totalitaryzmu. Zewnętrzne zniewolenie natomiast oznacza zagrożenie ze strony imperialnych ambicji Rosji, która usiłuje odbudować imperium.

Uderzyła mnie ostrość i twardość wystąpienia Anki-Marii Cernei, która powiedziała między innymi, że nikt w Rumunii, poza nielicznymi intelektualistami, nie miał złudzeń, co stało się w Smoleńsku 10 kwietnia 2010 roku. Słowa Anki-Marii Cernei wielkiej miłośniczki Polski, działaczki na rzecz wolności w Rumuni i Europie, miały siłę konkretu, która wynikała z tego, że mówiła to lekarka osobiście, rodzinnie doświadczona przez rumuński komunizm, w którym skala przemocy jest dziś trudna do pojęcia. Walka z takim systemem zahartowała ją, „wydestylowała” osobowość, jeśli można użyć takiego sformułowania, która jest wzorem szlachetności i siły. Medal Ance-Marii Cernei wręczył, co jest jednocześnie symboliczne i oczywiste, Bronisław Wildstein.

Cały artykuł Macieja Mazurka pt. „Kilka uwag o Kongresie Polska Wielki Projekt” znajduje się na s. 5 czerwcowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 48/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi oraz dodatek specjalny z okazji 9 rocznicy powstania Radia WNET, czyli 44 strony dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Macieja Mazurka pt. „Kilka uwag o Kongresie Polska Wielki Projekt” na s. 5 czerwcowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 48/2018, wnet.webbook.pl

Cywilizacja europejska znika pod wpływem globalizacji. Będziemy mieć do czynienia z coraz większą rolą islamu

Dzisiaj nawet europejski wyznawca judaizmu, który sprzeciwi się promowaniu masowej imigracji lub zakwestionuje możliwość integrowania imigrantów, zostanie przez media nazwany nazistą.

Antoni Opaliński
David Engels

Nadchodzi epoka imperiów

Rozmowa z profesorem Davidem Engelsem, belgijskim historykiem starożytności, wykładowcą Université Libre de Bruxelles, autorem m.in. książki o podobieństwach historycznych między późną republiką rzymską a obecną Unią Europejską. Wywiad został przeprowadzony podczas tegorocznej edycji Kongresu Polska Wielki Projekt. Rozmawiał Antoni Opaliński.

Co Pan sądzi o sytuacji w Polsce? Z niektórych zachodnich mediów można się dowiedzieć o postępującym nacjonalizmie i kryzysie demokracji.

Jako historyk starożytności nie śledzę bardzo dokładnie polskiej polityki i nie czytam polskich gazet. Jednak widzę ogromną przepaść między tym, co jest przedstawiane w mediach, a tym co naprawdę się dzieje. Czytając o polskiej polityce w zachodnich mediach, można stwierdzić, że wiele zarzutów wysuwanych wobec polskiego rządu jest nieporównywalnych wobec wydarzeń akceptowanych w innych krajach. Nawet najdrobniejsze rozwiązanie proponowane przez polski rząd jest natychmiast traktowane jako potencjalnie nacjonalistyczne czy ksenofobiczne. Ale kiedy w innych krajach dzieją się rzeczy dużo bardziej niebezpieczne, np. hiszpańskie podejście do sprawy katalońskiej, spotyka się to jedynie z milczeniem i zapewnieniami, że Unia nigdy nie ingeruje w wewnętrzne sprawy swoich członków.

Podczas ostatnich podróży do Warszawy, Krakowa czy Przemyśla zawsze czułem się bardzo dobrze. Na ile mogłem to stwierdzić, wszędzie w Polsce panuje żywa, demokratyczna debata.

Nie ma wrażenia, że jest się w autorytarnym państwie policyjnym. Przeciwnie, miałem poczucie, że jestem w kraju o wiele bardziej wolnym i normalnym niż np. dzisiejsza Belgia, gdzie ludzie o pewnych poglądach są po prostu zmuszani do milczenia. Natomiast obecność policji na ulicach Brukseli jest prawdopodobnie dziesięć razy większa niż w Warszawie.

To jak wygląda dziś wolność słowa w tej „starej”, „pokarolińskiej” Europie?

Nie żyjemy oczywiście w państwie autorytarnym, gdzie wypowiadanie poglądów, które nie odpowiadają rządowi, jest karane więzieniem. Nic z tych rzeczy. Jednak panuje szeroko rozpowszechnione poczucie, że pewnych rzeczy mówić nie wolno. Na przykład nie wolno krytykować masowej imigracji, nie można krytykować Unii Europejskiej. Nie można propagować pewnych poglądów religijnych, na przykład katolickiego punktu widzenia na aborcję. Takie opinie od razu są kwalifikowane jako ekstremistyczne. Kiedy się raz zostanie określonym jako konserwatysta, można stać się wkrótce reakcjonistą, następnie faszystą, a potem nazistą. Jeżeli raz się wypadnie ze spektrum dozwolonych poglądów, można szybko trafić do kąta dla ekstremistów.

To bardzo utrudnia normalne funkcjonowanie w życiu społecznym i zawodowym, bo ludzie zaczynają cię omijać, unikają wymiany poglądów – bo jeszcze ktoś mógłby stwierdzić, że zgadzają się z twoimi opiniami. Ten bardzo misterny i efektywny sposób na ograniczanie wolności słowa spowodował, że o wielu problemach ludzie rozmawiają w wąskim kręgu. I każdy powtarza – tego nie mogę powiedzieć głośno, bo ludzie pomyślą, że… Zupełnie nie czuję tej opresyjnej atmosfery, kiedy przyjeżdżam do Polski albo na Węgry.

Jakie są przyczyny tej sytuacji? Czy to ma związek z lewicową rewolucją lat sześćdziesiątych?

Tak, to może być jedna z konsekwencji rewolucji kulturalnej 1968 roku. Uważam, że ma to również ścisły związek z poczuciem winy po II wojny światowej. Zwłaszcza w przypadku Niemiec wydaje się to zrozumiałe. Nie jestem Niemcem, ale pracowałem w Niemczech przez długi czas i obserwowałem z bliska tę sytuację.

Trauma niemieckiej winy po II wojnie światowej nie znikła w ciągu kolejnych dziesięcioleci, ale wręcz się powiększyła w następnych pokoleniach. Poczucie odpowiedzialności wydaje się obecnie większe niż pół wieku temu. Ten proces rozszerzył się na inne zagadnienia i inne kraje. Obecnie nie chodzi już tylko o II wojnę światową, ale też o winy kolonializmu, o wojny poprzednich epok, o inkwizycję i wyprawy krzyżowe.

Pozostałe narody starają się wypracować własne podejście do kolonialnej przeszłości. Mamy więc do czynienia z powszechnym poczuciem historycznej winy, wręcz z masochizmem, który jest konsekwencją takiej postawy. To wszystko wpływa na przykład na stosunek do kryzysu migracyjnego. Każda krytyka imigracji czy też sposobu integracji ludzi związanych z innymi kulturami zmienia się szybko i często bez powodu w debatę o rasizmie. Natychmiast wspominany jest holokaust, a każdy, kto nie wyraża powszechnie akceptowanych poglądów politycznych, staje się od razu nazistą. Dzisiaj nawet europejski wyznawca judaizmu, który sprzeciwi się promowaniu masowej imigracji lub zakwestionuje możliwość integrowania imigrantów, zostanie przez media nazwany nazistą. To oczywiście absurdalne, ale właśnie do tego doszliśmy.

Jest Pan autorem książki o podobieństwach między kryzysem starożytnej republiki rzymskiej a kryzysem Unii Europejskiej. Jakie wspólne cechy widzi Pan w tych dwóch tak odległych procesach?

Jestem przede wszystkim historykiem starożytności, a moja podstawowa wiedza dotyczy historii Grecji i Rzymu. Parę lat temu napisałem książkę o narzucających się analogiach między tymi dwiema historycznymi sytuacjami – późna republika rzymska, a więc I wiek przed Chrystusem, i obecne czasy.Chciałbym podkreślić, że nie piszę o upadku imperium rzymskiego, tylko właśnie o kryzysie republiki, o jej powolnej dezintegracji i transformacji w autorytarne państwo. Ten proces wydał mi się kluczem do zrozumienia tego, co się dzieje w dzisiejszej Europie. Jest wiele podobnych czynników – np. kryzys demograficzny, fenomenem masowej imigracji. W okresie późnej republiki występuje też kryzys tradycyjnej rodziny i fala rozwodów. Jest także schyłek tradycyjnej religii republikańskiego Rzymu i napływ nowych wierzeń ze wschodnich części imperium, które zdobywały coraz silniejszą pozycję w miastach. Była analogia do globalizacji w formie romanizacji całego znanego świata – tak jak dziś globalizacja przybiera formę amerykanizacji. Można zaobserwować kryzys uczestnictwa w polityce i powstanie ekonomicznej oligarchii, która używała pseudorepublikańskiej dekoracji.

Technokracja, asymetryczne wojny – nie konflikty między krajami, tylko wojny państwa, które uważa się za gwaranta cywilizacji i praw człowieka z barbarzyńcami. Terroryzm, piractwo… wszystkie te zjawiska, które możemy zaobserwować dzisiaj. A przede wszystkim – powolna, wewnętrzna dezintegracja systemu politycznego, który stracił zdolność do rozwiązywania problemów ludzi. Późna republika charakteryzowała się też – podobnie jak dziś Unia – pewną bezradnością, z której korzystała oligarchia, ale która była szkodliwa dla większości społeczeństwa. To doprowadziło do sporów wewnętrznych i wojen domowych. Uważam, że jesteśmy obecnie na krawędzi podobnego rozwoju sytuacji w Europie. A potem jedynym wyjściem z katastrofy okazuje się transformacja państwa w kierunku autorytarnym z republikańską fasadą, trochę jak w dzisiejszej Rosji, Turcji czy Chinach. Sądzę, że to może nastąpić w Europie w najbliższych dekadach.

Gdzie będzie wtedy ośrodek władzy?

To bardzo dobre pytanie, ponieważ dzięki Grupie Wyszehradzkiej Europa jest dziś podzielona. Zachodnia część jest liberalna – w takim sensie, o jakim mówiliśmy na kongresie, liberalna społecznie, kulturalnie i obyczajowo w duchu kontynuacji roku 1968. Spora część krajów europejskich jest już zislamizowana. Ale jest też wschodnia część Unii Europejskiej, która próbuje przeciwstawić się tym ogólnym trendom. Nie wiem, co z tego wyniknie, bo jest oczywiście wiele różnic między aktualną sytuacją a schyłkiem republiki rzymskiej. Historia nigdy nie powtarza się w ten sam sposób. Jednak obserwując ogólny kierunek przypuszczam, że zachodnia Europa będzie dużo mniej stabilna politycznej od wschodniej części Unii. Uważam, że problemy z imigracją, brak równowagi społecznej i stagnacja gospodarki spowodują ogólny kryzys, brak stabilności politycznej i dominację partii populistycznych, które nie muszą koniecznie wchodzić do rządów, ale przez samą obecność w parlamentach będą zmuszać inne partie do uwzględniania swoich postulatów. Spodziewam się więc, że zachodnią Europę czeka powolny schyłek i że coraz trudniej będzie nią rządzić. Z powodów demograficznych będziemy mieć do czynienia z coraz większą rolą islamu.

Natomiast Europa Środkowa ma sporą szansę, aby nie ulec tej ewolucji, zarówno ekonomicznej, jak i migracyjnej i stać wyspą stabilności.

Uważa Pan, że to w ogóle możliwe – nie ulec presji migracyjnej?

Mam nadzieję. Myślę, że to jest przede wszystkim kwestia odpowiedniej decyzji politycznej.

Czy da się powstrzymać fale migracji za pomocą decyzji politycznej?

W tej chwili to działa całkiem sprawnie. Ja mieszkam w mieście, w którym trzecia część ludności ma korzenie muzułmańskie. Aby osiągnąć taki poziom, do Polski musiałyby przybyć miliony ludzi. Nawet gdyby Polska czy Węgry przyjmowały więcej imigrantów, nie osiągnęłyby łatwo takiego poziomu.

Tymczasem wczoraj, na Kongresie Polska Wielki Projekt wysłuchaliśmy odmiennej wizji. Znany niemiecki filozof Peter Sloterdijk tłumaczył, że Europa powinna być postimperialna, postheroiczna, postreligijna… Właściwie post-wszystko… Po prostu słuchajmy wskazań europejskiej centrali i wszystko będzie w porządku.

Sam Pan powiedział, że Sloterdijk mówił jak „powinno być”. To bardzo miłe, kiedy ktoś mówi, że będzie pięknie. Też mógłbym powiedzieć o Europie, masowej ekonomii, hiperkapitalistycznej gospodarce i marksizmie kulturowym, że będą dobrze działać, kiedy ludzie będą dobrze się zachowywać. Tak jak wczoraj usłyszeliśmy, w państwie złożonym z aniołów nie ma żadnych politycznych problemów. Ale problem polega na tym, że mamy do czynienia z prawdziwą historią i prawdziwymi ludźmi, z realnymi konfliktami i z określonym dziedzictwem kultury, które każdy z nas posiada.

Apelowanie o Unię Europejską, która nie będzie imperialna, jest może i godne podziwu, ale absolutnie naiwne. Historia nigdy nie była opowieścią o pacyfizmie. Historia zawsze była – i obawiam się, że zawsze będzie – o walce kultur, imperiów, narodów, politycznych i ekonomicznych interesów. Zawsze będzie mówiła o religiach, które chcą rozszerzać swój zasięg, bo uważają, że znają prawdę i chcą ją upowszechniać. Tak więc możemy oczywiście mieć nadzieję, że świat będzie dobry, ale kiedy zapominamy o doświadczeniu historycznym, taka naiwność staje się niebezpieczna.

Ja też oczywiście mam nadzieję, że Unia Europejska poradzi sobie z tymi wszystkimi problemami i będzie żyć w pokoju ze swoimi sąsiadami. To powinien być nasz cel, ale powinniśmy pamiętać o zasadzie – si vis pacem, para bellum. Trzeba być gotowym na wszystko, co może nadejść. A Sloterdijk proponuje, aby po prostu wyjść poza historię. To byłoby możliwe, gdyby na świecie nie było żadnego państwa poza Unią Europejską.

Jeśli mamy zastanowić się nad tym, czego zabrakło w jego wystąpieniu, to np. odpowiedzi, jak postępować wobec powstającego imperium chińskiego, potężniejszego niż Unia i Stany Zjednoczone razem. Jak poradzić sobie ze światem islamu, dynamicznym, ekspansywnym i poszukującym własnej politycznej drogi. Jest też populacja Afryki, eksplodująca, żyjąca w ogromnym ubóstwie. To są wszystko fakty, których nie można zignorować. Nie możemy powiedzieć, że mamy Unię Europejską, historia się skończyła, a my żyjemy sobie w pokoju.

Wróćmy zatem do historii. Który z antycznych pisarzy jest dziś najbardziej aktualny i może nam powiedzieć coś istotnego o naszych czasach?

Wskazałbym dwa nazwiska. Z jednej strony to oczywiście Cyceron. Analiza upadku jego państwa, którą zawarł w traktacie De re publica, jest wciąż aktualna również dla nas. Cyceron pokazuje i tłumaczy transformację republiki w państwo bardziej scentralizowane, bezwiednie przygotowując nadejście formy państwa z czasów Augusta. Drugi to Salustiusz, historyk czasów późnej republiki, ze swoją pesymistyczną, lecz realistyczną wizją polityki. Pokazuje, jak wojny domowe i zamieszki I wieku przed Chrystusem nie wydarzyły się przypadkiem, lecz stanowiły konsekwencję wewnętrznego rozprzężenia obyczajów. Ta diagnoza może okazać się profetyczna także w odniesieniu do naszych czasów.

Dziedzictwo Europy to antyk, ale to również chrześcijaństwo. Czy uważa Pan, że chrześcijaństwo odegra jeszcze jakąś rolę w dziejach zachodniej Europy?

Chrześcijaństwo znajduje się u korzeni naszej europejskiej tożsamości. Sądzę, że nawet bardziej niż dziedzictwo świata antycznego. Zresztą przez wieki dzieła autorów starożytnych były interpretowane za pośrednictwem chrześcijaństwa. W pewnym sensie chrześcijaństwo jest Europą.

Skutkiem porzucenia, a nawet walki z tym dziedzictwem od XVIII wieku stało się w dłuższej perspektywie podcięcie naszych korzeni. Teraz ponosimy konsekwencje. Na przykład współczesne państwo demokratyczne nie ma podstaw gwarantujących jego funkcjonowanie. Sposób, w jaki ludzie odnoszą się do siebie, lojalność, rodzina, wiara w Boga, moralność… wszystkie te rzeczy, których nie da się zawrzeć w pisanej konstytucji, ale bez których demokracja nie działa. Z powodu niszczenia chrześcijaństwa demokracja powoli przemija i jest w nieustannym kryzysie.

W tym momencie można powiedzieć, że chrześcijaństwo w Europie Zachodniej właściwie zanikło. Nawet wśród tych niewielu ludzi, którzy mogliby powiedzieć, że mają katolickie lub protestanckie korzenie. Mówią, że są chrześcijanami, bo byli jeszcze ochrzczeni, ale czy rzeczywiście w cokolwiek wierzą, czy też jest to jedynie wyraz pewnej przynależności kulturowej? Niewielu ludzi można naprawdę nazwać chrześcijanami, większość to w najlepszym razie monoteiści, którzy uważają, że w ostateczności wszystkie religie są takie same, a Święta Trójca czy Maryja Dziewica to jedynie symbole. W tej chwili z chrześcijaństwa w Europie Zachodniej zostało niewiele. Jeżeli spojrzymy na statystyki, już teraz więcej ludzi realnie praktykuje islam niż katolicyzm.

Mam niewielką nadzieję, że wobec wzrostu islamu i postępującej dezintegracji społecznej i ekonomicznej na Zachodzie, ludzie mogą na nowo odkryć chrześcijaństwo, by potwierdzić swoją tożsamość. Kiedy presja z zewnątrz jest tak duża, może pojawić się potrzeba zdefiniowania siebie samych. Jeszcze dwa pokolenia wstecz nie było takiej potrzeby.

Wobec masowej imigracji ludzi z innych kultur, Europejczycy mogą zapragnąć samookreślenia: „my, czyli chrześcijanie”. Może więc pojawić się pewna forma chrześcijaństwa, konieczna, aby zdefiniować się w opozycji np. do islamu. Nie wiem, czy to nowe, może „drugie” chrześcijaństwo może być bardziej duchowe, raczej nie będzie opierać się na żarliwej wierze i modlitwie. To będzie raczej formuła przyznawania się do dawnej kultury europejskiej. Trudno też przewidzieć, na ile ten proces może osiągnąć masowy charakter.

Nasze czasy nie są pierwszą epoką, w której ogłasza się kryzys Europy. Zajmuje się Pan także niemieckim myślicielem Oswaldem Spenglerem, który już 100 lat temu pisał o „zmierzchu Zachodu”.

Jestem pod wielkim wrażeniem Oswalda Spenglera. Mogę chyba określić siebie jako jednego z kilku obecnie spenglerian, przewodniczę nawet Oswald Spengler Society. Jestem więc, jeśli chodzi o Spenglera, nieco stronniczy. Tak, uważam, że nawet dziś, w roku 2018, to, co Spengler przewidywał w roku 1918, jest w 90, a może 95% wciąż aktualne. To, co przewidywał jako nasz przyszły rozwój, rzeczywiście się wydarzyło.

To zresztą wcale nie musi prowadzić tylko do pesymistycznych wniosków. On bardzo dobrze wyraził przede wszystkim ideę, że wszystkie wielkie kultury mają swoje narodziny, swój początek, apogeum, upadek i śmierć.

Rzeczywiście, myślę, że nasza kultura bardzo powoli zmierza – jak kultura grecko-rzymska w I wieku przed Chrystusem – do pewnej formy końca swojej biologicznej ewolucji. I może wejść w okres może nie posthistorii, ale stagnacji. Jeszcze do tego nie doszliśmy, ale już wkrótce…

Ja niestety nie wierzę w nastanie prawdziwego renesansu Europy. Myślę raczej o możliwości pewnej stabilizacji, o kreowaniu dążeń do nieco bardziej konserwatywnych form rządów, obrony wartości europejskich i przekazania ich naszym dzieciom. Być może osiągniemy – po okresie wewnętrznych zamieszek, a nawet wojen domowych na zachodzie Europy – okres imperialnej stagnacji, gdzie wszystko jest wewnętrznie dobrze uporządkowane. Będziemy raczej dbali o przeszłość niż rozwijali cokolwiek dla przyszłości.

A co z przyszłością świata? Czy czeka nas globalna cywilizacja, jak na ulicach San Francisco, z wielością narodów, języków i ras, czy raczej walka imperiów?

Walka imperiów, ewidentnie. Nawet sama idea globalizacji nie jest wcale prawdziwa. Jedyną cywilizacją, która stała się zglobalizowana i zróżnicowana, jest cywilizacja europejska. Wspomniał Pan o ulicach San Francisco; to samo można powiedzieć o Paryżu czy Londynie, gdzie spotkamy ludzi ze wszystkich kultur, o różnych korzeniach. Ale to wszystko dotyczy Europy i USA.

Kiedy udamy się np. do Chin, do Pekinu, nie spotkamy mas ludzi ze świata islamu, z Afryki czy Europy, tylko samych Chińczyków. Oni żyją w samowystarczalnym świecie, gdzie nie zrobisz kroku jedynie ze znajomością angielskiego. Podobnie jest w Bagdadzie, w Kairze, a nawet w Indiach. Powiedziałbym, że już teraz żyjemy w świecie olbrzymich kulturowych, a często i politycznych bloków: Chiny, Indie, świat islamu, jest też południowa część Afryki, obecnie w stanie chaosu. Wszystkie te regiony są raczej homogeniczne pod względem kultury, a często i polityki. Jedyną częścią świata, która naprawdę uległa globalizacji jest Europa.

Nie powinniśmy ulegać złudzeniu, że skoro nasze kraje stały się „wymieszane”, to podobnie jest na całym świecie. Wprost przeciwnie: jedyną kulturą, która znika wskutek globalizacji, jest cywilizacja europejska.

Cywilizacja chińska nie ulega żadnemu wymieszaniu kultur. Wprost przeciwnie, każdy w tej chwili odkrywa na nowo swoją tożsamość. Chińczycy w ostatnich latach dokonali ogromnego wysiłku, aby odnowić tradycję sprzed rewolucji, nawiązują do Konfucjusza czy Lao Tse. Muzułmanie są przekonani o konieczności wracania do dorobku przodków, Indie są często postrzegane jako kraj nacjonalistyczny. Wszędzie widzimy tworzenie bloków kulturowych, z wyjątkiem Zachodu, gdzie staramy się być otwarci, tolerancyjni i ulegamy coraz większym wpływom, a częściowo wręcz zalewowi ze strony innych cywilizacji.

Ostatnie pytanie będzie do historyka starożytności. Tak wiele pokoleń badaczy pracowało nad tą epoką. Czy w tej dziedzinie jest jeszcze cokolwiek nowego do odkrycia?

Oczywiście mógłbym odpowiedzieć, że zawsze można na nowo interpretować stare teksty i dostrzegać w nich nowe znaczenia. Tak, możemy robić nowe rzeczy. Z jednej strony badamy – ten nurt stał się bardzo silny – obrzeża świata antycznego. Odkrywamy epoki i źródła, których nie braliśmy dostatecznie pod uwagę. Na przykład ja sam jestem specjalistą od Seleukosa, jednego z hellenistycznych następców Aleksandra Wielkiego, który panował nad Iranem, Afganistanem, Irakiem i Syrią. Zostało odkrytych wiele nowych źródeł: inskrypcji, monet, zabytków archeologicznych, które pomogły nam zrozumieć to ogromne imperium. A jeszcze kilka dekad temu było ono prawie nieznane, bo zostało po nim niewiele śladów i zachowanych źródeł. Czyli przynajmniej na obrzeżach świata starożytnego jest jeszcze wiele do zrobienia. I oczywiście wciąż odkrywamy nowe papirusy, a praca nad papirusami z Herkulanum i Pompei cały czas postępuje. Czyli otrzymujemy nowe informacje.

Oczywiście nie odkryjemy nowego cesarza rzymskiego, bo już wszystkich znamy, czyli istnieją ograniczenia w poszerzaniu naszej wiedzy. Ale wciąż istnieją w tej wiedzy spore luki i nadzieja, że uda się je wypełnić. Z drugiej strony rzeczywiście wciąż na nowo czytamy stare teksty – Cycerona, Wergiliusza, Liwiusza, Salustiusza czy Polibiusza. Treść ich dzieł jest znana od stuleci, ale każda generacja uczonych próbuje na nowo określić swój stosunek do tego, co napisali ci autorzy, tak ważni dla powstania i rozwoju kultury europejskiej.

Jednym z licznych problemów naszej tożsamości jest zanik związku współczesnej edukacji z korzeniami Europy, jak antyk, wczesne chrześcijaństwo czy Stary Testament. Te wszystko źródła, z których w drugim millenium wyrosła nasza kultura, przestały stanowić podstawę wykształcenia, a zainteresowanie nimi ogranicza się do wąskiej grupy specjalistów.

Za to odcięcie korzeni płacimy dziś cenę. Wyrosło pokolenie, które nie czuje żadnego związku ani poczucia solidarności z własną przeszłością. Dla moich studentów starożytny Rzym jest czymś równie odległym, jak starożytne Chiny. Zanikło poczucie jakiejkolwiek ciągłości intelektualnej i z jednym, i z drugim. Rezygnacja z wykształcenia ogólnego spowodowała, że moi studenci postrzegają jako obce wszystko, co wydarzyło się przed II wojną światową. Nie wiedzą np., że są duchowymi i kulturalnymi potomkami XIX wieku. Żyją już poza historią.

To jest poważny problem, z którym porządny system edukacyjny i porządny management kulturowy będzie się musiał zmierzyć, aby przywrócić sens naszej tożsamości. Bo bez poczucia tożsamości – widzimy to dziś na zachodzie Europy – stajemy się bezbronni w obliczu nacisku takich kultur jak islam, który jest mocno zakorzeniony w swojej przeszłości, w swoim micie założycielskim, swojej wizji rodziny i społeczeństwa. Europa została tego wszystkiego pozbawiona. Powstała wielka próżnia tożsamości, którą inne siły mogą bez trudu wypełnić.

Rozmowa Antoniego Opalińskiego z prof. Davidem Engelsem, pt. „Nadchodzi epoka imperiów”, znajduje się na s. 1 i 5 czerwcowego „Kuriera WNET” nr 48/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi oraz dodatek specjalny z okazji 9 rocznicy powstania Radia WNET, czyli 44 strony dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Rozmowa Antoniego Opalińskiego z prof. Davidem Engelsem, pt. „Nadchodzi epoka imperiów” na s. 5 czerwcowego „Kuriera WNET” nr 48/2018, wnet.webbook.pl

Paczka musi być opisana w sposób zapewniający zadowolenie już po otrzeźwieniu, że dzieło nie niesie w sobie nic

Tarturyzm jest rozpowszechniony w kierunkach sztuki współczesnej o charakterze postmodernistycznym. Wiąże się z łatwością wytworzenia przedmiotów dziełopodobnych. Nazwa celowo ma związek z torturami.

Marcin Niewalda

Tarturyzm (wł. tarha – potrącenie) to ogólne pojęcie odnoszące się do kierunków w sztuce, dla których całą lub przewodnią zawartością dzieła są elementy nośne (opakowanie – ‘tara’). Zawartość takiego dzieła nie zawiera treści, jest dowolna, mizerna, oczywista lub w żaden sposób nieodkrywcza. Tarturyzm jest rozpowszechniony w kierunkach sztuki współczesnej o charakterze postmodernistycznym. Wiąże się z łatwością wytworzenia przedmiotów dzieło-podobnych. Nazwa celowo ma związek z torturami ducha.

Podświadomie czujemy, że tandeta jest obecna w kulturze. Łatwość jej wytworzenia i możliwość zyskownej sprzedaży powodują, że staje się ona niezwykle atrakcyjnym biznesem. Zauważyło to wielu ludzi, lecz ich głos ginie, a pozycja artystyczna ulega załamaniu w chwili, gdy próbują to wyrazić.

W 1964 r. znany dziennikarz wystawił dzieła odkrytego przez siebie artysty Pierre’a Brassau. Krytycy zachwycali się, pisząc o „zdecydowanych liniach i determinacji”. „Pociągnięcia pędzla wykręcały się z wściekłością”, a Pierre był „artystą, który kreuje sztukę z delikatnością baletnicy”. Jeden z obrazów zostały kupiony za równowartość obecnego tysiąca dolarów. Pierre Brassau okazał się małpą, która większość farb zjadła.

Wówczas był to szok. Dzisiaj jednak coraz częściej mówi się o naturalności obrazów malowanych przez zwierzęta, a niektórzy ekolodzy lewicowi wręcz przyznają tej kreacji miejsce nadrzędne nad ludzkimi „ograniczeniami kulturowymi”. Brak treści staje się zaletą. (…)

Każde dzieło, tak jak każdy produkt, musi składać się z dwóch podstawowych elementów – treści i nośnika. Dawniej na lokalnym targu kupowało się produkty, oceniając ich jakość, rzetelność wykonania. W latach 60. XX w. Philip Kotler ustalił jedną z podstawowych zasad marketingu (tzw. marketing-mix i reguła 4P), według których cena to suma, którą klient chce zapłacić. Oprócz samego produktu pojawia się więc promocja. Im lepsza promocja, tym wyższą cenę można osiągnąć. Im gorszy produkt, tym bardziej trzeba go opakować w atrakcyjny sposób. Sztuka sprzedaży zaczęła więc polegać na sztuce opisania. (…)

Jaki jest więc przepis na sztukę współczesną? Według tradycyjnej reguły, przede wszystkim musi istnieć treść i unikalna forma, pogłębiona bogactwem wnętrza, przeżyć, wiedzy i emocji. Całość jest zawarta w nośniku (płótnie, kolorze, glinie, dźwiękach itp.). Mamy „paczkę”, w której jest treść opakowana w nośnik. We współczesnej sztuce opakowanie (tara) musi być maksymalnie atrakcyjne – wtedy treść (netto) może być nijaka. Paczka musi być opisana w sposób zapewniający zadowolenie już po otrzeźwieniu, że dzieło nie niesie w sobie nic. Niezależnie, czy jest to sztuka popularna – jak np. piosenki, czy wysoka – jak np. symfonia, reguła jest taka sama. Różne są tylko techniki prezentacji opakowania i wmawiania zadowolenia. (…)

Na pograniczu tarturyzmu stoją dzieła, które zawierają wprawdzie treść, lecz są to przekazy bardzo prymitywne, dyletanckie, banalne, popularne. Typowym przykładem są bajki na powszechnie oglądanych kanałach telewizyjnych dla dzieci czy popularne programy przyrodnicze. Zazwyczaj mocno akcentowany jest przekaz ekologiczny bądź wychowawczy. Jednak przekaz ten jest banalny. Rodzic ma wrażenie, że dziecko odbiera wartościowy program. W rzeczywistości treść ma tylko sugerować istnienie zawartości i dawać poczucie sytości, a atrakcyjne opakowanie powoduje, że pomimo braku treści jesteśmy zadowoleni z obejrzenia „tak ładnego programu”.

Cały artykuł Marcina Niewaldy pt. „»Sztuka« współczesna, czyli tarturyzm” znajduje się na s. 20 czerwcowego „Kuriera WNET” nr 48/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi oraz dodatek specjalny z okazji 9 rocznicy powstania Radia WNET, czyli 44 strony dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Marcina Niewaldy pt. „»Sztuka« współczesna, czyli tarturyzm” na s. 20 czerwcowego „Kuriera WNET” nr 48/2018, wnet.webbook.pl

Fakty kontra „fotelowi eksperci”: Artymowicz, Lasek, Czachor, Braun… / G.P. Jorgensen, „Kurier WNET” 28/2018

Grupa „fotelowych ekspertów” od kilku lat nie tylko popełnia podstawowe błędy w krytyce wyników prac podkomisji, lecz także prezentuje własne, kompletnie niespójne i niepoparte dowodami hipotezy.

Glenn P. Jorgensen

Fakty kontra „fotelowi eksperci”. Odpowiedź na „pomyłki” Artymowicza, Laska, Czachora i Brauna

Podkomisja smoleńska zaprezentowała niedawno raport techniczny ukazujący wyniki badań dotyczących katastrofy z 10 kwietnia 2010 roku. Przedstawione przez nią dowody są wielokrotnie potwierdzone, tworzą spójny łańcuch oraz mają kluczowe znaczenie dla przyczyn i przebiegu tej katastrofy. Tymczasem grupa „fotelowych ekspertów” od kilku lat nie tylko popełnia podstawowe błędy w krytyce wyników prac podkomisji, ignorując siłę dowodów, lecz także prezentuje własne, kompletnie niespójne i niepoparte dowodami hipotezy.

Polskie władze zażądały ostatnio od komisji badającej katastrofę w Smoleńsku raportu ze stanu prac na dzień 10 kwietnia 2018 r. Komisja opublikowała raport techniczny i udostępniła wyniki niektórych badań, prezentując niepodważalne dowody mające kluczowe znaczenie dla przyczyn i przebiegu katastrofy z 10 kwietnia 2010 r. na terenie Rosji samolotu TU-154M z polskim prezydentem na pokładzie. Ponad setka dowodów, w tym wiele kluczowych, stoi w sprzeczności z hipotezami rosyjskiej komisji MAK oraz komisji Millera, jak również została całkowicie pominięta w śledztwach MAK i Millera. Raport techniczny prezentuje dowody na manipulacje i niszczenie dowodów przez Rosjan.

W tej sytuacji nie sposób dłużej oficjalnie autoryzować stanowiskiem państwa polskiego raportu Millera powtarzającego tezy rosyjskiego MAK-u jako obowiązującego w przestrzeni prawnej i naukowej, podobnie jak to się stało z kłamstwem katyńskim, po ujawnieniu sprawdzonych informacji. Dlatego też raport Millera został całkowicie unieważniony.

Można być zaskoczonym, przyglądając się wypowiedziom grupy – proszę wybaczyć określenie – „fotelowych ekspertów” w tej sprawie. Ciekawe, że krytyce dowodów i opartych na nich wyników badań komisji towarzyszy jednocześnie nieskrępowana prezentacja hipotez kompletnie niespójnych i nie popartych dowodami

[i],[ii],[iii]. Mam tu na myśli reżysera filmowego Grzegorza Brauna, profesora Marka Czachora i profesora Pawła Artymowicza, którym brakuje specjalistycznej wiedzy w zakresie śledztw lotniczych, oraz Macieja Laska, który powinien być profesjonalnym śledczym, lecz moim zdaniem postępuje wbrew elementarnym zawodowym standardom. Ostatnie hipotezy Marka Czachora (zdalne uprowadzenie samolotu) nadają się być może na sensacyjną powieść, ale stoją w sprzeczności z większością twardych dowodów tej sprawy.

Ponieważ jestem zmuszony zmierzyć się z wieloma fałszywymi stwierdzeniami dotyczącymi śledztwa, pozwolę sobie zademonstrować kilka przykładów metod dezinformacji, prowadzących do fałszywych lub nieuprawnionych wniosków. Chciałbym wierzyć, że ci ludzie działają w dobrej wierze – szczególnie w odniesieniu do Marka Czachora czy Grzegorza Brauna. Ponieważ jednak Marek Czachor i Paweł Artymowicz mają tytuły profesorskie, a Maciej Lasek powinien mieć stosowne wykształcenie jako śledczy wypadków lotniczych, trudno wyobrazić sobie, by nie posiadali oni podstawowej wiedzy, stojącej w sprzeczności z ich publicznymi wypowiedziami.

„Fotelowi eksperci” kontra drzwi wbite w ziemię

Lewe drzwi pasażerskie tupolewa zostały znalezione wbite na 1 metr w głąb ziemi na samym początku pola szczątków (rys. 2). Marek Czachor stwierdza: „Nietrudno wyobrazić sobie, że wiele ton toczącego się ciężaru jest w stanie wcisnąć drzwi wejściowe samolotu w podłoże”.

Jestem pewien, że pan Czachor, siedząc w swoim fotelu, jest w stanie wyobrazić sobie wiele różnych rzeczy i podobnych spekulacji, podobnie jak Lasek i Artymowicz.

Rys. 2. Lewe drzwi pasażerskie nr 2 w trakcie wykopywania z ziemi po wbiciu się na głębokość 1 m w początkowej strefie miejsca katastrofy.

Oprócz pozycji kluczowy jest tutaj wygląd znalezionych drzwi. Nie jest możliwe uzyskanie znanego nam obrazu zniszczeń lewych drzwi pasażerskich za pomocą wypchnięcia ich do ziemi w sposób opisany przez wyżej wymienionych „ekspertów”. Nigdy podobny przypadek – biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności – nie został odnotowany. Siła potrzebna do „popchnięcia” drzwi przez samolot do ziemi musiałaby być znacznie większa niż jakakolwiek osiągalna w warunkach wypadków komunikacyjnych bez użycia materiałów wybuchowych. Komputerowe symulacje pokazują, że kadłub, posuwając się do przodu, musiałby spowodować odgięcie drzwi równolegle do toru lotu, co nie miało miejsca w Smoleńsku.

Na tym przykładzie widać, jak panowie „eksperci” traktują wybiórczo dowody, przytaczając tylko te dogodne dla ich wersji. Przykładowo pomijają fakt, że drzwi zostały znalezione w ziemi całkowicie oderwane od solidnej i mocnej futryny kadłuba. Sam ten fakt dowodzi eksplozji.

Jeśli zamknięte drzwi, zespolone w 12 miejscach z masywną futryną, byłyby popchnięte do ziemi, niektóre fragmenty futryny powinny zostać znalezione w ziemi razem z drzwiami. Umiejscowienie i pozycja drzwi 1 metr w głębi ziemi jest nie tylko bardzo mocnym dowodem wybuchu, lecz także dodatkowo świadczy o położeniu samolotu podczas pierwszej, głównej eksplozji kadłuba. Panowie nie uwzględniają faktu, że wewnątrz, w lewym górnym rogu drzwi za ich wewnętrzną osłoną znajdowały się ludzkie szczątki, co jest bardzo trudne do wyjaśnienia uszkodzeniami w wypadkach komunikacyjnych, a co można logicznie wytłumaczyć efektem eksplozji.

Pomijają fakt, że kadłub znajdował się na wysokości 6–7 m nad ziemią, gdy mijał miejsce, w którym znajdowały się wbite w glebę drzwi. Także z tego prostego powodu drzwi nie mogły być wbite w ziemię jako rezultat uderzenia kadłuba z podłożem. O wysokości nad ziemią kadłuba świadczy m.in. nieuszkodzone drzewo (oznaczone literą Z na rys. 3) znajdujące się na linii toru lotu tuż przed miejscem kontaktu lewego skrzydła samolotu z ziemią. Dzięki temu drzewu Z łatwo jest udowodnić, że kadłub był na wysokości 6–7 m nad miejscem, gdzie znaleziono drzwi wbite w ziemię.

Tor ścieżki wyznaczają dokładnie ślady naziemne, rysy pierwszego kontaktu z ziemią ogona i kikuta lewego skrzydła, zaczynające się 8 m za drzewem „Z”. Samolot musiał więc przelecieć nad drzewem „Z”, bo w przeciwnym razie musiałby je ściąć.

Rys. 3. Wysokie na 6–7 m drzewo oznaczone lit. Z, znajdujące się dokładnie na ścieżce lotu od strony ul. Kutuzowa, nie zostało uszkodzone, co dowodzi, że samolot przeleciał nad nim i znajdował się w powietrzu, gdy drzwi zostały wystrzelone do ziemi. Proszę zwrócić uwagę na niewielką odległość (8 m) od drzewa Z do śladu naziemnego ogona (oznaczoną elipsą). Lewe drzwi pasażerskie nr 2 znaleziono zaledwie kilka m dalej na lewo od tego śladu. Ślady naziemne przy samolocie zaznaczono trzema liniami.

Tę wysokość kadłuba nad ziemią potwierdzają ślady naziemne lewego skrzydła i ogona (o konkretnym kształcie i odległości względem siebie), które odpowiadają geometrii samolotu TU-154M tylko w jednej konkretnej pozycji, kiedy kadłub znajdował się jeszcze na wysokości 6–7 m w powietrzu.

Dodatkowe potwierdzenie tej wysokości pochodzi z ostatnich zapisów obu systemów zarządzania lotem, przechowujących dane po utracie zasilania. Ponadto wiemy z badań Sandia National Laboratories[iv], że jeśli kadłub uderzyłby w ziemię bez rozerwania go przed upadkiem za pomocą materiałów wybuchowych, to co najmniej jedna ze ścian powinna znaleźć się pod spodem podłoża, którym uderza. A faktem jest, że w Smoleńsku część kadłuba została znaleziona otwarta i miała obie ściany boczne odrzucone na zewnątrz, bez niczego pod spodem (patrz rys. 4).

Rys. 4. Tylną sekcję kadłuba znaleziono do góry dnem, obie strony wygięte na zewnątrz, z wyraźnymi oznakami wewnętrznego ciśnienia, gdy kadłub znajdował się w powietrzu.

Kolejne fakty zignorowane przez zespoły MAK i Millera oraz „fotelowych ekspertów”

Wniosek dotyczący wybuchu w kadłubie, w efekcie którego drzwi zostały oderwane i wbite w ziemię, dodatkowo potwierdzają ślady naziemne, czyli nagłe „urwanie się” w omawianym miejscu śladu lewego skrzydła i ogona (patrz rys. 6). Świadczy o tym też wygląd ogona, wyraźne zniszczenie lewego poziomego statecznika oraz nagłe odkształcenie ogona na lewą stronę, które spowodowało odrzucenie ziemi na bok (patrz rys. 5). Samolot z zarytym częściowo w tym miejscu statecznikiem obraca się na bok, co związane jest z pracą silników sekcji ogonowej po odłączeniu się tej sekcji od kadłuba (tzw. moment żyroskopowy). Wymusza to uderzenie ogona o ziemię, co potwierdza ślad naziemny (patrz rys. 6).

Kolejnym wymownym dowodem wskazującym na wewnętrzne ciśnienie jest obraz odkształceń zawiasów drzwi.

Rys. 5. Zdjęcie po lewej stronie: Południowy ślad na ziemi zostawiony przez ogon. Proszę zwrócić uwagę na przesunięcie boczne gleby w obszarze oznaczonym literą A. Środkowe i prawe zdjęcie: linia uszkodzenia lewego poziomego statecznika podczas nagłego skrętu w bok sekcji ogonowej.

Potwierdzeniem eksplozji jest także fakt, że małe części ciał pasażerów siedzących w pobliżu tych drzwi, w tym ludzkie jelita, zostały znalezione na początku miejsca katastrofy, zanim jeszcze kadłub uderzył w ziemię, podczas gdy same ich ciała znalazły się dużo dalej. Kolejne potwierdzenie stanowi fakt, że ubrania były całkowicie lub prawie całkowicie zdarte z 35 osób. Jest to bardzo nietypowe w przypadku stosunkowo niewielkiej prędkości samolotu zderzającego się z ziemią, natomiast powszechnie znane z dziedziny działania materiałów wybuchowych. Zachęcam „ekspertów” do przytoczenia zgłoszeń podobnych przypadków z historii lotów z wysoką liczbą ofiar pozbawionych ubrań w warunkach prędkości poniżej 280 km/h.

Ciekawe, dlaczego przez „ekspertów” oraz zespoły MAK i Millera całkowicie jest ignorowany fakt, mówiący o dużej liczbie bardzo małych fragmentów ciał ofiar. W szczególności wysoce rozdrobnionych było 12 ciał osób znajdujących się najbliżej lewych drzwi pasażerskich nr 2 (tych wbitych w głąb ziemi). Pod wpływem wieloletniego doświadczenia w badaniu wypadków społeczność naukowa wiąże takie rozdrobnienie z poziomami działania przyspieszeń powyżej 350G. Oznacza to, że ciała omawianych osób doświadczyły sił 350 razy większych od swojej wagi. „Eksperci” nie wyjaśniają, jak to możliwe, że uderzenie samolotu pod niewielkim kątem o podmokłą ziemię przy względnie niskiej prędkości PIONOWEJ mogło spowodować tak bardzo niezwykły efekt, działanie tak wielkich sił. Zapytałem o to osobiście pana Macieja Laska w 2015 r. na Międzynarodowej Konferencji ISASI w Augsburgu[v], lecz niestety nie odpowiedział, odwrócił się plecami i odszedł.

Rys. 6. Nieuszkodzone drzewo o wysokości 6–7 m. oznaczone literą Z znajduje się bezpośrednio na ścieżce lotu. Ślady naziemne zatrzymują się gwałtownie w miejscu, gdzie kadłub znajduje się nad pozycją, w której drzwi zostały wbite w ziemię

„Fotelowi eksperci” kontra kilkadziesiąt tysięcy fragmentów samolotu

Nie sama prędkość jest niebezpieczna dla ludzkiego ciała, ale to, jak szybko się ona zmienia (zjawisko nazywane przyspieszeniem). Wyobraźmy sobie, że jedziemy autostradą z prędkością 130 km/h, a kierowca wciska hamulec do dechy, by maksymalnie skrócić czas hamowania. Czas od wciśnięcia pedału hamulca do zatrzymania samochodu może wynosić około 10 sekund, a odległość potrzebna do pozbycia się całej energii kinetycznej samochodu i pasażerów może wynosić przykładowo około 180 m. Gdybyśmy jednak mieli pecha i zamiast wciśnięcia hamulców do dechy uderzyli w masywną, solidną ścianę, doświadczylibyśmy, co prawda, takiej samej zmiany prędkości od 130 km/h do zera, ale czas, w jakim by to trwało, byłby mniejszy niż jedna dziesiąta sekundy zamiast 10 sekund. A to byłaby właśnie różnica między życiem a śmiercią.

Po uderzeniu pojazdu w ścianę cała energia jest pochłaniana na niewielkiej odległości, dokładnie takiej, ile ma zgniatana karoseria samochodu (powiedzmy 1,2 m). Przyspieszenie w przypadku gwałtownego wciśnięcia hamulca byłoby mniejsze niż 0,5G, a w przypadku uderzenia w ścianę mogłoby być większe niż 50G. Przyspieszenie o wartości 50G oznacza, że ciało odczuje 50-krotność swojej własnej wagi.

Z doświadczenia wiemy, że ludzie na ogół mogą tolerować działanie sił do 15G bez obrażeń zagrażających życiu, a przyspieszenia powyżej 350G spowodują wysoką defragmentację ludzkiego ciała, ponieważ tkanki i kości nie są w stanie wytrzymać tak dużych przyspieszeń.

Powyższe przykłady pokazują, że im dłuższy dystans, na którym prędkość może być spowolniona, tym mniejsze może być przyspieszenie. Wystarczy porównać odległość 180 m drogi hamowania, czemu towarzyszyło wytworzenie siły mniejszej niż 0,5G, do odległości 1,2 metra, co wytworzyło więcej niż 50G.

Często stosowaną przez tzw. ekspertów metodą dezinformacji jest mieszanie ze sobą prędkości poziomych i pionowych lub kierunków energii. Jest to dowód całkowitej ignorancji, niedopuszczalnej w profesjonalnych badaniach śledczych. Takie podejście oznaczałoby, że równie dobrze byłoby uderzyć pionowo, jak poziomo i że nie ma to żadnego znaczenia (patrz rys. 7).

Dobry badacz wypadków wie, że w sytuacji lotu na płaskim terenie lub nad wodą to właśnie prędkość pionowa, a nie prędkość pozioma zabija. Dlaczego? Bo jeśli nie uderzy się w solidną ścianę lub górskie zbocze, prędkość pozioma może być wytracona w terenie na stosunkowo dużej odległości. Podobnie jak w opisanej powyżej sytuacji gwałtownego użycia hamulców samochodowych. W przypadku prędkości pionowej odległość będzie znacznie krótsza, podobnie jak w sytuacji uderzenia w masywną ścianę.

Rys. 7. Prędkość pozioma i prędkość pionowa (zniżania) wyznaczają kąt uderzenia. Rysunki A i B pokazują różnicę między prędkością pionową i poziomą. Dłuższa przyprostokątna pokazuje tę samą wartość prędkości, tylko że dla samolotu A jest to prędkość pozioma, a dla samolotu B jest to prędkość pionowa. Jako pasażerowie wolelibyśmy być na pokładzie samolotu A, nie B, ponieważ samolot A ma możliwość wytracenia swojej energii na dłuższym dystansie i w dłuższym czasie, co skutkuje nieszkodliwą niewielką siłą przyspieszenia (G).

Kiedy więc samolot może pozbyć się swojej energii kinetycznej na większej odległości, przyspieszenia są odpowiednio niższe i mniej niebezpieczne. Roślinność i drzewa mogą być nawet pomocne w tym procesie pochłaniania energii.

Każdy, kto choć raz doświadczył lądowania, zna jakość dobrego poziomego dotyku podłoża w porównaniu z pionowym spadkiem. Skoczek narciarski to kolejny dobry przykład, dlaczego tak ważne jest, aby mieć oko na kierunki prędkości i umieć je rozróżniać. Skoczek może opuścić rampę z prędkością większą niż 110 km/h, a następnie spadać swobodnie przez 75 m w dół[vi],[vii] (patrz rys. 8). Dlaczego nie ginie? Ponieważ ląduje prawie równolegle do powierzchni pochyłości, co pozwala mu wytracić energię kinetyczną na długim dystansie i nie rozbić się o ziemię. W rzeczywistości bez prędkości do przodu (poziomej), podczas kontaktu z podłożem skoczek nie przeżyłby prędkości pionowej 65 km/h. Niewiele osób zdaje sobie sprawę z tego, że kąt zetknięcia z powierzchnią ziemi przeciętnego skoczka jest bardzo podobny do kąta podejścia samolotu TU-154 w Smoleńsku, a przecież skoczek nie ma ochronnego kadłuba. Warto się nad tym zastanowić.

Rys. 8. Skoczek może swobodnie opadać z 75 m wysokości i przeżyć upadek z powodu dużej prędkości do przodu (poziomej), umożliwiającej mu kontakt z podłożem niemal równolegle do powierzchni zbocza. Pomimo tego, że bez prędkości do przodu (poziomej) jego energia kinetyczna byłaby mniejsza – nie przetrwałby takiego upadku. To kolejny dobry przykład, dlaczego kierunki prędkości są ważne i należy je odróżniać.

Wszyscy trzej – Maciej Lasek, Paweł Artymowicz, Marek Czachor – już wcześniej wspominali, że inny samolot, który rozbił się w podobnych warunkach, uległ rozbiciu na wiele części, i podają przykład lotu Swiss Air 111[viii]. Ten samolot, odwrócony do góry dnem, uderzył w wodę z prędkością 560 km/h, pod kątem 20 stopni. Oznacza to, że prędkość pionowa wynosiła około 190 km/h (niemal pięciokrotnie więcej niż w Smoleńsku), a woda działa przecież jak beton przy takich prędkościach pionowych. W przypadku katastrofy w Smoleńsku prędkość pionowa wynosiła poniżej 43 km/h. Innymi słowy, Swiss Air 111 uderzył z około 20 razy większą pionową energią kinetyczną masy jednostkowej niż w przypadku Smoleńska (190/43²). To zupełnie różne przypadki. Nic dziwnego, że Swiss Air roztrzaskał się na kawałki, czego w żaden sposób nie można odnieść do przypadku TU-154, choć tzw. eksperci poświęcili wiele wysiłku, by stworzyć takie błędne wrażenie.

W najnowszej publikacji, opartej na omówieniu katastrofy samolotu w Hungtington[ix], profesor Czachor posuwa się nawet o krok dalej. Prezentuje swą chałupniczą teorię (patrz rys. 9), jak przebiegają zależności między prędkością samolotu a działaniem siły G (przyspieszenia), ilustrując to wykresem. Czachor nie rozróżnia tutaj prędkości poziomej i pionowej ani nie wyjaśnia, czy ma na myśli siłę G samolotu, czy pasażerów (z przodu, w środku czy z tyłu samolotu).

Ponadto profesor Czachor twierdzi, że wartość siły przyspieszenia podczas wypadku w Huntington wynosiła 50G. Prawdopodobnie pomieszał on stan testowy wysokościomierza kapitana załogi podczas testu wykonywanego przez komisję dochodzeniową z wartością przyspieszenia podczas wypadku. Raport nigdzie nie wymienia 50G jako siły, której doświadcza samolot lub pasażerowie. Przeniesienie oddziaływania G, którego wysokościomierz mógł doświadczyć, na samolot lub pasażerów, wykazuje brak umiejętności śledczych i zrozumienia mechaniki.

Trudno uwierzyć, by autorem zaprezentowanego przez M. Czachora wykresu był profesor nauk fizycznych. Przypuszczam, że tylko kilku kiepskich uczniów pierwszej klasy liceum mogłoby go potraktować poważnie. Hołdując teorii prof. Czachora, moglibyśmy przyjąć, że wszyscy zginiemy przy najbliższym lądowaniu.

 

Rys. 9. Niedorzeczny wykres prof. Czachora zależności między prędkością statku powietrznego a uderzeniem siły G. W rzeczywistości oddziaływanie siły G doświadczane przez pasażerów będzie zależeć od wielu czynników, które nie mają z powyższym wykresem nic do rzeczy, a Czachor dodatkowo miesza energie pionowe i poziome. Jeśli ten wykres zależności prof. Czachora odnieślibyśmy do przypadku w Smoleńsku, tupolew, poruszający się z prędkością 280 km/h, do całkowitego zatrzymania/wyhamowania potrzebowałby 4 m: oczywiście nic takiego nie miało miejsca.

M. Czachor w swoim artykule prezentuje zdjęcie rozczłonkowanego wraku po jego poważnym uszkodzeniu przez POWYPADKOWY pożar (patrz rys. 10). Mimo, że raport NTSB na stronie 12 wyraźnie stwierdza: „Większość kadłuba została stopiona lub zredukowana na sproszkowaną substancję, jednak kilka dużych kawałków zostało rozrzuconych w spalonym obszarze”. Prof. Czachor kompletnie „zapomina wspomnieć” czytelnikowi o poważnym pożarze. Czy to próba dociekania prawdy, czy celem jest tutaj co innego? Może to, aby czytelnik uwierzył, że taka ilość szczątków i zniszczeń była wynikiem jeszcze mniejszego oddziaływania sił niż w przypadku Smoleńska.

Rys. 10. Przykład M. Czachora „na oddziaływanie siły 50G”. Niestety „zapomina” on poinformować, że większość szkód spowodowana została przez pożar po wypadku.

Zamiast tego przykładu dezinformacji mógł on pokazać przypadek sprowokowanej w celach testowych katastrofy samolotu siostrzanego do tupolewa, zbudowanego przez Boeinga (727) na twardym, skalistym podłożu pustynnym w Meksyku w 2012 roku[x] (patrz rys. 11). W ostatniej fazie lotu pilot opuścił samolot, który dalej był sterowany zdalnie do ziemi. Ten statek powietrzny uderzył w ziemię z siłą około połowy mniejszej pionowej energii kinetycznej na masę jednostkową w porównaniu z przypadkiem smoleńskim, ale biorąc pod uwagę fakt, że uderzył w twarde podłoże, a nie stosunkowo miękkie, jak to było w Smoleńsku, można założyć, że oba przypadki są dość porównywalne. W Smoleńsku samolot uderzył w grunt częściowo odwrócony; lewe skrzydło i ogon miały pierwszy kontakt z podłożem i w ten sposób pochłonęły nieco energii kinetycznej w procesie destrukcji skrzydła i ogona. Z drugiej strony można argumentować, że uderzenie bokiem samolotu (jak w Smoleńsku) wywołało inne skutki niż uderzenie od dołu, jak w przypadku 727 w Meksyku. Przyszłe prace komisji dokładnie przeanalizują tę konkretną kwestię.

Rys. 11. Przykład zniszczenia samolotu B727 podobnego typu, co TU-154M, uderzającego o twardy grunt z prędkością 225 km/godz. pod kątem nachylenia około 7 stopni. W Smoleńsku TU-154M uderzył o ziemię pod kątem 9 stopni.

Według nonsensownego wykresu Marka Czachora podstawione odpowiedniki pasażerów na pokładzie samolotu B727 powinny ulec sile 60G, co oczywiście nie miało miejsca. „Pasażerowie” części przedniej samolotu doświadczyli co najwyżej siły 12G, a ci z części tylnej nie więcej niż 6G. Śledczy doszli do wniosku, że w przypadku takiej katastrofy kilkoro pasażerów z części frontowej mogłoby zginąć, lecz pozostali powinni ocaleć, a większość z nich nawet oddalić się o własnych siłach. Warto też zauważyć, że kadłub przełamał się jedynie na dwie główne części, tak jak można było tego się spodziewać.

„Fotelowi eksperci” kontra końcówka lewego skrzydła

To, że Czachor, Artymowicz i Lasek całkowicie unikają wchodzenia w szczegóły dotyczące „podpisów” wybuchów i klasycznych oznak eksplozji na końcówce lewego skrzydła, nie jest przypadkiem. W literaturze kryminalistycznej dla badaczy wypadków „podpis” wybuchu definiuje się jako cechę, która może być wyjaśniona jedynie przez wybuch[xi],[xii],[xiii]. Zrolowane ponad 450 stopni krawędzie końcówki skrzydła są klasycznymi tego przykładami, zwanymi lokami powybuchowymi, będącymi dowodami rozstrzygającymi (patrz rys. 12). Ponadto osie zagięć są prawie równoległe do kierunku lotu. Wniosek, że doszło do wybuchu, jest ponadto potwierdzony dużą liczbą charakterystycznych oznak eksplozji. Na podstawie tysięcy zdjęć komisja wykonała precyzyjną rekonstrukcję 3D tej sekcji skrzydła. Obraz zniszczeń fragmentów miejsca oderwania końcówki skrzydła przeczy temu, by przeszedł przez to miejsce jakiś obiekt, natomiast dowodzi działania wysokiego ciśnienia wewnętrznego (eksplozji). Trzech z grupy wysoko doświadczonych ekspertów europejskich niezależnie od siebie doszło do tego samego wniosku.

Rys. 12. Zrolowane ponad 450 stopni krawędzie są klasycznymi „podpisami” wybuchu. Ilustruje to literatura śledczo-sądowa dotycząca badań wybuchów, co potwierdza stanowisko trzech niezależnych szanowanych w świecie ekspertów.

Po przecięciu skrzydła przez liniowe materiały wybuchowe dowolna utworzona liczba fragmentów blachy, żeber i poszycia rozpryśnie się w przestrzeni z powodu sił aerodynamicznych. Faktem jest, że takie szczątki były obecne 40 m po jednej stronie i 20 m po drugiej stronie tzw. brzozy Bodina. Jest także faktem, że znaleziono szczątki luźno wiszące na gałęziach tzw. brzozy Bodina. Komisja pokazała poprzez eksperymenty, że takie szczątki, by luźno zawisnąć na gałęziach drzewa, musiały oddzielić się od samolotu 80 do 100 m wcześniej (biorąc prędkość TU-154M za prędkość początkową szczątków).

Jednakowoż wysiłek Marka Czachora, by wyjaśnić, w jaki sposób można znaleźć takie szczątki na gałęziach drzewa (zapominając wyjaśnić te znalezione po obu stronach), zasługuje na komentarz, ponieważ ilustruje to kolejną metodę dezinformacji. Czachor sugeruje, że kawałki szczątków oderwanych od skrzydła podczas eksperymentu kolizyjnego wykonanego w 1964 roku lecą pionowo w górę[xiv]. Jego teoria polega na tym, że takie szczątki wytworzone na smoleńskiej brzozie mogłyby poszybować pionowo w górę, a następnie spaść i osadzić się na gałęziach tej samej brzozy. Jednak pokazując eksperyment kolizyjny, zestawia dwa ujęcia, odcinając ogon samolotu, który mógłby posłużyć jako punkt odniesienia, co z kolei pozwala mu wykreować fałszywe wrażenie (patrz rys. 13). Rzeczywistość jest taka, że fragment samolotu, na który wskazuje Czachor, nie tylko leci w górę, ale dodatkowo leci ponad 40 m do przodu z prawie taką samą prędkością jak sam samolot, co łatwo zobaczyć przy prawidłowym ustawianiu obrazów (patrz rys. 14).

 

Rys. 13. W wyniku odcięcia ogona samolotu i zestawienia obok siebie zdjęć wykonanych przez poruszającą się kamerę, można odnieść wrażenie, że obwiedziony przez M. Czachora odłamek samolotu głównie leci w górę. W rzeczywistości kontynuuje lot do przodu z prawie taką samą prędkością jak samolot (patrz kolejne zdjęcie). Zmiana profilu gór w tle zdjęcia ujawnia ruch kamery.

 

Rys. 14. Te same kadry, które pokazuje prof. Czachor, właściwie przypisane w odniesieniu do profilu gór widocznych w tle. Teraz ruch do przodu zaznaczonego odłamka samolotu jest oczywisty, a iluzja ruchu pionowo w górę znika. Zwróćmy uwagę, że „odłamek Czachora” zachowuje prędkość do przodu oraz odległość względem ogona jako punktu odniesienia.

Artymowicz i Lasek utrzymują, że wygięte części płyty skrzydła lub szczątki drewna znalezione na krawędzi oddzielenia końcówki skrzydła są dowodami na uderzenie skrzydła w brzozę. To pokazuje ich brak umiejętności śledczych. Wyobraźmy sobie osobę zabitą kulą pistoletu strzałem w głowę. Osoba ta następnie upada na drzewo, zadrapując sobie ramię. Odnalezienie kuli w głowie może wyjaśnić upadek i otarcia na ramieniu, ale odkrywając jedynie i wyłącznie zadrapane ramię, nie można wyjaśnić kuli w głowie. Klasyczne „podpisy” eksplozji w skrzydle TU-154M w Smoleńsku to taka „kula”, resztki drewna i wygięte płyty to „otarte ramię”. Nawiasem mówiąc, tak wygiętą część o zbliżonym kształcie do tej, którą „eksperci” uważają za dowód, komisji udało się osiągnąć w wyniku wykonanych przez nią eksperymentów, przecinając aluminiowe skrzydło materiałami wybuchowymi, a ja mogę osobiście zaświadczyć, że nie było tam żadnej brzozy.

 

Maskirowka

Reżyser Grzegorz Braun argumentował w 2016 roku[xv] (przed ekshumacjami), że nie można mieć pewności, że delegacja VIP-ów, w tym prezydenta i Pierwszej Damy, faktycznie opuściła Warszawę, a jeśli tak, to nie można być pewnym, że ich TU-154M rozbił się w Smoleńsku. Nie można też być pewnym, że faktycznie zginęli. Teoria ta wykorzystuje uczucia ludzi, którzy z głębi serca chcieliby uwierzyć, że ta katastrofa nie była prawdą, karmiąc ich podświadomość pewną nadzieją w całej tej tragedii.

O ile dobrze rozumiem, pomimo iż ekshumacje udowodniły bezsprzecznie, że pasażerowie i załoga TU-154M nie żyją, obecnie Grzegorz Braun nadal twierdzi, że 60 tys. odłamków kadłuba w Smoleńsku może należeć do innego samolotu.

Pan Braun, który jest bardzo utalentowanym reżyserem, podczas swojej kariery musiał doświadczyć, jak trudne i czasochłonne jest ustawienie sceny w imitujący rzeczywistość sposób. Wiele tysięcy zdjęć z miejsca katastrofy z wielu różnych, niezależnych od siebie źródeł, które potwierdzają się nawzajem, czasem pokazując ten sam obiekt pod różnymi kątami, materiał wideo zrobiony tuż po tragedii, zdjęcia satelitarne i zeznania świadków – świadczą o katastrofie w Smoleńsku. Ale mimo to wyobraźmy sobie teraz, że musimy złożyć 60 tys. części we właściwej kolejności. Niektóre ważące tonę, niektóre małe. Niektóre na drzewach, niektóre głęboko w ziemi, a inne na ziemi. Wyobraźmy sobie, że musimy ciąć drzewa w pobliżu ulicy Kutuzowa i rozłożyć części drzew w odpowiedniej kolejności. Rozpalmy ogniska, poukładajmy ciała. Wykopmy artefakty z ziemi w prawidłowy sposób. Pościnajmy drzewa w pobliżu miejsca katastrofy. Rozetrzyjmy błoto na stojących jeszcze drzewach. Wymieszajmy fragmenty ciał, drzewa i części samolotów jeden na drugim. I robiąc to wszystko bez zwracania uwagi opinii publicznej, mając jedynie kilka godzin na wykonanie zadania – w tym pracę w ciemną noc. Zdjęcia satelitarne pokazują, że nic z wyżej opisanych rzeczy nie miało miejsca 9 kwietnia 2010 r. Szkoda, że talent i wyobraźnia Grzegorza Brauna nie zostały ukierunkowane na dziedzinę sztuki filmowej.

 

Kłamstwa wprost

Klika lat temu Maciej Lasek został zobowiązany przez polski sąd do odpowiedzi na konkretne pytanie, którego sens brzmiał: jak to możliwe, że samolot uderzający w podmokły grunt pod niewielkim kątem, z niewielką prędkością pionową, rozpada się na dziesiątki tysięcy części, pasażerowie doświadczają ogromnych przeciążeń, a samolot nie zostawia krateru?

Czy efektem absurdalnych teorii i kłamstw nie przystających ani do obrazu zdarzeń, ani praw natury, jest to, że Lasek do dziś nie jest w stanie odpowiedzieć na to proste pytanie?

Nie wdając się w szczegóły, Artymowicz będzie twierdził, że praca wykonana przez wysoko wykwalifikowaną, niezależną instytucję amerykańską, jako jedyna na świecie zatwierdzoną przez FAA do wykonywania takich analiz, jest błędna i Artymowicz wie lepiej, jak to zrobić.

Przyjrzyjmy się więc kompetencjom jednego z najwybitniejszych na świecie badaczy wypadków lotniczych, pana Franka Taylora.

Wielotorowa kariera Franka Taylora w dziedzinie badania wypadków lotniczych obejmuje okres ponad 50 lat. Zarządzając Cranfield Aviation Safety Center, kierował na uniwersytecie rozwojem szkolenia dla badaczy, nadzorował szkolenie wszystkich badaczy AAIB (brytyjskich badaczy wypadków lotniczych) oraz setek badaczy z całego świata. Program szkoleniowy Taylora uznawany jest na całym świecie za najlepszy i w jego ramach kształci się większość badaczy powypadkowych. Podczas moich studiów magisterskich na Uniwersytecie w Cranfield spotkałem kolegów – śledczych katastrof lotniczych – z każdego zakątka świata i wszyscy wyrażali się na temat tego programu z najwyższym szacunkiem.

Frank Taylor pełnił funkcję konsultanta w AAIB i w innych państwowych organach śledczych w wielu dochodzeniach, m.in. badając wypadki: PanAm B747 w Lockerbie, British Air Tours B737 w Manchesterze, Air India B747 na południu Irlandii oraz Singapore Airlines B747 w Taipei. Był przewodniczącym Grupy Bezpieczeństwa Lotniczego, przewodniczącym Grupy Roboczej ds. Lotnictwa parlamentarnej Rady Doradczej ds. Bezpieczeństwa Transportu, członkiem Grupy Roboczej ds. Bezpieczeństwa Lotniczego Europejskiej Rady Bezpieczeństwa Transportu oraz specjalistycznym doradcą komisji śledczej Izby Gmin ds. Transportu Lotniczego i Bezpieczeństwa Kabiny Samolotowej. Jest jednym z członków „Fellow” Królewskiego Towarzystwa Aeronautycznego oraz Instytutu Energii. Jednocześnie jest jednym z zaledwie 35 tzw. członków „Fellow” Międzynarodowego Stowarzyszenia Badaczy Bezpieczeństwa Lotniczego (ISASI), którzy cieszą się najwyższą renomą w zawodowej społeczności. W 1998 roku otrzymał nagrodę Jerome F. Lederer Award za wybitny wkład w doskonalenie techniki badania wypadków. Frank Taylor jest powszechnie szanowany w fachowej społeczności międzynarodowej jako doskonały i wysoce uczciwy badacz wypadków lotniczych.

Artymowicz, Lasek i im podobni uważają jednak, że Frank Taylor „nie ma żadnych kwalifikacji, by wypowiadać się na temat katastrofy”. Uśmiecham się na myśl o tym, jakie realne kwalifikacje mają panowie Artymowicz, Lasek i Czachor.

Autor jest Duńczykiem, magistrem inżynierem mechaniki i dynamiki płynów (Duński Uniwersytet Techniczny), pilotem z licencją PPL, ekspertem śledczym katastrof lotniczych (Cranfield University), członkiem International Society of Air Safety Investigators i ekspertem podkomisji smoleńskiej.

Przypisy:

[i] http://faktyosmolensku.natemat.pl/229657,smolenskie-wybuchy-franka-taylora.
[ii] http://www.rmf24.pl/tylko-w-rmf24/popoludniowa-rozmowa/news-prof-artymowicz-eksplozje-w-kadlubie-i-skrzydle-tu-154m-ani-,nId,2568125.
[iii] http://www.mif.pg.gda.pl/kft/Akron1/Po2lat_v4.pdf.
[iv] Wiesław K. Binienda, Analiza dynamiczna zniszczenia struktury samolotu TU-154M w Smoleńsku 10 kwietnia 2010. Materiały konferencyjne, Konferencja Smoleńska I, 2012.
[v] https://www.youtube.com/watch?time_continue=4&v=rmUxOu5Xem8.
[vi] http://www.fis-ski.com/mm/Document/documentlibrary/Skijumping/03/20/22/StandardsfortheConstructionofJumpingHills2012_english_English.pdf.
[vii] http://www.skisprungschanzen.com/EN/Ski+Jumps/NOR-Norway/06-Buskerud/Vikersund/0005-Skiflygingsbakke/.
[viii] Report Number A98H0003, Aviation Investigation Report.
[ix] Aircraft Accident Report. Southern Airways, Inc. DC-9, N97S. Tri-State Airport, Huntington, West Virginia, Nov 14, 1970. Raport numer NTSB-AAR-72-11.
[x] https://www.usatoday.com/story/travel/flights/2012/10/01/inside-a-doomed-jetliner-tv-show-stages-727-crash/1606749/.
[xi] Forensic Investigation of Explosions, Second Edition, Editor Alexander Beveridge, ISBN 9781420087253, 2011.
[xii] V. Ramachandran, A.C. Raghuram, R.V. Krishnan, and S.K. Bhaumik, Failure Analysis of Engineering Structures: Methodology and Case Histories, National Aerospace Laboratories, Bangalore, ISBN 0-87170-820-5.
[xiii] Investigation of an Aircraft Accident by Fractographic Analysis, R.V. Krishnan et an., Materials Science Division, National Aeronautical Laboratory, Bangalore 560017, India.
[xiv] https://www.youtube.com/watch?v=8CZxvu85VM4.
[xv] http://ewinia.nowyekran.pl.neon24.pl/post/132411,grzegorz-braun-malo-znane-informacje-o-zamachu-w-smolensku.

 

Artykuł Glenna P. Jorgensena pt. „Fakty kontra »fotelowi eksperci«. Odpowiedź na »pomyłki« Artymowicza, Laska, Czachora i Brauna” znajduje się na s. 3 czerwcowego „Kuriera WNET” nr 48/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi oraz dodatek specjalny z okazji 9 rocznicy powstania Radia WNET, czyli 44 strony dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Glenna P. Jorgensena pt. „Fakty kontra »fotelowi eksperci«. Odpowiedź na »pomyłki« Artymowicza, Laska, Czachora i Brauna” na s. 3 czerwcowego „Kuriera WNET” nr 48/2018, wnet.webbook.pl

„Litwo, ojczyzno moja” – wzdychał wieszcz. Na słynne pytanie „Skąd Litwini wracali?” odpowiedziałby dzisiaj – „z baru”

W obrachunkach pijaństwa globalnego WHO zdegradowała Polskę na mało zaszczytne 20 miejsce. Francuzi w tym peletonie są na czwartym miejscu na świecie – 13,5 litra. Drudzy są Czesi, trzeci Irlandczycy.

Piotr Witt

Francuzi mówili, niektórym do dzisiaj to nie przeszło, „Ivre, comme un Polonais” – pijany jak Polak. Opinia niesprawdzalna bez statystyk międzynarodowych. W obrachunkach pijaństwa globalnego WHO zdegradowała Polskę na mało zaszczytne 20 miejsce. Wszystkie rekordy biją, a raczej piją, bracia Litwini – 17,5 l rocznie na głowę mieszkańca.

Odliczywszy abstynentów, część kobiet, osoby chore, starców i dzieci, jak również Tajnych Współpracowników, których spożycie jest nieco mniejsze, na jednego Litwina przypada pewnie ze 30 litrów. Ma się rozumieć, w przeliczeniu na alkohol czysty. Polacy konsumują równo połowę tej dawki – 8,7 l rocznie. (…)

W literaturze francuskiej stereotyp Polaków-pijaków pojawia się dopiero w końcu XIX wieku pod piórem poetów satyrycznych – Rudolfa Salisa (hymn Hydropatów) i Alfreda Jarry’ego (Ubu król). Jest to epoka przymierza francusko-rosyjskiego, kiedy ni stąd, ni z owąd figurę pijanego Kozaka, obecną stale w literaturze francuskiej, zastępuje Polak, pozbawiony własnej państwowości, więc bezbronny. „W Polsce, czyli nigdzie” umiejscawia akcję sztuki Jarry. Nie bez udziału zapewne propagandy rosyjskiej na podłożu osamotnienia politycznego Francji i związanego w nią wybuchu uczuć do Rosji, których nie zmieniła nawet późniejsza utrata kolosalnych pieniędzy (pożyczek rosyjskich). Pijany Kozak pojawił się w literaturze francuskiej po upadku Napoleona i po krótkim pobycie wojsk rosyjskich w Paryżu, a na stałe zagościł w epoce powstania listopadowego. Korespondenci gazet francuskich donosili wówczas z Warszawy, że podczas szturmu Pragi „żołnierze rosyjscy umierali z przepicia, zanim dopadli szańców i byli zadeptywani przez kolegów”. (…)

***

Przykład innych krajów poucza, że tam, gdzie sprywatyzowano kolejnictwo, pociągi jeżdżą fatalnie lub przestają istnieć. W najlepszym wypadku zastąpiły je, jak w Ameryce, znacznie wolniejsze samochody, które zatruwają atmosferę i przysparzają wypadków i wydatków. Zyski dostają się producentom, wydatki podatnikom. Gdyż fabryki samochodów są prywatne, ale szpitale opłaca społeczeństwo. Może dlatego Anglia, której już nie obowiązuje dyrektywa europejska, nakazująca konkurencję na kolei, obecnie z powrotem ją nacjonalizuje.

Strajkują funkcjonariusze, przeciwni zamiarowi prezydenta Macrona zlikwidowania 120 000 etatów we Francji. Ich argumenty są proste. Istnieją dziedziny, gdzie funkcjonariusze nie mają nic do roboty. Ale tych państwo nie ruszy z posad. Konsjerżki paryskie w kamienicach municypalnych nie sprzątają kamienic – od tego są przedsiębiorstwa sprzątaczy; nie zamiatają chodnika przed domem, nawet kiedy spadnie śnieg – od tego są inne służby miejskie, ani nie otwierają bramy lokatorom – od tego są zamki automatyczne. Za to wszystkie konsjerżki paryskie od czasów napoleońskiego ministra Fouche są tajnymi współpracownikami policji. Są nieocenionymi informatorkami, zwłaszcza dzisiaj, w epoce zagrożenia terrorystycznego. Że ten a ten nagle się zradykalizował – zapuścił wielką brodę, że drugiego widziała, jak wnosił do domu ciężkie paczki z napisem „Dynamit”. Trzeciego nie widzi się od dawna – może pojechał do Syrii, czwarty otacza się radykałami, a jego żona chodzi w futerale, czyli w nikabie.

Podobną rolę pełnią strażnicy parków. Praktycznie do ich obowiązków należy otwarcie parku i zamknięcie. Funkcjonariusze miejscy są opłacani z budżetu gminy, nie mają nic do roboty, chwalą mera, który im płaci, niczego nie żądając w zamian, stanowią więc jego rezerwuar wyborczy. Przy wyborach samorządowych mer może zawsze liczyć na 70 000 funkcjonariuszy paryskich. Można by kolosalne sumy, wydawane na konsjerżki, przekazać policji cierpiącej na chroniczne niedobory, ale spróbujcie ruszyć funkcjonariuszy miejskich istniejących od czasów Napoleona, a będziecie mieli jutro na bulwarze Saint-Germain 30 000 konsjerżek wrzeszczących o własnej krzywdzie przy czynnym poparciu mera i biernym Ministra SW.

Jest także druga grupa funkcjonariuszy – ci, co pracują. Jeżeli zmniejszy się ich liczbę o 120 000, to pozostali, już dzisiaj przepracowani, będą mieli odpowiednio więcej papierów do przerobienia. Przeciwko czemu strajkują.

„Kolejka dla wszystkich i pijany jak Litwin”, artykuł Piotra Witta, stałego felietonisty „Kuriera WNET”, obserwującego i komentującego bieżące wydarzenia z Paryża, można przeczytać w całości w czerwcowym „Kurierze WNET” nr 48/2018, s. 3 – „Wolna Europa”, wnet.webbook.pl.

Piotr Witt komentuje rzeczywistość w każdą środę w Poranku WNET na falach na WNET.fm.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi oraz dodatek specjalny z okazji 9 rocznicy powstania Radia WNET, czyli 44 strony dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Piotra Witta pt. „Kolejka dla wszystkich i pijany jak Litwin” na s. 3 czerwcowego „Kuriera WNET” nr 48/2018, wnet.webbook.pl

Sto jeden lat temu zmarł Ludwik Zamenhof, jedyny autor planowego języka, który stał się żywy i zaowocował bogatą kulturą

Mówili w esperanto: autor książek fantasy J.R.R. Tolkien, Julian Tuwim oraz noblista w dziedzinie ekonomii Reinhard Selten. Isaac Bashevis Singer nauczył się esperanto jako chłopiec.

Louis von Wunsch-Rolshoven

Agencja prasowa AFP słusznie określiła niedawno esperanto mianem „niezrównanego międzynarodowego sukcesu”. Sukces ten esperanto zawdzięcza przede wszystkim prędkości, z jaką można się go nauczyć: jak pokazują różne eksperymenty szkolne, potrzeba na to od jednej trzeciej do jednej piątej czasu niezbędnego na naukę innych języków. (…)

Szacuje się, że zna go kilka milionów ludzi, a kilkaset tysięcy regularnie się w nim porozumiewa. Jest już nawet około tysiąca rodowitych użytkowników tego języka (…).

Już w 1901 roku Zamenhof pisał, że dla przyszłości esperanto byłoby bardzo korzystne, gdyby pewna grupa ludzi uczyniła z niego „język swojej rodziny”. Niedługo potem, w 1904 roku, przyszła na świat pierwsza dziewczynka wychowująca się w esperanto od urodzenia. (…)

Ze wspólnoty osób mówiących w esperanto zrodziła się również cała wspólnota kulturowa. Do tej pory ukazało się około dziesięciu tysięcy książek w tym języku, między innymi tłumaczenia wierszy Miłosza i Szymborskiej czy Quo vadis. Przekładu tej ostatniej pozycji dokonała Lidia Zamenhof, córka Ludwika, już w 1933 roku. Rocznie do księgozbioru w tym języku przybywa kolejnych sto dwadzieścia dzieł. (…)

Audycje w esperanto regularnie emituje również Radio Watykan. Istnieje też w tym języku Wikipedia, gdzie znajduje się ponad 240 000 artykułów, co powoduje, że jej zasięg jest porównywalny z zasięgiem Wikipedii w języku duńskim czy chorwackim. (…)

W tej chwili esperanto oferują dziesiątki stron internetowych poświęconych nauce języków. Na stronach oferujących nieodpłatnie powyżej 25 języków esperanto z reguły jest zawsze. Najwięcej uczniów liczy Duolingo.com – tu na kurs zgłosiło się do tej pory 1 500 000 chętnych do nauki. Od roku esperanto na tej stronie można uczyć się nie tylko po angielsku, ale też po hiszpańsku; prawie gotowa jest oferta kursu po portugalsku. W sumie do nauki języka Zamenhofa obecnie zgłasza się miesięcznie około 60 000 osób, około 3000 co miesiąc kończy kurs.

Opinii publicznej do tej pory mało znany jest fakt coraz większego rozprzestrzeniania się esperanto na świecie. Niektórzy sądzą nawet, że nikt już nie włada tym językiem. Być może to skutek czasów tępienia i prześladowania esperantystów.

Od 1933 roku esperanto zwalczał Hitler, niemal wszyscy członkowie rodziny Zamenhofa zostali wymordowani, a od 1937 roku rozstrzeliwano lub zsyłano do łagru esperantystów w Związku Sowieckim. Po wojnie zakaz esperanto obejmował praktycznie wszystkie kraje bloku wschodniego (…)

Zamenhof stworzył własny język – esperanto – między innymi dzięki znajomości wielu innych języków. Wychowywał się, mówiąc po rosyjsku i w jidysz, uczył się hebrajskiego i polskiego, a od swojego ojca – wieloletniego nauczyciela języków – niemieckiego i francuskiego. W programie szkolnym miał też grekę, łacinę i angielski. Dzięki temu doskonale orientował się w gramatyce i słownictwie różnych języków. Wybrał wspólne struktury i morfemy obecne w wielu językach i stworzył z nich esperanto – proste i łatwe w nauce. Chciał, żeby jak najwięcej ludzi mogło odnaleźć w nim słowa z języka ojczystego. (…)

Nawet jeśli do tej pory marzenia Ludwika Zamenhofa urzeczywistniły się tylko częściowo, stworzył on podstawy nowego międzynarodowego języka, którego stosunkowo szybko można się nauczyć i wokół którego utworzyła się światowa wspólnota języka i kultury. W ciągu nieco ponad stulecia od publikacji cienkiej książeczki, esperanto Zamenhofa zajęło miejsce wśród pięćdziesięciu najczęściej używanych języków na świecie. Niewielu ludzi może poszczycić się tym, że dzieło ich życia wydało podobne owoce.

Autor jest rzecznikiem prasowym Niemieckiego Związku Esperantystów. Tłumaczenie z języka niemieckiego: Małgorzata Bochwic-Ivanovska, Instytut Polski w Berlinie.

Cały artykuł Louisa von Wunsch-Rolshovena pt. „Twórca esperanto Ludwik Zamenhof” znajduje się na s. 11 czerwcowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 48/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi oraz dodatek specjalny z okazji 9 rocznicy powstania Radia WNET, czyli 44 strony dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Louisa von Wunsch-Rolshovena pt. „Twórca esperanto Ludwik Zamenhof” na s. 11 czerwcowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 48/2018, wnet.webbook.pl