W ubiegłą niedzielę Kolumbijczycy wybrali nowego prezydenta swojego kraju. Wiadomość ta raczej nie byłaby żadną sensacją. W końcu, w każdym demokratycznym państwie jego przywódcy wybierani są co kilka lat.
Jednak w przypadku Kolumbii sytuacja ma się inaczej. Nowowybrany prezydent kraju, Gustavo Francisco Petro Urrego, jest bowiem pierwszym w historii kraju prezydentem wywodzącym się z lewicy.
Wybór ten jednak nie do końca był pewny: zarówno Petro, jak i jego kontrkandydat w drugiej turze wyborów, Rodolfo Hernández, w sondażach wyborczych szli niemal „łeb w łeb”. Dlaczego zatem Kolumbijczycy zdecydowali się na wybór Petro, a nie prawicowego populisty Hernándeza? Czy zatem wybór Petro oparty był jedynie na jego dopasowanych obietnicach wyborczych, a może jest konsekwencją skomplikowanej współczesności Kolumbii? Jakimi obietnicami uwiódł wyborców Gustavo Petro, a jakimi Rodolfo Hernández?
Wreszcie, co oznacza wybór Gustavo Petro dla Kolumbii i jej mieszkańców? Prezydent-elekt w swojej kampanii wyborczej obiecał szereg rozwiązań mających na celu budowę nowego sprawiedliwego społecznie, nowoczesnego i proekologicznego państwa. Czy jednak obietnice te są możliwe do spełnienia? A jeśli tak, to w jaki sposób? Co więcej, skąd Gustavo Petro zamierza pozyskać fundusze, którymi chce sfinansować swoje reformy? Czy były partyzant jest również w stanie doprowadzić do rzeczywistego zakończenia wojny domowej w Kolumbii i podpisania porozumień pokojowych z organizacjami pseudopartyzanckimi? W jaki sposób kraj ma zapewnić bezpieczeństwo swoich obywateli, którzy codziennie giną mordowani? A może Gustavo Petro, wzorem swojego wenezuelskiego sąsiada zamierza zaśpiewać w populistycznym chórze tak zwanych „postępowców”?



