Gdzie są nauczyciele hunwejbinów z Platformy Obywatelskiej palących książki? Felieton Zbigniewa Kopczyńskiego

Palenie książek w Niemczech w 1933 roku | Fot. domena publiczna, Wikipedia

To jest samo zło – mówi młody platformerski hunwejbin. Na młodziutkiej twarzy widać ogrom wiedzy historycznej i lata doświadczenia pedagogicznego. Na pewno gruntownie przeanalizował treść podręcznika.

Liberalne barbarzyństwo

W felietonie zamieszczonym we wrześniowym „Kurierze WNET” (99/2022) [related id=186690] wyraziłem obawy, czy raczej przewidywania, że przeciwnicy podręcznika profesora Roszkowskiego mogą posunąć się do palenia książek. Szczerze mówiąc, myślałem, że przesadziłem. Z błędu wyprowadzili mnie młodzi politycy Platformy Obywatelskiej ze Szczecina, dumnie kontynuujący tradycje brunatnych krzewicieli postępu.

Oczywiście postępowcy z Platformy nie są tak nieodpowiedzialni jak chłopcy z Hitlerjugend. Nie palą bezmyślnie książek, szkodząc klimatowi emisją CO₂; użyli do tego celu bezemisyjnej niszczarki.

Zawsze jakiś postęp. Młodzi gniewni platformersi nie pomyśleli – co nie dziwi – ile ich niszczarka zużyła energii elektrycznej, a to poważny problem. Niewykluczone więc, że ich następcy, bardziej oczywiście świadomi, podrą własnoręcznie książki, a później je zjedzą w celu utylizacji.

„Uważamy, że to jest samo zło” – mówi młody platformerski hunwejbin (Wikipedia wyjaśnia to trudne słowo). Na młodziutkiej twarzy widać ogrom wiedzy historycznej i lata doświadczenia pedagogicznego, więc pewnie wie, co mówi. Z pewnością werdykt wydał po gruntownym przeanalizowaniu treści podręcznika. OK, żartowałem.

Kto czytałby książkę, skoro sam Donald Tusk ją skrytykował? A to dla młodych kontynuatorów nazistowskich tradycji jest wystarczające. „Donald locuta, causa finita”. (W Google translator jest łacina, ale żeby zrozumieć sens tłumaczenia, trzeba więcej przeczytać.) I tyle mamy z demokracji i pluralizmu.

Tylko patrzeć, jak zamienią brunatne koszule na czerwone krawaty i zabiorą się do oceniania i wyrzucania z uczelni profesorów, może i z cenionym w świecie dorobkiem, ale niepostępowych. Preludium tego mieliśmy niedawno w Katowicach.

No dobrze, nie będę już pastwił się nad współczesnymi komsomolcami. „Wybacz im, bo nie wiedzą, co czynią”. (Ciekawe, czy któryś z nich wie, skąd ten cytat?). W końcu są to, jak widać, młodzi wykształceni z dużego ośrodka, czyli – mówiąc po polsku – młodzi i głupi. Nie będę też pisał o ich dorosłych opiekunach partyjnych, bo nie warto. Nie zauważyłem nikogo z nich wyrażającego, no, nie potępienie – tak naiwny to nie jestem – ale choćby zawstydzenie czy zażenowanie. Raczej widziałem satysfakcję, że młodzi tak dowalili pisiorom. Zostawmy więc ich w ich bagienku.

Ale gdzie są nauczyciele tych neonazistów? Gdzie jest nauczyciel historii, który nie nauczył ich, kto palił książki i jak to się skończyło?

Gdzie jest nauczyciel wiedzy o społeczeństwie, który nie powiedział im, że w demokracji spory rozwiązuje się w wyniku dyskusji, a nie palenia książek? Gdzie wreszcie jest nauczyciel matematyki, który nie nauczył ich logiki i logicznego myślenia, by wiedzieli, że nie da się pogodzić walki o wolność słowa z niszczeniem książek?

Rozpoczął się nowy rok szkolny. Przed nim mieliśmy zapowiedzi protestów i żądań lepszej płacy za pracę nauczycieli. Za jaką pracę? Tę, której efekty niszczą książki? Tak, wiem, są nauczyciele pracujący z oddaniem i starający się wychowywać uczniów na porządnych ludzi, świadomych i odpowiedzialnych obywateli. Mam niestety wrażenie, że takich nauczycieli jest coraz mniej.

Nie dopracowaliśmy się systemu promującego nauczycieli z powołania, zaangażowanych i z efektami ich pracy, a umożliwiającego pozbywanie się nauczycieli słabych, dla procesu edukacji zbędnych, a nawet wręcz szkodliwych.

Nie może być tak, że nauczyciel organizujący debaty oksfordzkie, uczący młodzież walki na argumenty i racjonalnej ich analizy, jest traktowany i wynagradzany jak dopuszczający do niszczenia książek, a może i do tego niszczenia podpuszczający.

Rządy Prawa i Sprawiedliwości, choć wprowadziły kilka pozytywnych zmian w szkolnictwie, tego problemu nie rozwiązały i nie wygląda na to, by rozwiązać go miały w przewidywalnej przyszłości. Ale to temat do osobnej, długiej i koniecznej dyskusji.

Młodzi naziści z Platformy niszczyli książkę z głupoty. Głupota to nie grzech, po prostu Bozia rozumu nie dała. Ale system oświaty wychowujący następne pokolenia takich bezmózgowców to prawdziwy dramat i fatalna prognoza dla Rzeczypospolitej.

Zbigniew Kopczyński

Co my na to? Niemcy zaproponowali Polsce: podzielcie się z nami Waszymi rezerwami gazu! Felieton Zbigniewa Kopczyńskiego

Jeśli szybko rozwiejecie nasze obawy o stan Waszej praworządności i dostarczycie dowodów na spełnianie europejskich standardów, bez zwłoki i z prawdziwą przyjemnością rozpatrzymy Wasze wezwanie.

Dzielimy się gazem

Sugestie, a wręcz żądania podzielenia się polskimi rezerwami gazu ziemnego z Niemcami, których zbiorniki zostały opróżnione przed zimą, skłoniły mnie do przygotowania propozycji odpowiedzi, jakie Rząd Rzeczypospolitej mógłby przekazać stronie niemieckiej. Poniżej ta właśnie propozycja:

Drodzy Niemieccy Przyjaciele i Sojusznicy!

Z prawdziwym zrozumieniem przyjmujemy Wasze wezwanie do wsparcia Was w trudnej dla Was chwili naszymi rezerwami gazu ziemnego. Jest dla nas oczywistością konieczność dzielenia się posiadanymi dobrami. Sami otrzymaliśmy znaczące wsparcie finansowe ze środków Unii Europejskiej i uważamy to za oczywisty dowód europejskiej solidarności.

Niemniej przez ostatnie lata konsekwentnie i skutecznie przekonywaliście nas, że ważniejsze od solidarności są wartości europejskie, a wśród nich najważniejsza jest praworządność. Bez spełnienia europejskich standardów w tej dziedzinie nie jest możliwe przekazywanie jakichkolwiek świadczeń materialnych, o czym boleśnie przekonujemy się od ponad roku. W tej kwestii sytuacje nadzwyczajne, takie jak wojna, nie mogą być pretekstem dla jakichkolwiek rabatów, jak słyszeliśmy z ust Waszego polityka.

Tak więc w przekonaniu, że pominięcie troski o praworządność byłoby nie do przyjęcia dla Waszych i naszych europejskich sumień, nie moglibyśmy przekazać Wam gazu bez choćby pobieżnego sprawdzenia, jak wygląda u Was ta najważniejsza kwestia. Niestety ta jedynie formalna, jak sądziliśmy, czynność przyniosła nam kilka zaskoczeń. Nie chcemy mnożyć problemów, więc prosimy o wyjaśnienie jedynie trzech z nich.

  1. Artykuł 97 Waszej konstytucji, czyli Ustawy zasadniczej Republiki Federalnej Niemiec, mówi o niezależności sędziowskiej. W zasadzie jest on zgodny z zapisami Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej. Brakuje tam jednak tego, co opisuje art. 181 Konstytucji RP, a mianowicie immunitetu sędziego. Wygląda więc na to, że Niemczech decyzją tylko prokuratora, a nawet zwykłego policjanta, sędzia może być przesłuchany, zrewidowany, a nawet zatrzymany, bez przeprowadzenia jakiejkolwiek procedury dyscyplinarnej.

O tym, że nie jest to tylko teoretyczne zagrożenie, przekonali nas nasi korespondenci, przedstawiając przypadek sędziego Christiana Dettmara z Weimaru, któremu policjanci urządzili przeszukanie w biurze, mieszkaniu, samochodzie i telefonie wkrótce po tym, gdy wydał wyrok kwestionujący politykę pandemiczną władz.

W Polsce takie rzeczy się nie wydarzyły i wydarzyć nie mogą, właśnie wskutek istnienia art. 181 Konstytucji RP.

  1. Z podobnym zdziwieniem przeczytaliśmy o procedurze powoływania sędziów federalnych, opisanej w art. 95 pkt.2 Ustawy Zasadniczej. Sędziów powołuje u Was Minister Sprawiedliwości, czyli organ władzy wykonawczej, wraz z komisją składającą się z ministrów sprawiedliwości krajów związkowych i takiej samej liczby członków wybranych przez Bundestag. A więc sami politycy, ani jednego sędziego w tym składzie.

Zdajemy sobie sprawę, że taki skład wspomnianej komisji wynika z federacyjnego charakteru Waszego państwa. Gdybyśmy więc chcieli przełożyć tę procedurę na warunki polskie, państwa unitarnego, sędziów musiałby mianować Minister Sprawiedliwości. No, może z osobą wyłonioną przez większość sejmową.

Tymczasem u nas Krajowa Rada Sądownictwa, tak często przez Was krytykowana, a której rolą jest wyłanianie kandydatów na sędziów, składa się w ponad dwóch trzecich z sędziów. Sędziów z kolei powołuje u nas Prezydent, a nie Minister Sprawiedliwości.

  1. Szukaliśmy zarówno w Ustawie Zasadniczej, jak i w innych ustawach, zapisu pozwalającego Waszym sędziom oceniać status innych sędziów. Być może zbyt pobieżnie przeglądaliśmy, ale nie znaleźliśmy takiej możliwości. Jest to naprawdę zaskakujące, jako że pani przewodnicząca Komisji Europejskiej uznała to za fundamentalny warunek praworządności, bez spełnienia którego nie możemy marzyć o skorzystaniu z europejskich pieniędzy.

Drodzy Przyjaciele,

przedstawiliśmy jedynie trzy małe kamienie milowe, wątpliwości, obok których nie możemy przejść obojętnie.

Ufamy jednak, że szybko rozwiejecie nasze obawy o stan Waszej praworządności i dostarczycie dowodów na spełnianie europejskich standardów. Wtedy bez zbędnej zwłoki, chętnie i z prawdziwą przyjemnością rozpatrzymy Wasze wezwanie do podzielnia się z Wami naszymi rezerwami gazu, zgromadzonymi dzięki naszej realistycznej i przewidującej polityce.

Zbigniew Kopczyński

Refleksje przed II turą. O kandydatach bez ulegania propagandowym stereotypom: „notariusza” i „młodego wykształconego”

Duża część wyborców Rafała Trzaskowskiego, choć uważa się za inteligentniejszych i mądrzejszych od wyborców jego kontrkandydata, głosuje stadnie, nie zastanawiając się nad tym, co kandydat prezentuje.

W dzisiejszych czasach emocje wygrywają wybory, a narracja zasłania fakty. Zamiast wymiany argumentów – podgrzewanie atmosfery. Emocjom dają ponieść się też zupełnie rozsądni ludzie, bo nie każdy ma czas i ochotę na dociekanie istoty rzeczy. Przed II turą wyborów chcę zachęcić, szczególnie tych niezdecydowanych, ale nie tylko, do bardziej chłodnego przyjrzenia się kandydatom, bez ulegania popularnym stereotypom.

Najpopularniejszym stereotypem jest określanie urzędującego prezydenta jako długopisu czy notariusza PiS-u. tymczasem żaden z jego poprzedników nie sprzeciwił się tak jak Andrzej Duda partii, z której wyszedł, w ważnych dla niej sprawach. Wspomnę tylko zablokowanie reformy sądów i wymuszenie dymisji prezesa TVP. Bez względu na to, jak oceniamy te posunięcia, a ja nie oceniam ich pozytywnie, obalają one mit „długopisu”.

Konkurent prezydenta, Rafał Trzaskowski, prezentuje się jako młody, wykształcony poliglota. Znajomość języków jest rzeczą cenną, jednak dobrze jest mieć coś rozsądnego do powiedzenia choćby w jednym z nich. A z tym prezydent Warszawy ma pewne problemy niczym król Michał Korybut Wiśniowiecki.

Wystarczy przypomnieć obiecywanie załatwienia spraw już załatwionych, jak opodatkowanie twórców, czy wywalczenia mniejszych niż są proponowane dotacji z Unii Europejskiej, by dojść do wniosku że ten kandydat nie bardzo ma pojęcie o tym, do czego kandyduje. Jego dokonania jako prezydenta Warszawy też rzucają nieciekawe światło na tę postać. Wprawdzie awarie i wypadki zdarzają się wszędzie, lecz takie nagromadzenie ich w Warszawie za czasów prezydentury Rafała Trzaskowskiego musi budzić zastanowienie.

Znacznie poważniejszą kwestią jest zaskarżanie przez miasto Warszawa rozstrzygnięć Komisji Weryfikacyjnej. Prezydent stolicy nie zważa na to, jak czują się ofiary dzikiej reprywatyzacji, dla których to zaskarżenie jest, delikatnie mówiąc, policzkiem. Domaganie się w sądach uchylenia decyzji Komisji Weryfikacyjnej jest jawnym działaniem przeciw mieszkańcom Warszawy, tym bardzo poszkodowanym. Czy jako prezydent Rzeczypospolitej Rafał Trzaskowski będzie chciał zadbać o interesy Polaków, a tym samym Polski?

Ostre, wręcz brutalne zaangażowanie się zagranicznych mediów w kampanię wyborczą wyłącznie po stronie Rafała Trzaskowskiego każe postawić pytanie, w czyim interesie jest jego wybór na stanowisko prezydenta Polski? Polski i Polaków – czy niekoniecznie? Przypomnę, że mieliśmy już w historii okres, gdy zagranica wybierała nam królów i, jak dobrze wiemy, nie skończyło się to najlepiej.

Przesadzam? Nie sądzę. Media nazywane są czwartą władzą i faktycznie taką rolę spełniają. Można dyskutować, czy adekwatny jest przypisany im liczebnik, jako że potrafią obalać rządy skuteczniej niż parlamenty i sądy. Pomyślmy zatem, jak wyglądałaby suwerenność Polski, gdyby większość ministrów, posłów czy sędziów była zatrudniona przez zagranicznego pracodawcę? A my pozwalamy, by opinię publiczną w naszym kraju kształtowały media w znacznej mierze zagraniczne. Takiej sytuacji nie ma w żadnym poważnym państwie. I nie wierzmy w opowiadania o tym, że właściciele nie wtrącają się treści publikowane przez swych polskich pracowników. Bezczelna reprymenda, jakiej udzielił w swym liście redaktor naczelny „Die Welt” prezydentowi Rzeczypospolitej, jest jednym z wielu dowodów, że to bajki.

Dobrze wiem, że nad tymi problemami zastanowi się jedynie część tych, którzy głosowali lub zamierzają głosować na Rafała Trzaskowskiego. Duża ich część, choć uważa się za inteligentniejszych i mądrzejszych od wyborców jego kontrkandydata, głosuje stadnie, nie zastanawiając się nad tym, co kandydat prezentuje. Wie o tym również sam Rafał Trzaskowski i tak właśnie traktuje swój elektorat. Najlepszym tego dowodem jest ogłoszenie programu wyborczego krótko przed ciszą wyborczą, tak aby nie było czasu przeczytać go i przedyskutować. Każdy poważnie kandydujący na radnego w mieście czy gminie jak najszybciej publikuje swój program wyborczy i dba o to, aby dotarł on jak najszybciej do jak najszerszej rzeszy wyborców, by móc z nimi o tym podyskutować i przekonać ich do siebie. Rafał Trzaskowski wie, że jego zwolennicy to bezwolna masa, która i tak będzie na niego głosować. Wystarczy trochę europejskiego blichtru, uśmiech i parę ładnych zdań, najlepiej po francusku po angielsku.

Zastanowić się nad wyborem mogą niezdecydowani i wyborcy pozostałych kandydatów.

Duże szanse Rafał Trzaskowski ma na zdobycie sporej części zwolenników Szymona Hołowni. Byłby to udany efekt operacji socjotechnicznej, w której ludzie tęskniący za czymś nowym, świeżym i spoza układu politycznego, porwani jego bardzo otwartym, ale jednak katolicyzmem, niespodziewanie wylądowali w obozie kandydata od zawsze będącego znaczącą postacią skostniałego establishmentu, promującego ideologię gender i nieukrywającego związku z satanizmem. Czy zdążą się zreflektować?

Dużo zamieszania sprawiło nieokreślone stanowisko części liderów Konfederacji. Niestety wzmacnia to, nieprawdziwe moim zdaniem, zarzuty o bycie ruską onucą. I nie chodzi o to, że Moskwa popiera Rafała Trzaskowskiego, choć może i tak jest. Rosja, kontynuując starą sowiecką strategię, nie popiera tego czy innego kandydata, tej czy innej partii. Rosja popiera rozkład państwa, a do tego ich stanowisko prowadzi. Scenariusz jest prosty: wojna prezydenta z rządem, przyspieszone wybory parlamentarne, nieustanna kampania wyborcza i zintensyfikowanie wojny polsko-polskiej. Jeśli liderzy Konfederacji liczą na to, że dzięki temu chaosowi wzmocnią swoją pozycję, to dają wyraz nie tylko politycznej naiwności. Dążąc do zdobycia partykularnych korzyści kosztem interesu państwa i narodu, zaprzeczają ideowym podstawom swojej formacji.

Liderzy liderami, a ja mam głębokie przekonanie, że członkowie i sympatycy Konfederacji, z których wielu znam i cenię, przy całej ich niechęci do rządów PiS-u nie dadzą się wciągnąć w te gierki. Dobrze pamiętają, jak odnosił się do nich Rafał Trzaskowski, i jego umizgi z ostatnich dwóch tygodni nie zrobią na nich wrażenia.

Jednym słowem, nie wyobrażam sobie konfederata: narodowca, konserwatysty czy libertarianina, głosującego na tęczowego Rafała.

Czym skończy się ta długa kampania, dowiemy się wkrótce. Jeśli wygra Rafał Trzaskowski, Zjednoczona Prawica przejdzie do historii jako ugrupowanie, które na własne życzenie, zamiast zapewnić sobie dalszych kilka lat spokojnego rządzenia, przegrało wybory. Jeśli wygra Andrzej Duda, będzie mogła powiedzieć, że wszystko dobre, co się dobrze kończy. Jednak bez względu na ostateczny wynik, zarówno elity polityczne, jak i zwykli obywatele muszą odpowiedzieć sobie na pytanie, czy chcą dalej tak dużego wpływu zagranicznych mediów na polską opinię publiczną i – jeśli nie – jakie działania powinny podjąć. Dotyczy to również polityków Platformy Obywatelskiej, bo sympatie zagranicy mogą się zmienić. Jest to jedna z zasadniczych kwestii decydujących o, co tu dużo mówić, naszej suwerenności.

Zbigniew Kopczyński

Nie oczekuję zbyt wiele od opozycji. Chciałbym tylko, by podjęła rzeczową rywalizację / Felieton Zbigniewa Kopczyńskiego

Nie mam też zbyt wygórowanych oczekiwań wobec rządzących. Chciałbym jedynie, by w ramach swoich możliwości dążyli do realizacji oczekiwań wyborców, a nie zastanawiali się, jak dogodzić opozycji.

Naprawdę nie mam zbyt wygórowanych oczekiwań wobec opozycji. Chciałbym jedynie, by przedstawiła jako tako spójny program tego, co ma zamiar zrobić po przejęciu władzy. Bycie antypisem, totalna negacja wszystkiego i powrót do tego, by było jak było, nie jest żadnym programem. To, jak było, Polacy ocenili dokładnie wtedy, kiedy to było.

Naprawdę nie mam zbyt wygórowanych oczekiwań co do kandydatów opozycji. Nie wymagam, by były to orły intelektu. Wystarczy, by potrafili jako tako składnie i logicznie mówić bez wpadek. No, przynajmniej nie w każdym wystąpieniu.

Naprawdę nie mam zbyt wygórowanych oczekiwań i nie wymagam zbyt wiele od opozycji. Chciałbym jedynie, by walcząc o praworządność, w przerwach między intensywnym wymachiwaniem Konstytucją, choć pobieżnie ją przejrzała. Nie wypowiadałaby wtedy takich kuriozalnych żądań jak to, by prezydent wybierał pierwszego prezesa Sądu Najwyższego jedynie wśród kandydatów uzyskujących poparcie większości sędziów. Czy wygłaszający to żądanie przewodniczący Budka policzył, że taki kandydat może być tylko 1 (słownie: jeden)? Chciałby zatem postawić prezydenta w sytuacji klienta kupującego Forda T, mogącego wybrać samochód w dowolnym kolorze pod warunkiem, że byłby to kolor czarny.

Nie wiem, na jakiej podstawie liderzy Platformy w wywnioskowali, że w razie upływu kadencji prezydenta przed ogłoszeniem wyniku wyborów, jego obowiązki przejmuje marszałek Senatu. Konstytucja tylko raz wspomina o marszałku Senatu w takiej roli – gdy nie będzie mógł tego uczynić marszałek Sejmu. Wtedy i tylko wtedy.

Skąd więc u liderów Platformy ta pewność objęcia funkcji prezydenta przez marszałka Senatu po 6 sierpnia? Czyżby liczyli na to, że pani marszałek gdzieś poleci i wszystko się zmieni?

Nie mam zbyt dużych oczekiwań wobec opozycji. Chciałbym jedynie, by zachowała się jak ludzie dorośli i podjęła rzeczową rywalizację na programy i argumenty, a nie biegała ze skargą za granicę jak maluch, wołający po awanturze w piaskownicy starszego brata, który, nie dociekając racji, zawsze będzie bronił swego. Czy ci politycy, bywali w świecie, a szczególnie w Europie, nie zauważyli, że są jedynymi donoszącymi na własne państwo i żądającymi jego ukarania? Takie to dziecinne: niewiara we własne siły i liczenie na pomoc starszych i mądrzejszych.

Nie mam zbyt wygórowanych oczekiwań wobec opozycji, chodzi mi tylko o minimum logiki w jej argumentacji. Jak logicznie wytłumaczyć, że sam kontakt z kopertą wyborczą to zapowiedź niechybnej śmierci, a kilka dni później podpisywanie list z poparciem dla nowego kandydata Platformy i tłumy zgromadzony na jego wiecach – jeszcze nieoficjalnie wyborczych – nie zagrażają niczyjemu zdrowiu?

Nie mam też zbyt wygórowanych oczekiwań wobec rządzących. Nie oczekuję spełnienia wszystkich obietnic. Nie chcę tracić miejsca i czasu na omawianie tych niespełnionych, a jest ich trochę. Chciałbym jedynie, by lepiej lub gorzej, w ramach swoich możliwości, dążyli do realizacji tego, czego oczekują od nich wyborcy, a nie zastanawiali się, jak dogodzić opozycji. By zrozumieli, że opozycję zadowoli jedynie bezwarunkowa kapitulacja. Próby rozwiązania kompromisowego, wyjście opozycji naprzeciw, dawanie prezentów i tak spotka się z totalną krytyką, a realizowane w tym celu szybkie i gwałtowne zmiany prawa powodują tylko psucie tego prawa, a tym samym psucie państwa.

Zbigniew Kopczyński