Uważam się za otwartego intelektualistę z własnym poglądem na życie. Z Albertem Kowalewskim rozmawia Sławek Orwat - WNET.fm
Top bar
Reklama
Włącz radio Aktualny Poranek Wspieraj WNET Szukaj

Uważam się za otwartego intelektualistę z własnym poglądem na życie. Z Albertem Kowalewskim rozmawia Sławek Orwat

Jestem jak Doktor Jekyll i Pan Hyde. Na teledyskach, przedstawiam się jako imprezowicz z ciężkim hardcorowym stylem życia, a naprawdę jestem spokojnym molem książkowym.

– Zacznijmy od początku. Co to jest hip hop?

Albert Kowalewski: Przede wszystkim hip-hop to kultura i styl życia. W tę kulturę wpisują się 4 elementy: rap, graffiti, taniec i DJ. Każdy raper dąży do własnego niepodrabialnego stylu nawijania, czyli do tak zwanego w świecie hip-hopowym flow. W ten styl wchodzi wiele takich aspektów jak tematyka tekstów, balansujący rodzaj nawijania ze śpiewaniem i maniera, czyli np. dodawanie do wokalu chrypy, agresji bądź lansu. Każdy raper ma na to swój własny przepis. Niestety, na przestrzeni lat zwiększyła się ilość XeroBoyów, czyli osób, które kopiują flow od innych, nie mając własnej tożsamości.

– Jako pierwsze wyróżniłeś tematykę tekstów.

Albert Kowalewski: Co do samych tekstów, to treści są takie, jakie są, w zależności od tego, do jakiego słuchacza artysta kieruje słowa. Trzeba wziąć pod uwagę, iż odbiorcą tej muzyki zazwyczaj nie są literata czy poloniści, a młodzi i często wkurzeni na całą tę rzeczywistość, w jakiej przyszło im żyć ludzie. Dlatego też i treści niosą za sobą agresję, słowa otuchy bądź marzenia o lepszym jutrze. Często teksty raperskie podawane są z domieszką kolokwializmu i brutalnej rzeczywistości, na którą osoby wysoko sytuowane nie chcą patrzeć i udają, że taki świat ich nie dotyczy lub co gorsza – nie istnieje.

– Co takiego jest w rapie, że z taką łatwością sprowadził znajdującą się na szczytach popularności muzykę rockową do poziomu undergroundu, zwłaszcza, że rap przyszedł do nas z kompletnie obcego kulturowo nam świata?

Albert Kowalewski: Uniwersalizm zmieszany z inteligencją oraz szczyptą geniuszu (śmiech). To wszystko powoduje, że hip-hop i rap nigdy się nie ze starzeją. Mogą zmieniać się bardzo, mogą pójść w takie kierunki, że nawet dla mnie – osoby, która uważa się za artystę otwartego na wszystko i wszystkich, może się to nie podobać, ale to nadal będzie rap i hip-hop. Problemem rocka i każdej innej muzyki aspirującej do miana kultury wyższej jest moim zdaniem to, że jest on mocno zakorzeniony w przeszłości. Jako artysta pracuję w studiu z wieloma osobami siedzącymi w różnej muzyce, mam własną kapelę grającą na „żywych instrumentach”, z którą też koncertuję, dzięki czemu mogę powiedzieć, że jednak mało osób chce się rozwijać muzycznie, a przede wszystkim są to muzycy grający rocka. Być może jest to określenie kontrowersyjne, ale tak to odbieram. Ludzie siedzący w rocku uważają swoją muzykę za najlepszą na świecie i wszystko, co jest nowe lub inne, jest mówiąc kolokwialnie „ch…” (śmiech). Taki muzyk robiąc rocka, nie wyobraża sobie, że ktoś mógłby dodać tam jakąś elektronikę w stylu dubstep, lub powykręcać coś nietuzinkowego. W rapie nie ma takiego problemu. Ta muzyka podąża za trendami, gdzie inne style muzyczne twardo pozostają okopane przy swoich starych ideałach i racjach.

– Adam Piechocki/PIH, Adam Chrabin/Te-tris, Bartłomiej Huk/Hukos, Michał Banaszek/Bezczel Karol Pogorzelski/Pogz… O kim zapomniałem, jak duża jest scena hiphopowa Białegostoku i kiedy powstała?

Albert Kowalewski: Przede wszystkim zapomniałeś o mnie (śmiech). A tak poważnie, to jest to naprawdę duża scena. Jeżeli mówimy o artystach, którzy wyszli na scenę ogólnopolską, to są to: Lukasyno/Non Koneksja, Cira, Fabuła, P.W.R.D. i Fat Brutal Sound. Co do undergroundu, to jest tam rzesza ludzi i składów jak np. Pankrac, Real, Wojtas, Wizja Lokalna i wiele, wiele innych i aby je wszystkie zobaczyć, zapraszam na koncerty. Scena hip-hop w Białymstoku powstała we wczesnych latach dziewięćdziesiątych, a pierwsze koncerty odbywały się w nieistniejącym już klubie Fabryka – kolebce białostockiego hip-hopu. Tam zaczynali JedenSiedem (PIH & Tymi), Ten Skład/Profesory (Lukasyno & Zajka & Czarny & Bober & Taz & DeJot), P.W.R.D, Rubikon, D.W.A, Plan B, FLM, Happening, LSP, Terio, Raz Dwa Rym, Viza no i rzecz jasna Babillon (śmiech). Kiedyś było trochę inaczej. Każdy miał do siebie większy szacunek  i przede wszystkim robił dobry kawałek rapu w swoim stylu.

– Co to jest „Szary Styl” i dlaczego mówisz o nim „niepowtarzalny”? 

Albert Kowalewski: To mój własny styl niepodporządkowany żadnemu kanonowi. Składa się na niego wiele rzeczy: flow, styl życia, tematyka tekstów, maniera, miejsce pochodzenia i moja własna muzyka. To wszystko tworzy ten niepowtarzalny „Szary Styl”. Wiele osób zarzuca mi, że to co robię, to nie jest rap. Ja odpowiadam im tak: to jest „Szary Styl” – czytaj mój własny styl. Ja nie zamykam się w określonym kanonie muzycznym. Jak już wspomniałem wcześniej, współpracuję z wieloma muzykami z różnych gatunków i po prostu robię swoją muzykę. Mam korzenie hip-hopowe i w mojej muzyce je słychać, ale to co robię, nie nazwałbym hip-hopem czy rapem, a właśnie „Szarym Stylem”.

– Powróćmy do roku 1993. Jaką pozycję w Białymstoku miał Skład Junior & Gary & Mati i w jakich okolicznościach tam trafiłeś?

Albert Kowalewski: Nazywaliśmy się Babillon i byliśmy dość znaczącą ekipą w tamtym czasie. Nie będzie nadużyciem, jeśli powiem, że rozkręcaliśmy wtedy kulturę hip-hopową w Białymstoku. Organizowanie koncertów w Gwincie i Kręgu to głównie moja inicjatywa, która przeszła potem do kanonu stylistycznego miasta. Dzisiaj wielu raperów, którzy są znani na ogólnopolskiej scenie, gdy spotykam się z nimi, przybija mi piątkę i mówi – to dzięki tobie zacząłem rapować lub – u ciebie na sesji studyjnej pierwszy raz stałem za mikrofonem. To jest miłe, a zarazem motywujące. Czas, abym sam wziął sprawy w swoje ręce i wyszedł z cienia. Zrobię wszystko, co w mojej mocy, aby usłyszała o mnie Polska, a może i cały świat (śmiech). Skład Babillonu powstał dość nietypowo. Cała nasza trójka uczyła się w jednej szkole – w „Elektryku”. Podczas jednej ze szkolnych imprez wystąpiłem rapując. Po imprezie podbił do mnie Gary pytając o bity i czy nie chciałbym z nim nawijać. Trzecią osobą był Mati – jego ziomek z klasy. Tak oto trzech zajaranych w rapie typów stworzyło skład i coś tam osiągnęło (śmiech).

– Występ na ścieżce dźwiękowej do filmu Sylwestra Latkowskiego „Klatka” to chyba ważny moment w twojej karierze artystycznej. Co czułeś i jak odbierasz dziś to wydarzenie z perspektywy lat?

Albert Kowalewski: O kurcze… dalej to czuję! Naprawdę było to świetne doświadczenie i ciekawe wyzwanie. Aby dostać się na tą ścieżkę dźwiękową, musieliśmy jako ekipa wygrać konkurs, bo tylko najlepsi z Białegostoku mieli możliwość wystąpienia na niej. No i stało się. Dostałem telefon od Bazyla – gościa, który posiadał kontakt z panem Latkowskim i powiedział, że nasze dwa numery spodobały mu się i chce, aby znalazły się właśnie na tej płycie. Jako nieliczni posiadaliśmy wtedy dwa numery. Większość składów miała tylko po jednym, a my – bum niespodzianka! (śmiech). Oprócz nas jeszcze tylko Głos Ulic i de fakto – nasze ziomki z tego samego studia nagraniowego też mieli dwa numery. Po tym projekcie – przyznam – uderzyła nam trochę sława i woda sodowa do głowy. W tamtym czasie w świecie hip-hopowego undergroundu staliśmy się bardzo rozpoznawalni, każdy chciał być blisko, każdy chciał nagrywać i pojawiać się w naszym towarzystwie. Wtedy też pojawiły się problemy z alkoholem, używkami i dziewczynami. Każdego młodego artystę to spotyka, a zwłaszcza takiego, który nigdy nie przypuszczał, że może stać się rozpoznawalnym. Teraz patrzę na siebie z tamtych czasów bardzo chłodnym okiem i widzę, jak mógłbym być dziś daleko, gdybym był wtedy mądrzejszy. No ale cóż… nie byłbym chyba dzisiaj takim, jaki jestem, gdybym nie miał tych doświadczeń z przeszłości. Na koniec dodam, że można mnie – dwudziestokilkuletniego chłopaka z bloków na Spotify cały czas usłyszeć wpisując: Klatka Sylwester Latkowski, a moje numery to Babillon – „Spisani na straty” i Babillon – „Bez kompromisu”

– W latach 1997 – 2005 ukazywał się w Polsce bardzo ważny dla rap kultury magazyn „Klan”. Czy łatwo było trafić na jego składanki i ile razy się tam załapałeś? 

Albert Kowalewski: Nie było łatwo. Dzisiaj dla młodych ludzi może okazać się to dziwne, ale czasopismo „Klan” to była biblia i zbiór praw dla młodych raperów. Oprócz „Klanu” było jeszcze czasopismo „Ślizg” ze znanym komiksem „Jeżem Jerzym”(śmiech). Te dwa tytuły wydawnicze wyznaczały wtedy trendy, a pojawienie się w nich było dla młodych raperów szczytem marzeń oraz drogą do kariery. Wszyscy się tam pchali i każdy chciał tam wystąpić. Jako Babillon raz nam się udało i może to też zaważyło później na tym, iż wystąpiliśmy na ścieżce dźwiękowej pana Latkowskiego. W samochodzie cały czas jeszcze mam tę składankę z „Klanu”. Jest totalnie zjechana i ostro porysowaną, ale mój numer ciągle gra (śmiech). Kurde, gdy tak wracamy do tamtych chwil, to łezka  mi się w oku kręci. Było ciężko, ale to był dobry czas i piękne wspomnienia.

– Co kryje się pod szyldem Junior/Babillon Production?

Albert Kowalewski: Ja! (śmiech). Jest to prezentacja mnie, nie jako rapera, ale jako producenta muzycznego. Mój obecny producent Janusz Balczun z iStudio, z którym właśnie zacząłem na nowo swoją muzyczną karierę, powiedział – Albert ty jesteś samowystarczalny i to lubię. Sam możesz produkować i robić bity. Po rozpadzie Babillonu, zacząłem wykręcać bity jak i zajmować się produkcją dla innych raperów. Przyjąłem wtedy pseudonim Junior/Babillon Production. Ta forma została zaczerpnięta przeze mnie ze znanego serwisu SoundClick, gdzie zagraniczni producenci sprzedawali swoje bity za dość dobre pieniądze, a że ja też chciałem tak zarabiać, więc poszedłem za ciosem jak oni. Sprzedałem klika bitów właśnie na SoundClicku i Allegro oraz wyprodukowałem trzy płyty kilku raperom z Białegostoku i okolic. Te ostatnie projekty były naprawdę dobre, ale wszystko rozbija się o pieniądze, bez których nie zrobisz dziś dobrej promocji swojej płyty. Dlatego też wielu lokalnych raperów niekiedy z o wiele lepszym materiałem, niż to, co wychodzi legalnie, zanikają w podziemiu, bo rzeczywistość mówi – dawaj hajs na rachunki, a ty… robisz rap za friko. Co wtedy robią? Odstawiają kochaną muzykę na bok, emigrując na obczyznę za chlebem.

– Od kiedy istnieje legalna produkcja „Albert Kowalewski”?

Albert Kowalewski: Projekt legalnej produkcji w mojej głowie krystalizował się już trzy lata wstecz, ale konkret powstał dwa lata temu we wrześniu, gdy poznałem Janusza Balczuna – mojego producenta i realizatora dźwięku. To jemu zawdzięczam wprowadzenie mnie znów na te tory, którymi teraz jadę i jestem szczęśliwy. To on dał mi ponownie wiatr w skrzydła, uwierzył we mnie i już wiem, że była to dobra decyzja. Z każdą nową produkcją powstają lepsze i bardziej profesjonalne numery. Zawsze w trakcie tworzenia oprócz syntetycznych i analogowych brzmień są też i „żywe instrumenty” grane przez najwyższej klasy muzyków, którzy współpracują z Januszem od lat, co daje mi i moim produkcjom jakość najwyższej próby. Wychodzę bowiem z założenia, iż jesteś tak dobry, jak dobrzy są ludzie, z którymi pracujesz, a ja pracuję z najlepszymi.

– Co w świecie hiphopowym oznacza termin „wydawać nielegale”? 

Albert Kowalewski: „Wydawanie nielegali” to przede wszystkim sprzedaż bądź rozdawanie swojej muzyki wśród znajomych we własnym zakresie bez pomocy żadnej wytwórni. Sama nazwa nielegal mówi, że są to nielegalne produkcje, czyli niezarejestrowane utwory muzyczne, a przy ich sprzedaży nie ma odprowadzanego podatku do państwa, a tego typu twórcy najczęściej nie są zarejestrowanymi w ZAIKS i innych instytucjach oraz nie mają założonej działalności gospodarczej, gdzie w PKD byłaby wpisana działalność artystyczna. Muzyka nie jest ich źródłem dochodu, a jedynie pasją, którą kochają. Na tym właśnie polega „wydawanie nielegali”.

– Współpracujesz z wieloma artystami nie tylko z nurtu hip-hopowego. Uważasz, że muzyka powinna was artystów łączyć, a nie dzielić. Z kim spoza rapu współpracujesz i jak muzyka hiphopowa jest przez nich odbierana? 

Albert Kowalewski: Muzyka zawsze powinna ludzi łączyć, a nie dzielić. Przed laty właśnie muzyką, tańcem i śpiewem często rozładowywano ciężką atmosferę, konflikty i pojednywało się zwaśnione strony. Dlatego, że takimi zasadami i ja się kieruję, współpracuję niemal z każdym, kto chce ze mną grać – oczywiście, jeżeli jest dobry w tym, co robi. Jak już mówiłem wcześniej, robię „Szary Styl”, czyli swoją własną muzykę i każdy, kto ze mną współpracuje, daje coś od siebie. Gitarzysta grający metal da mi kozacko brzmiącą mocną gitarę wraz z riffem i solówką, basista grający funk podaruje pięknie płynący i bujający bass, a perkusista jazzowy zajebiście pulsującą perkusję. To wszystko przyprawione jeszcze zostanie świetnym klawiszowcem ambientowym, który da mi przestrzeń w stylu Vangelisa, bądź wykręci mi brzmienia w stylu dobrego West Coast’u, a na koniec wchodzę ja cały na biało (śmiech), z moim rapem. Czyż nie rysuje ci się Sławek kawał zajebistego numeru, bo mi tak i to bardzo. Czy to będzie rap bądź hip-hop? Raczej nie. Czy to będzie „Szary Styl”? Zdecydowanie tak! Ludzie, z którymi współpracuję, bardzo dobrze odbierają rap i hip-hop i często jarają się tym, co robię ja i inni artyści hip-hopowi, nie są zamknięci tylko na jedną muzykę i to właśnie odbieram za obustronny szacunek wobec siebie. Wszyscy moi ludzie, z którymi współpracuję wiedzą, iż mając pojęcie na punkcie określonego kanonu muzycznego, można go wtedy przełamać i zrobić coś zupełnie innego, balansując pomiędzy starym i znanym, a nowym i genialnym.

– Świat raperów zawsze owiany był mgłą tajemnicy, posiadał własny kodeks honorowy i wykreował niezwykle wyrazisty styl bycia, ciuchy i gadżety. Czy da się oddzielić bycie raperem od całego tego anturażu i funkcjonować na rynku muzycznym bez subkulturowej przynależności?

Albert Kowalewski: My raperzy jesteśmy jak samuraje. Jedni mają swojego Pana, jakim jest wytwórnia, inni tacy jak ja są Roninami – samurajami bez zwierzchnika. Tak, posiadamy kodeks honorowy mówiący, co możesz, a czego nie możesz zrobić, bo dostaniesz ekskomunikę. Pierwsze przykazanie to „bądź prawdziwy”. Czy to w tekstach, czy w życiu. Nigdy nie nawijaj o tym, co ciebie nie dotyczy i nigdy nie wyrzekaj się swoich zasad i ideałów. Chyba największą bolesną medialną ekskomuniką w świecie hip-hopowym było wyrzucenie z niego Jędkera z WWO po tym, co zrobił w projekcie Monopol. Niestety, ale prawda jest taka, że do dzisiaj jest on tematem drwin i braku szacunku. Ostatnio oglądałem z nim wywiad na YouTube na kanale CGM.PL – Trudne Pytania i widać, że stara się naprawić swój błąd, ale jakoś mu to nie wychodzi. Kibicuję mu, bo wydaje się być spoko ziomkiem, który gdzieś tam zabłądził i zagalopował się w tej swojej karierze. Zawsze będzie mieć u mnie kredyt zaufania, zwłaszcza za płyty WWO. No cóż zrobisz… wychowałem się na nim i jego muzyce i może dlatego sercem jestem z nim. Być może dlatego identyfikuje się z nim, bo w życiu też błądziłem i byłem wiele razy odrzucany. Słuchałem jego nowych numerów i powiem szczerze, że chętnie bym go wyprodukował na nowo, bo to, co wrzucił na YouTube mnie nie powaliło. Co do ubrań i ogólnie samego biznesu muzycznego to uważam to za props – za coś dobrego. Muzyka to biznes, a skoro można na wielu rzeczach zarabiać pieniądze, to czemu nie? Ja sam niedługo otwieram swoją własną kolekcję ubrań i butów, jak tylko do końca dopnę sprawy umów i kontraktów. Ups… mały spoiler (śmiech). Czy da się oddzielić rap od tego całego anturażu i subkulturowej przynależności? Oczywiście że tak. Ja jestem tego najlepszym przykładem. „Szary Styl” opisany wcześniej jest odpowiedzią na twoje tak postawione pytanie.

„Twarde zasady”, czyli mówisz, jak jest bez zbędnej ogłady. To jest nasz świat, nasz krzyż, nasze piekło… Z czym rozliczasz się w tym utworze i kto powinien te słowa usłyszeć?

Albert Kowalewski: Każdy mój numer zawiera przesłanie do kogoś. Ten numer został napisany, po zakończeniu mojego burzliwego związku z dziewczyną. Byłem w niej bardzo zakochany. Tak bardzo, że z kwiatami płakałem pod jej drzwiami. Nic z tego nie wyszło, bo z jej strony to nie była miłość i po tym wszystkim napisałem ten numer. Byłem bardzo zły na to, jak mnie potraktowała i dlatego numer jest dość agresywny. Najważniejsza linijka w całym kawałku i myślę, że chyba najważniejszy wers w całym moim dotychczasowym życiu, to wers znajdujący się w drugiej zwrotce na samym końcu: „(…) Przykład związku na dobre i złe. Jeśli mówię, że Cię kocham. To k… kocham Cię (…)”. To oznacza, że w miłości nigdy nie powinno być jakieś „ale”, bo jeżeli tak jest, to nigdy nie była miłość. Numer „Twarde Zasady” mówi też o mnie, że jestem gościem, który kieruje się w życiu odpowiednimi wartościami. Pierwsza zasada – nie kłam i nie ściemniaj.

– W „Milionach łez” też rozliczasz się z ciemną stroną mocy. Mordowanie zwierząt, narkomania wśród dzieci, zabijanie słowem, handel kobietami, czyli kwintesencja Babilonu. Myślisz o kontynuacji tego tematu i czy są realne szanse, aby zatrzymać zło?

Albert Kowalewski: Tak, myślę nad pociągnięciem tego wątku. Ten numer został nagrany bardzo dawno temu. Stary tekst, stare flow, nagrywka w domu. Dzisiaj zrobiłbym go zupełnie inaczej  i wykozaczył maksymalnie. No, ale dzisiaj jestem innym człowiekiem (śmiech). Ten numer też powstał po czymś. Napisałem go po rozpadzie Babillonu. Jest tam taka linijka ”(…) Miliony słów niepotrzebnie powiedzianych (…)”. W tamtym czasie była to ważna sentencją, która spowodowała rozpad ekipy. Co do samego przesłania numeru, to dobrze zauważyłeś, że mówię w nim o biblijnym Babilonie, ale tak naprawdę słowa kieruję do mojego Babillonu. Chyba jesteś pierwszym, który potrafił złożyć zaszyfrowany tekst do kupy. Czy są szanse na zatrzymanie zła? Hmm… są, jeśli wyrzucimy z naszego, życia ideologie społeczne, kulturowe i duchowe i staniemy się tak naprawdę Panami własnego życia. Dziś jesteśmy sterowani, nie mamy własnego zdania, podążamy za masą. I choć jako jednostka potrafilibyśmy, żyć w zgodzie ze sobą, to jako grupa przyjmujemy ideały społeczne, które nie zawsze są dobre. Chcesz być dobrym człowiekiem – bądź sobą, nie podążaj za modą, nie daj innym sterować. Tak to widzę.

– „Gdzie są moi ludzie” to kwintesencja klubowego życia pełnego „chętnych panienek” i „napalonych ziomków” czy kryje się w tym utworze coś więcej?

Albert Kowalewski: Zdecydowanie tak. Numer tak naprawdę mówi o koncercie, o ludziach przychodzących na mój występ, który okazuje się bibą totalną. Moja muzyka ich tak ponosi, że ukazuje ich skrywane pragnienia i żądze. Gdy pisałem ten numer, oglądałem film „Pachnidło: Historia mordercy”. Tam na końcu jest ostatnia kulminacyjna scena, gdy główny bohater ukazuje wszystkim swój idealny zapach. Zapach się unosi i przejmuje powoli całe zgromadzenie. Zapach jest tak niezwykły, że wyzwala w ludziach najskrytsze, żądze i pragnienia. Całe zgromadzenie wiedzione tym zapachem popada w masową orgię. Tak i jest z tym numerem. Tylko zamiast zapachu, mamy tutaj moją muzykę, ale schemat jest ten sam.

– Lubisz pokazywać, jak powstają twoje utwory, w Internecie można obejrzeć, jak powstawały „Twarde zasady”, a także jak tworzysz bity. Czy taka interakcja z odbiorcami twojej muzyki przekłada się na zacieśnienie waszych więzi, a co za tym idzie kreowanie twojego środowiska?

Albert Kowalewski: Zdecydowanie tak. Jeszcze dziesięć lat temu, nie myślałbym o tego typu promocji i pozwalaniu ludziom z zewnątrz zaglądać mi przez ramię, ale dzisiaj mamy trochę inny świat. Dzisiaj artysta musi być bliżej słuchaczy. Musi im oddać część siebie, aby dotrzeć ze swoją muzyką. „(…) Taki mamy świat, takich mamy ludzi (…)”. Cytując mój tekst z „Twardych Zasad”. Dzisiaj modnym stało się słowo być – z angielskiego „social”, czyli otwartym dla społeczeństwa. Gdy publikuję swoje materiały czy to na Facebooku, czy na Instagramie, cały czas przemycam część swojej twórczości po to, aby ludzie się z nią zaznajamiali i przede wszystkim poznali. Z drugiej strony jest to też dobry sposób promocji moich produkcji. W końcu gram tutaj podwójną rolę – rapera i producenta. A nóż… może ktoś będzie zainteresowany współpracą w stylu wyprodukowania mu płyty.

– „Myślę o Tobie” łączy w sobie rozważania o uczuciach i pożądaniu, które są efektem rozstania. 

Albert Kowalewski: „Myślę o Tobie” powstało po zakończeniu przeze mnie związku z dziewczyną, która wiecznie nawijała o swoim byłym. Była nieuczciwa w stosunku do mnie w taki sposób, iż wchodziła w nowy związek ze mną, nie zamykając wcześniejszego. I o tym też jest ten numer. Każdy z nas pewnie kiedyś był w podobnej sytuacji.

Rap to nie zabawa już – przed wielu laty powiedział Abradab. Czym rap jest dla ciebie osobiście i jak widzisz jego przyszłość w Polsce?

Albert Kowalewski: Dla mnie rap i ogólnie muzyka to business i to całkiem duży. Trzeba tylko wiedzieć, jak go złapać za jaja. Jeżeli będziesz do niego podchodził niepoważnie bądź zajawkowo, to nigdy na nim nie zarobisz i do tego wszyscy będą traktować cię zdawkowo. Prosty przykład: koncerty zawsze graj za hajs. Dla mnie ci, co grają za friko, to po prostu frajerzy. Taka jest prawda. Ludzie przychodzący do klubu, gdzie na plakacie jest wpisana twoja ksywa bądź nazwa ekipy, którą reprezentujesz, przychodzą na ciebie a nie tylko do klubu się najebać. Klub za bilety bierze hajs. Ty zgadzając się grać za kartki na piwo bądź za friko jesteś dymany bez mydła. Szczerze nie widziałem, aby ktoś z elektrowni przyszedł i powiedział: Wie pan co, w tym miesiącu prąd ma pan za darmo, bo zagrał pan koncert charytatywnie (śmiech). Rachunki nie zapłacą się same, więc nie bądź frajerem i nie graj za friko. Ja nie jestem. Wolę nie grać w ogóle koncertów i poszerzać swój fan poprzez mój kanał na YouTube, niż frajerzyć za darmo. Taką mam filozofię. Abradab miał rację – rap to nie zabawa – rap to business. Jaką widzę przyszłość Rapu w Polsce? Hmm… niech pomyślę. Pozytywnie, jeżeli raperzy zamiast ładnie się ubierać w markowe ciuchy, zaczną bardziej stawiać na styl, muzykę i przekaz. No i jeśli zaczną eksperymentować z gatunkami. Jeśli tak się stanie, to rap zawsze był, jest i będzie na topie wśród młodych ludzi, bo tak naprawdę to młodzi ciągną tę muzykę i powodują, że wciąż jest na topie.

– „Chyba już najwyższy czas, aby zrobić coś dla siebie i móc postawić z dumą na półce jako swój dorobek muzyczny?” – piszesz na swojej stronie. O czym marzysz najbardziej?

Albert Kowalewski: O drugim dziecku (śmiech). Jestem po rozwodzie i z pierwszego małżeństwa mam cudownego synka Dawida. Pewnie nie spodziewałeś się takiej odpowiedzi co (śmiech)?

– Przyznam szczerze, że trochę mnie tym zaskoczyłeś, ale jak najbardziej pozytywnie.

Albert Kowalewski: Wbrew pozorom, to na jaką osobę się kreuję, a jaką jestem na co dzień, to dwie różne persony. Jestem jak Doktor Jekyll i Pan Hyde (śmiech). Na teledyskach, przedstawiam się jako imprezowicz z ciężkim hardcorowym stylem życia, a naprawdę jestem spokojnym molem książkowym. Mam półki zabite literaturą każdego pokroju. Uważam się za otwartego intelektualistę z własnym poglądem na życie. Jestem też programistą i nie będę skromny, jednym z lepszych. Dzięki temu finansowo też nie narzekam. Robię doktorat z automatyki i robotyki, buduję w wolnych chwilach roboty, jestem fanem „Gwiezdnych Wojen”, sklejam modele i interesuje się historią. A na koniec tego wszystkiego, jestem muzykiem, który chciałby zobaczyć na półce w końcu swoją płytę i powiedzieć: „Widzisz Dawid, tatuś kiedyś miał marzenie, aby nagrać swój własny materiał studyjny i po latach pokazać Ci go kochany synku. Masz i wiedz, że to tylko od Ciebie zależy, czy będziesz realizować swoje marzenia, czy nie. Bardzo Cię kocham i wspieram, a to jest kawałek dla Ciebie kochanie. ” I puszczę mu numer „Synu garda wysoko”. Ten numer nagrałem specjalnie dla Dawida i będzie na płycie. Tak oto Sławku poznałeś mnie i moje poglądy. W niektórych aspektach są dość kontrowersyjne, w niektórych zaś chyba są poglądami każdego normalnego człowieka. Zapraszam ciebie i twoich czytelników na mój kanał na YouTube i proszę o subskrybowanie oraz… widzę was wszystkich pod sceną na moich koncertach. Piona i pozdro wszystkim. Elo!

Zobacz także:


 

Republikanie komentują


Facebook