Nigdy nie pozostaję obojętny na prawdę". Z Michałem "Lonstarem" Łuszczyńskim rozmawia Sławek Orwat - WNET.fm
Top bar
Reklama
Włącz radio Aktualny Poranek Wspieraj WNET Szukaj

Nigdy nie pozostaję obojętny na prawdę”. Z Michałem „Lonstarem” Łuszczyńskim rozmawia Sławek Orwat

Zostałem zauważony, doceniony, zdobyłem szacunek środowiska nashvillskich artystów i fanów. Do dziś w Nashville wystąpiłem 32 razy, w tym w kilku legendarnych miejscach i w prestiżowych wydarzeniach

 

 

Gdzie należy doszukiwać się początków muzyki country i jaki wpływ na jej pojawienie się miał folk irlandzki? Czy ten gatunek rzeczywiście narodził się w Stanach, czy też został  tam przywieziony?

Każda forma sztuki ma swe źródła w formach wcześniejszych. Na przykład Renesans – w sztuce starożytnego Rzymu, Rzym – w Grecji i dalej w głąb historii. Większość muzyki amerykańskiej (country, jazz, rock, blues) ma wielu „rodziców” w Europie, a także w Afryce, ale te gatunki NIE ISTNIAŁY ani w Europie, ani w Afryce. Narodziły się dopiero na gruncie amerykańskim, gdzie multi-etniczna i multi-kulturowa struktura społeczeństwa stwarzała warunki do powstawania nowych form. Czyli… „przywiezione” na grunt Ameryki były tylko ingredienty muzyczne, ale country, tak jak rock czy jazz, jest „dzieckiem” Ameryki.

 

 

 

Dlaczego piosenki z kultowego westernu Rio Bravo w wykonaniu Deana Martina, Ricky Nelsona i Waltera Brennana – „My Rifle, My Pony and Me” czy „Get along home Cindy” (Dean Martin, Walter Brennan) nie wywołały boomu na country w Polsce? Z tego, co mi wiadomo, do kin waliły tłumy.

 

Western „Rio Bravo” rzeczywiście odniósł w Polsce wielki sukces. Wręcz w plebiscycie ówczesnego tygodnika „Film” zdobył nagrodę „Złotej Kaczki”, jako najlepszy film roku 1962 (bo wtedy wszedł na nasze ekrany). Ale wymienione przez ciebie dwie urocze piosenki śpiewane tam przez Deana Martina i Ricky’ego Nelsona nie były traktowane jako country, bo… nikt nie znał słowa „country”, jako gatunku muzycznego. Przecież kilka lat wcześniej inny genialny western – „W samo południe” – też wylansował piękny utwór „Do Not Forsake Me” („Oscar” dla Najlepszej Piosenki filmowej 1952), śpiewany tam przez tytana country, Texa Rittera, a jego polsko-języczną wersję śpiewał niejaki Jerzy Michotek i co? I nic. To była po prostu kolejna piosenka, bez countrowej IDENTYFIKACJI, bo nikt z naszych medialnych prezenterów tego nie mówił, albo wręcz nic nie wiedział.

 

Jesteś obok Marka Grechuty chyba najbardziej znanym śpiewającym architektem. Jak to się stało, że muzyka zwyciężyła w twoim życiu z tak intratną i powszechnie szanowaną profesją?

 

To nie muzyka zwyciężyła, tylko architektura przegrała. Country pokochałem, jako siedmiolatek, a na ”powszechnie szanowaną” architekturę poszedłem dopiero jako osiemnastolatek za perswazją mojej nieco snobistycznej ciotki. Zrobiłem dyplom i nawet przez kilka lat pracowałem jako architekt, ale nie czułem powołania. Do tego raził mnie snobizm środowiska. Toteż przez całe studia i pracę projektową równolegle grałem. Aż pewnego dnia zdecydowałem powrócić do mojego naturalnego wcielenia.- do country.

 

 

Kiedy tak naprawdę po raz pierwszy w polskiej kulturze muzycznej pojawił się wykonawca, którego można by zakwalifikować do szufladki „country”. Czy bardzo się mylę obstawiając zespół Homo Homini Aleksandra Nowackiego? Nie można też zapomnieć o „Balladzie wagonowej” z repertuaru Maryli Rodowicz.

 

Wymienieni Artyści (tu dodałbym jeszcze zespół No To Co) spożytkowywali pewne brzmienia country, ale – podobnie jak w przypadku „Rio Bravo” – nikt tych piosenek nie nazywał „country”. I słusznie, bo to nie było country.

 

Muzyka country w Polsce to od lat nisza. Świadomie poszedłeś tą drogą, czy był to  przypadek? W piosence „Co to jest to country” trochę próbujesz nam ten wybór wyjaśnić. Mógłbyś dziś te myśli nieco rozwinąć?

 

„Nisza”, to ładne określenie. Pasuje na przykład do poezji śpiewanej, czy piosenki aktorskiej. Tymczasem country w Polsce, to – NIESTETY – nie nisza, tylko ubogi krewny i nieproszony gość. Od wczesnych lat sześćdziesiątych country było tępione przez socjalistyczną cenzurę, jako muzyka „imperialistyczna” ,„rasistowska”, „wsiowa” i „”przestarzała”, której trzeba się wstydzić. A potem… Cóż… ci sami ludzie, którzy byli wyznaczeni do celowej de-promocji i obrzydzania country, nadal żyją, podobnie jak nadal pokutują wymienione przeze mnie epitety. Istnieje jakaś dziwna ALERGIA mediów i promotorów kulturalnych na samo hasło „country”. A jak było ze mną?… Hmm… To muzyka country wybrała mnie. Miałem 7 lat, kiedy usłyszałem ją po raz pierwszy przez „Voice of America” (no bo przecież nie przez Polskie radio ha ha!) i zakochałem się. Od początku zdawałem sobie sprawę, że będzie ciężko, ale mój przypadek, to „miłość póki śmierć nas nie rozłączy”, więc idę tą drogą na dobre i złe. Ostatnio częściej NA DOBRE!

 

 

Kiedy i dlaczego Michał Łuszczyński postanowił stać się Samotną Gwiazdą?

 

Samotnym wykonawcą country byłem od końca szkoły podstawowej. Obowiązywała wtedy inna muzyka, a ja za moją miłość do country dostawałem baty, łącznie z „pałą” z… muzyki!!! A moja muzyczna tożsamość – LONSTAR – to połączenie przypadku i świadomej decyzji. To było tak: mój ojciec, który spędził dużo czasu w Stanach jako stypendysta, przywiózł mi cowboyski kapelusz, pasek z klamrą z napisem TEXAS i T-shirt, na którym była mapa Texasu, a wokół mapy napis „LONE STAR STATE” (Stan Samotnej Gwiazdy). Miałem wtedy 14 lat. Grałem raz z rówieśnikami w pewnym domu kultury, a pasek od gitary zasłaniał literę „E” w słowie „LONE”. Jakiś fan, chcąc mi coś powiedzieć, a nie znając mojego imienia, przeczytał niekompletny napis na T-shircie i zawołał: „Hej LON-STAR”! I tak już zostało. Zaaprobowałem „Lonstara”, bo to to słowo kojarzyło się z Texasem, źródłem moich najważniejszych inspiracji.

 

 

 

Pamiętasz jeszcze The Western Stars i Jaguary? Ile wtedy miałeś lat?

 

Piętnaście, szesnaście, siedemnaście. Lata licealne. Oczywiście, że pamiętam! Ach, te pierwsze, dalekie do doskonałości polskie gitary określane pogardliwie, jako „harcerskie” i NASZE pierwsze gitary wystrugane ze sztachet wyrwanych z parkanu albo z… półki wyjętej z kuchennego kredensu ha ha! Jeden z nas znał się trochę na elektronice i robił nam przetworniki elektromagnetyczne, lutował obwody i potencjometry… Brzmienie było… hmm… zabójcze, zwłaszcza dla domowników i sąsiadów. Ale ich wygląd! Ten DESIGN! W naszym pojęciu to były Fendery zespołu Shadowsów i Rickenbackery Beatlesów! I już wtedy przemycałem country do naszego rock’n’rollowego repertuaru.

 

 

Jako muzyczny samouk, w roku 1978 założyłeś pierwszy polski zespół country, który nazwałeś The Country Family. Koncertowaliście po Demoludach i zagraliście na festiwalu opolskim w roku 1983, na którym pojawiły się takie hity jak „Mr Lennon” grupy Universe, „Chcemy być sobą” Perfectu, „Abym mógł przed siebie iść” Ryśka Riedla, „Szklana pogoda” Lombardu, „Nie ma wody na pustyni” Bajmu, „Mniej niż zero” Lady Pank, „Nowe sytuacje” Republiki czy „Dentysta sadysta” Maryli Rodowicz. Jak zostaliście przyjęci w szczytowym okresie popularności rocka i czym wówczas to było dla ciebie?

 

Rok 1983, to była epoka „powojenna” (mam na myśli Stan Wojenny). Na muzycznym rynku ówczesny polski buntowniczy rock walczył o pierwszeństwo z komercyjnym popem. Oba gatunki odnosiły sukcesy, ale na country nadal patrzono niechętnie. Festiwal opolski, na którym w różnych formułach wystąpiłem łącznie trzy razy, za każdym razem odchorowywałem psychicznie – traktowany jak cała muzyka country, czyli jak ubogi krewny i nieproszony gość. Ale nie żałuję tamtych doświadczeń, bo to były cenne lekcje życia.

 

Uznany najlepszym wykonawcą country w Polsce, reprezentowałeś nas na festiwalu Euro-Country Music Masters w Belgii oraz na wielu innych festiwalach tego gatunku w Europie i Kanadzie. Czy poczułeś się wówczas muzykiem spełnionym?

 

Każda akceptacja jest spełnieniem. Bardziej na Zachodzie, gdzie country jest muzyką szanowaną i bardzo popularną. Ciekawostką, a dla mnie osobiście wielką satysfakcją była ocena mojego występu przez jury na „Euro Country Music Masters”. Ten festiwal miał profil bardzo komercyjny i tradycyjny. Wszyscy wykonawcy grali amerykańskie hity, nutka-w-nutkę skopiowane z oryginałów. Tylko ja z moim bandem zagrałem PO MOJEMU i… podzieliłem jurorów na dwie frakcje. Od jednych dostałem najniższe noty, od drugich – najwyższe. Potem dowiedziałem się od angielskiego dziennikarza (członka jury), że WSZYSTKIM się spodobaliśmy, ale… nagrodą za zwycięstwo był kontrakt płytowy, a wydawca – konserwatywny tradycjonalista – nie życzył sobie zbytniej oryginalności, więc wypadało im nagrodzić jakąś Angielkę. Ów dziennikarz (członek jury) po koncercie powiedział mi: „Wyprzedziłeś ich epokę”. Jego słowa potwierdziły słuszność wybranej przeze mnie drogi. Ale ta droga miała i nadal ma wiele rozstajów i odnóg. Pisałem angielskie i włoskie teksty dla operowych tenorów Jose’ Cury i Jose’ Carrerasa, a na Festiwalu Muzyki Filmowej w roku 2002 (?) przez 9 dni byłem tłumaczem i asystentem Ennia Morricone. Było to ogromne przeżycie! Te wszystkie etapy mojej artystycznej drogi były i są serią SPEŁNIEŃ.

 

Koncertowałeś także w klubach Wschodniego Wybrzeża USA, w Waszyngtonie i Chicago. Brałeś udział w tak prestiżowych eventach jak festiwale Summer Lights i Fan Fair w Nashville oraz jako wokalista i mistrz ceremonii w koncercie New Music Seminar w Nowym Jorku. Wystąpiłeś też w amerykańskim programie TV Nashville Now i dwukrotnie w Grand Ole Opry. Przyznaj sam, że można by to trochę porównać do zdobycia przez Europejczyka mistrzostwa świata w sumo na terenie Japonii? Łatwo zdobywa się Polakowi kolebkę muzyki country?

 

Pozwolę sobie poprawić cię: w Grand Ole Opry wystąpiłem do dziś TRZYKROTNIE. Ta legendarna sala koncertowa nazywana jest „Świątynią Matką Muzyki Country”. Wystąpić tam, to wielki zaszczyt. Oprócz mnie jedynym Polakiem, który tego zaszczytu dostąpił, jest mój muzyk i serdeczny przyjaciel, wirtuoz gitary pedal steel – Leszek Laskowski. Ale… chyba przeceniasz moje dokonania! Ja w Stanach nie zdobyłem żadnego „mistrzowskiego tytułu”. Po prostu po latach starań, determinacji i walki o zaistnienie w końcu tam ZAISTNIALEM. Zostałem zauważony, doceniony, zdobyłem szacunek środowiska nashvillskich artystów i fanów. Do dziś w Nashville wystąpiłem 32 razy, w tym w kilku legendarnych miejscach i w prestiżowych wydarzeniach koncertowo-medialnych. Brałem udział w telewizyjnych talk-showach, udzielałem wywiady w trzech kultowych rozgłośniach radiowych, SIEDMIOKROTNIE zapraszano mnie do tak-zwanych „rund songwriterskich”, gdzie występowałem w gronie najlepszych, traktowany na równi z nimi. Nagrałem mój autorski album w dwóch najlepszych studiach, pod wodzą dwóch producentów, laureatów Grammy Award. Ale „nie rzuciłem Ameryki na kolana” ha ha! A teraz już bez „ha ha!”: Polak w Ameryce, a zwłaszcza na tak specyficznym gruncie, jak country, nie ma większych szans. W ogóle Polak w Ameryce jest traktowany tak, jak muzyka country w Polsce, czyli… jak ubogi krewny. Dlatego tym bardziej to, co udało mi się dokonać w Ameryce, jest dla mnie powodem nie do przechwałek, tylko do DUMY.

 

„Legenda europejskiego Kowboja” – jak po latach wspominasz ten film oraz emocje z nim związane?

 

To jedno z najlepszych wspomnień tamtych czasów. Sama propozycja zrobienia filmu O MNIE, na MÓJ temat, była zaskoczeniem do granic szoku. Zaś sama realizacja – imponująca. Jechałem na koniu, prowadziłem białego Cadillaca po ulicach Warszawy, było dużo mojej muzyki, dużo ciepłych słów na mój temat, no i sam FAKT, że ten Samotny Cowboy i Outsider został zauważony i doceniony… A po latach, z inicjatywy niezwykłego poznańskiego promotora kultury, Pana Pawła Rosta, powstał kolejny film o mnie: „MIĘDZY CZERNIĄ I BIELĄ”. Paweł Rost wyprodukował go z okazji 30-lecia wydania mojej płyty „Różne Kolory”, która w swoim czasie też była „countro-wersyjna”, bo swój wkład wnieśli w jej powstanie artyści z kręgów country, bluegrassu, rocka, jazzu, popu i musicalu.

 

Muzyczne Ojczyzny Lonstara” to krótka radiowa przygoda z twoim udziałem. Gdzie leży problem, aby ten program reaktywował się?

 

Dobre pytanie, ale nie do mnie. Kilkanaście razy składałem oferty różnym radiofoniom, ale jak dotąd spotykały się z odmową, albo z… milczeniem. Chciałbym tę ideę kontynuować. Tylko czy ktoś się zainteresuje inteligentnym, refleksyjnym, KULTURALNYM cyklem w dobie komercyjnej ogłupiającej papki?

 

Nie myślałeś też o wskrzeszeniu telewizyjnego programu „Konwój”?

 

Nie. Po pierwsze, nie ja ten program wymyśliłem. Po drugie, nie miałem z tym dobrych doświadczeń. Wprawdzie sama koncepcja była fajna, ale w realizacji nic nie było takie, jak w koncepcji. A żeby zrobić taki „Konwój” według MOJEJ koncepcji, potrzebny były duży fundusz, zdecydowanie nierealny na obecne czasy i na obecne TRENDY w kulturze.

 

Jesteś autorem polskich, angielskich i włoskich tekstów dla De Mono, Edyty Geppert, Lombardu, Perfectu, Krzysztofa Krawczyka, Stanisława Sojki, Urszuli i wielu innych, a także autorem musicalu dla dzieci Przybycie dobrych wróżek. Jesteś też filmoznawcą, tłumaczem symultanicznym (min. tłumaczysz na żywo ceremonie z przyznania Oscarów), producentem muzycznym, projektantem okładek płyt i plakatów, grafikiem, akwarelistą i publicystą. Jak godzisz te zajęcia z karierą muzyczną i jak wiele zdolności jeszcze skrywasz w zanadrzu?

 

Mieć kilka różnych talentów nie znaczy wykorzystywać je wszystkie przez cały czas. Poświęcam się głównie muzyce: piszę, komponuję, gram… Muzyka, to mój styl życia, sposób na życie i miłość życia. Drugim zawodem, który mi daje satysfakcję i zarazem utrzymanie, są tłumaczenia i… nauka. Tak! Bo od trzech lat jestem „panem profesorem” na Społecznej Akademii Nauk, gdzie wykładam „Język Angielski w Sztuce Filmowej”. Akwarele i grafiki maluję częściej dla przyjemności, niż dla zysku. Natomiast stałym, długotrwałym zajęciem była moja 17-letnia współpraca z Panią Grażyną Torbicką przy realizacji programu TVP 2 pod tytułem „Kocham Kino”. Jeszcze inną wieloletnią stałą pracą (i PASJĄ) jest Międzynarodowy Festiwal Autorów Zdjęć Filmowych „Camerimage”, z którym jestem związany od początku jego istnienia (1993) i na którym jestem Mistrzem Ceremonii, prezenterem, tłumaczem i jedną z „twarzy” tego niezwykłego wydarzenia kulturalnego. Czy coś jeszcze skrywam? Jeśli tak, to nieświadomie, bo tego dotąd jeszcze nie znalazłem, ha ha!

 

„Radio”, „Długi kurs”, „Cały świat ona i ja”, „Jadę na południe”, „Tym, co nie zasnęli”, „Dwa tysiące koni”. Jaki jest największy twoim zdaniem przebój Lonstara?

 

To ten, który jeszcze nie powstał. A tak serio, kryteria przebojowości są trudne do ustalenia. Zdaniem fanów moimi największymi przebojami są (w kolejności): „Radio”, „Cały Świat, Ona i Ja” i „Co To Jest To Country”. Ja wszystkie moje piosenki traktuję, jak własne dzieci i staram się je kochać jednakowo. Ale niektóre z tych dzieci odwzajemniają moją miłość nieco bardziej, niż inne. Są to: „Cały Świat, Ona i Ja”, „Cowboy”s Gone” (anglojęzyczna piosenka dedykowana przyjacielowi zmarłemu na raka), „Długi Kurs”, a od kilkunastu tygodni – noworodek „Chase Our Dreams”. Również mój zespól zgodnie twierdzi, że „Chase…” to moja najlepsza piosenka. Jak dotąd!

 

Muzyka country od lat ma swoje własne „Opole”. Czym dla ciebie jest Piknik Country w Mrągowie i dlaczego pomimo tak ogromnej jego popularności, country wciąż z takim trudem przebija się do świadomości społecznej lub – co obserwuję z największym smutkiem – przegrywa z disco polo w kategorii „muzyka weselno-imprezowa”?

 

Jestem jednym z Ojców Założycieli mrągowskiego Pikniku, ale już w jego pierwszej edycji (1983) nie zostałem uwzględniony. Ostatecznie wystąpiłem dopiero po interwencji reżysera z TVP 2, a zaproszenie dostałem zaledwie na 4 dni przed rozpoczęciem. Mrągowski Piknik pomimo słowa „Country” w tytule, preferował polskich artystów pop (ze stratą dla country) i w efekcie utrwalił u masowego widza wizerunek country, jako ubogiego krewnego muzyki pop. Dla ścisłości – na Pikniku pojawiały się wielkie gwiazdy country z USA, dzięki współpracy z festiwalem „Country Rendez Vous Craponne” (Francja) i z jego nieocenionym promotorem Georges’em Carrier. Dzięki temu pojawili się w Mrągowie m.in. Steve Wariner, Kathy Mattea, Carlene Carter i szczególnie nam bliski Billy Joe Shaver, ale nasze media ich nie reklamowały, bo całą uwagę skupiały na naszych pop-celebrytach. To się zmieniło dopiero, kiedy rolę producenta objął Pan Krzysztof Majkowski, niegdyś muzyk grający country w moim pierwszym zespole. Teraz pojawia się coraz więcej dobrych wykonawców z Zachodu, jak Albert Lee, czy – sprowadzony staraniom mojej żony Magdaleny – super gwiazdor Darryl Worley.

 

W roku 1992 sprowadziłeś do Polski w ramach festiwalu sopockiego Emmylou Harris. Pięć lat wcześniej do Sopotu przyleciał Johnny Cash wraz z rodziną. Nie sądzisz, że gdyby tego formatu gwiazdy częściej odwiedzały Polskę, muzyka country byłaby dziś zdecydowanie wyżej w rankingu popularności?

 

Jedynym artystą, którego w tamtych czasach sprowadziłem, był mój największy inspirator i songwriterski mentor, Kris Kristofferson. Dzieliłem z nim scenę na festiwalu „Country Top”, zrobiłem z nim godzinny wywiad dla WOT i długo z nim rozmawiałem. To było wielkie wydarzenie, ale – jak wszystkie poprzednie – zignorowane przez media. Johnny Cash i Emmylou Harris, to zasługa innych agencji. Ale dostąpiłem zaszczytu zagrania suportu przed Emmylou, którą cenię najwyżej pośród kobiet country! To oczywiste, że gdyby do Polski REGULARNIE OD CZTERDZIESTU LAT przyjeżdżały AMERYKAŃSKIE gwiazdy country, to popularność i szacunek do country byłby większy. Tak niestety nie jest i nie będzie, bo zapotrzebowanie rynku jest na muzykę biesiadno-haniebną, a to z kolei jest pokłosiem trwającej cztery stulecia rusyfikacji narodu i metodycznego mordowania inteligencji i kultury przez ustrój socjalistyczny. Ale… Od 11 lat robimy coś, co już uznano za przełom, a w każdym razie za wyłom. Jest to międzynarodowy festiwal „CZYSTE COUNTRY” („PURE COUNTRY”), który na trwałe zaistniał w kalendarzu liczących się wydarzeń kulturalnych kraju. Robimy go we Wolsztynie, (Wielkopolska), w pierwszej dekadzie sierpnia. Wykorzystujemy nasze cenne przyjacielskie kontakty z amerykańskimi środowiskami muzycznymi i co roku dajemy fanom dawkę country z górnej półki, oczywiście uzupełnioną dobrymi artystami polskimi i europejskimi. Sam tytuł – „CZYSTE COUNTRY” – zrazu wzbudzał kontrowersje, bo poniektórzy uważali, że kryje się w nim insynuacja, jakoby byli „brudni” i „wykluczeni”. To była oczywista bzdura, bo „Czyste Country” nie wyklucza. Przeciwnie! Daje SZANSĘ zaistnienia tym, których wyklucza komercjalny show business. Tak, czy inaczej, „Czyste Country” dzięki takim gwiazdom, jak Billy Yates, Ray Scott, Buddy Jewell, Michael Peterson, Mark Powell czy George Hamilton wniosło na polską scenę muzyczną POWIEW COUNTRY.

 

Dokąd zmierza współczesna muzyka country i jak bardzo ewoluowała od momentu swych narodzin?

 

Ha! To temat-rzeka, dłuższy niż Mississippi. (Przy okazji zwracam uwagę na poprawną ortografię nazwy „Mississippi”, czyli podwóje „SS”, potem znowu podwójne „SS” i podwójne „PP”. Nie wiem, kto i dlaczego zarządził, że po polsku pisze się Missisipi, ale to jakiś kretyński błąd). A teraz do rzeczy. Każdy gatunek muzyki ewoluuje. Od oficjalnego początku, za jaki uważa się lata 1920-1925, muzyka country przeszła drogę od appalachiańskiej „muzyki gór” i od ballad cowboyskich poprzez bluegrass do Głównego Nurtu w Nashville. W miarę rozwoju pojawiło się kilkanaście sub-stylów: western swing, Tex-Mex, cajun, West Coast, Bakersfield Sound, swamp rock, country rock, country folk, a ostatnio – wskutek łączenia i mieszania brzmień – modny się stał termin „Americana”. Zresztą podobne zjawisko ma miejsce w innych dziedzinach. Dawny rock’n’roll lat ’50 stał się rockiem, a potem nastąpiła eksplozja: hard rock, art rock, punk rock, heavy matal (a w jego łonie thrash metal, black metal, speed metal, Gothic metal itp.). A z nowoorleańskiego jazzu tradycyjnego wywiodły się: bebop, loft jazz, modern jazz, jazz rock itd. Dziś amerykańska muzyka country przeżywa pewien rozłam. Wielkie korporacje muzyczne lansują komercyjny, płytki ale atrakcyjnie podany pop country obliczony na tak zwanego masowego odbiorcę , a z drugiej strony istnieje coraz silniejszy „nurt oddolny”, zrzeszający ambitnych, wartościowych artystów niezależnych, ignorowanych przez duże media, ale mających silną bazę wiernych fanów. Ten dualizm jest w gruncie rzeczy kolejnym fenomenem Ameryki. Świadczy o bogactwie amerykańskiej kultury muzycznej i powoduje twórczy ferment, z którego stale wynika coś ciekawego. A ja również i tu mam ogromną satysfakcję, bo wpisałem się w ten amerykański „oddolny” niezależny nurt, a nurt mnie docenił i przyjął jak swego.

 

Twoje marzenia i plany muzyczne w czasach zarazy?

 

Dwa lata temu rozpocząłem cykl koncertów pod wspólnym tytułem „40 LAT MARZEŃ I COUNTROWERSJI”. I od dwóch lat ten cykl kontynuuję. Z roku na rok zmienia się tylko liczebnik w tytule, ale idea jest ta sama: prezentacja moich autorskich utworów, które mówią o mnie, o nas wszystkich, o naszej rzeczywistości, a ta nie zawsze bywa w hollywoodzkim Technicolorze. Legendarny songwriter Harlan Howard powiedział: „Country, to trzy akordy i prawda”. W mojej muzyce akordów może być więcej, niż tylko trzy, ale NIGDY nie pozostaję obojętny na prawdę. A prawda czasem w oczy kole. Stąd nie wszyscy i nie zawsze mnie akceptują. I stąd ta gra słów w tytule: „COUNTROWERSJA”. A moim marzeniem na dziś jest żeby Pani Demia przestala nas więzić w domach i maskach, żebym mógł kontynuować moje koncerty „42 LATA MARZEŃ I COUNTROWERSJI” na żywo przed publicznością, a nie online i żebym mógł nadal odwiedzać moją muzyczną ojczyznę: Texas i Nashville. Nota bene, z powodu pandemii straciłem dwa występy na festiwalu songwriterów w Pensacola Beach (Florida) i udział w meetingu songwriterów w Las Vegas (Nevada). Te zaproszenia były dla mnie kolejnymi etapami nobilitacji, jako liczącego się artysty country. Niestety oba wydarzenia odwołano, ale jest nadzieja, że wszystko powróci do normalności, a wtedy i te marzenia się spełnią!

 

 

Zobacz także:


 

Republikanie komentują


Facebook