Ten album to szczere złoto, które mamy w sercu. Z Maciejem Stępniem i Fryderykiem Nguyenem rozmawia Sławek Orwat - WNET.fm
Top bar
Reklama
Włącz radio Aktualny Poranek Wspieraj WNET Szukaj

Ten album to szczere złoto, które mamy w sercu. Z Maciejem Stępniem i Fryderykiem Nguyenem rozmawia Sławek Orwat

Katedra. Fot. archiwum zespołu.

„To jest płyta o nas, o czymś, co mieliśmy schowane w sobie najgłębiej i za jej pomocą wszystko to z siebie wyrzuciliśmy”. Mówią w studio Radia WNET muzycy wrocławskiej grupy Katedra.

Grupa Katedra w pełnym dwunastoosobowym składzie/ Foto. Sławek Orwat, Radio Wnet

– Katedra to zespół, który od początku swego istnienia działa we Wrocławiu, ale tak naprawdę powstał w… Warszawie.

Maciek „Jim” Stępień: Tak, warszawskie Powązki, rok 2009, wycieczka klasowa do Warszawy i właśnie tam, na tym cmentarzu, gdzieś między grobami natchnęło nas, a właściwie mnie, by wypowiedzieć pamiętne słowa: „bądźmy Katedrą”.

– Dlaczego akurat Katedrą?

Maciek: Było to metaforyczne porównanie się do budynku katedry, jako do elementu architektury miasta, bo kiedy patrzysz na wrocławską katedrę, to ten budynek wyróżnia się jak żaden inny na tle Ostrowa Tumskiego. Jedną z naszych pierwotnych idei stworzenia zespołu było, aby jego muzyka wyróżniała się tak, jak wyróżniają się katedry na tle architektury miast.

– Spróbujmy prześledzić muzykę Katedry od momentu wydania waszego pierwszego mini albumu w roku 2011 aż po dzień dzisiejszy. Powiedziałeś kiedyś Fryderyku, że tym utworem pochodzącym z waszej pierwszej EP-ki, który chyba najmniej się nie zestarzał, jest w twojej opinii „Astma” . Jest to bardzo rockowo zagrany utwór, a śpiewasz w nim o płomieniu, który hamuje twoje przeróżne zamiary i nigdy nie gaśnie.

Fryderyk Nguyen: Nasze dwie pierwsze EP-ki nie posiadają jakiegoś szczególnego brzmienia. Wówczas za bardzo nie skupialiśmy się na detalach i stąd są one – powiedziałbym – standardowe. „Astma” natomiast jest czymś w rodzaju świadectwa epoki, bo choć dzisiaj zdecydowanie zagralibyśmy ten utwór zupełnie inaczej, to efektu, jaki został utrwalony na naszej pierwszej EP-ce, nie wstydzimy się. Ten tekst pisaliśmy razem z Jimem i można interpretować go wielorako. Napisaliśmy zresztą dwie wersje tego utworu, w tym jedną na wycieczce w Pradze, gdzie zwiedzaliśmy właśnie katedry. Pierwsza redakcja tego tekstu gdzieś  nam zaginęła, ale po konsultacjach z Jimem jakoś ją potem szczęśliwie odtworzyłem. Chyba taką główną ideą tego utworu po pierwsze była moja choroba, którą gdzieś tam współdzieliłem razem z Michałem Zasłoną – naszym klawiszowcem, czyli astma, ale takim metaforycznym tematem tego nagrania jest wszystko to, co w jakiś sposób nas ogranicza i o tym jak te przeróżne wewnętrzne ograniczenia nas blokują niczym ten astmatyczny brak oddechu, który nam towarzyszy podczas doświadczania tej choroby.

– Pozwól Jim, że zacytuję twoją wypowiedź z naszej rozmowy sprzed kilku lat: „myślę, że na początku założenie było bardzo spontaniczne. W sumie nie do końca wiedzieliśmy, co chcemy robić, ale na pewno to czuliśmy i dalej czujemy. To się nie zmieniło, ale stylistyka zespołu nieco ewoluowała, przybrała jakąś bardziej konkretną formę, którą nazwaliśmy psychodelicznym big-bitem” , a Fryderyk w tym samym wywiadzie dodaje: „tak na dobrą sprawę pierwsze koncerty nie miały żadnej formy”. Jak dziś z perspektywy muzycznej dojrzałości, jaką prezentujecie na swoim najnowszym albumie Człowiek za dużo myślący wspominacie swoje nieśmiałe, młodzieńcze początki oraz wasze pierwsze wrocławskie koncerty?

Maciek: My byliśmy bardzo młodzi, kiedy zakładaliśmy zespół. To była pierwsza klasa liceum, a więc mieliśmy około 16 lat i bardziej wtedy czuliśmy, niż wiedzieliśmy, co tak naprawdę powinniśmy robić i właśnie to, że płyta Człowiek za dużo myślący ukazała się dopiero po 10 latach od powstania pierwszego utworu – „Dziewczyna z obrazka” , pozwoliło nam na tyle dojrzeć i muzycznie i życiowo, żeby zrozumieć, w jaki sposób to nasze dzieło chcemy pokazać światu i jak odnaleźć drogę do formy, czyli aby od uczuć, od emocji przekuć je w materialną formę określonego konceptu, który ma początek i koniec.

– Dodam tylko, że cytaty waszych wypowiedzi, jakie dziś będą się pojawiały, pochodzą z naszej rozmowy, jaka odbyła się w roku 2015 z okazji wydania waszego debiutanckiego albumu Zapraszamy na łąki. Zgodziliśmy się wtedy także, że waszą karierę artystyczną można podzielić na dwa wyraźne etapy: przed-telewizyjny i po-telewizyjny. Przypomnę, że w roku 2013 wystartowaliście w popularnym programie Must Be The Music, o którym wasz klawiszowiec Michał Zasłona powiedział dwa lata później następujące słowa: „to nam dodało skrzydeł i trochę chyba wzrosło nasze poczucie własnej wartości i zyskaliśmy więcej motywacji do działania” . Jak na tę waszą telewizyjną przygodę patrzycie z perspektywy człowieka, który myśli za dużo (śmiech)?

Fryderyk: Jeśli już tak to dzielisz, to myślę, że trzeba by chyba teraz wyróżnić trzeci okres, czyli etap po zawieszeniu, które miało miejsce w 2018 roku i które zakończyło się wydaniem płyty Człowiek za dużo myślący, czyli mniej więcej w listopadzie. Przypomnę, że  od jakiegoś czasu nasz klawiszowiec Michał na co dzień mieszka w Berlinie, co wprowadziło nas w zupełnie inny – nowy kontekst działania, czyli tworzenia trochę na odległość. Szczęśliwie wiele z naszych utworów, które od jakiegoś czasu były twórczo rozgrzebane i wciąż nienagrane, w końcu doczekało się swojej formy i teraz będziemy mogli zajmować się już tylko zupełnie nową twórczością. Zobaczymy dokąd nas ta praca doprowadzi. Tak więc jest to – myślę – taki nasz kolejny przełom, a co do tego pierwszego, o którym powiedziałeś, czyli udziału w programie Must Be The Music, to bez wątpienia spowodował on naszą większą rozpoznawalność. Pięć lat temu na pewno dostaliśmy potężnego kopa do dalszego działania, przez co jakoś mocniej w tamtym okresie skupiliśmy się na samym zespole, stwierdziliśmy, że w końcu trzeba wydać pierwszą płytę długogrającą i wszystko zaczęło się jakoś bardziej profesjonalizować. Zaczęliśmy sporo grać we wrocławskich klubach jak również w wielu innych miastach i przeżyliśmy wiele różnych przygód, które nas kształtowały.

– Krótko po finale Must Be The Music w roku 2013 wydaliście swoją drugą EP-kę Nieukryte, z której najlepszym w mojej opinii i muzycznie i tekstowo jest „Jonasz” – utwór, który – jak dla mnie – jest jednym z najważniejszych w waszym repertuarze. Jest w nim wprawdzie sporo odniesień biblijnych, ale jego największą siłą jest fakt, że pokazuje on nam, czym tak naprawdę jest przeznaczenie.

Fryderyk:  Tak, już sam tytuł wskazuje, że utwór inspirowany jest historią biblijnego Jonasza, czyli symbolicznego proroka z jednej z ksiąg Starego Testamentu i choć badania mówią, że jako takiego Jonasza nigdy nie było, to jest to swego rodzaju przypowieść, czyli forma ówczesnej opowieści pouczającej, a podstawową jej myślą jest to, że często uciekamy przed jakimś zadaniem, które może nam się wydawać zbyt trudne, boimy się, że mu nie podołamy, ale też i nie chcemy wziąć na siebie tego bagażu odpowiedzialności, chociaż przecież tak naprawdę dopiero wtedy, kiedy człowiek dostaje jakieś wielkie zadanie, jakąś wielka misję, spełnia się w poczuciu, że robi coś wartościowego i pomimo, że czasem ucieka w tę swoją wygodę, to – myślę – że spokoju wcale mu ona nie przynosi. Jest to takie podróżowanie na symbolicznym okręcie, który cały czas jest wstrząsany różnymi morskimi burzami i często możemy się do tego odnieść, jeżeli uciekamy przed jakimiś obowiązkami. Każdy z nas ma przecież jakąś swoją działalność, jaka może się przysłużyć ludziom, jaka jest po prostu ważna, a jakże często łatwiej jest wybrać jakąś inną, wygodniejszą drogę, która tak naprawdę nie jest naszą drogą. Dopóki nic się nie robi, to nie ma problemu, ale kiedy już zaczyna się coś robić, wtedy problemy pojawiają się od razu.

– Oprócz waszych własnych tekstów, które stanowią zdecydowaną większość repertuaru Katedry, od czasu do czasu można doszukać się u was także kilku utworów z tekstami znanych poetów i myślicieli. Tak jest chociażby na waszej najnowszej płycie Człowiek za dużo myślący i tak też zdarzyło się na początku waszego istnienia. Jest w waszej twórczości utwór do tekstu… Leonarda Da Vinci.

Maciek: Słowa utworu „Strach i pragnienie” zostały kiedyś przeze mnie odnalezione w… podręczniku szkolnym do języka polskiego, a więc kolejna historia z licealnej ławki. Wtedy chyba jeszcze nawet nie mieliśmy za bardzo pojęcia o filozofii, ale od początku ten tekst zainspirował mnie tak bardzo, że pokazałem go Fryderykowi, a niesamowita muzyka, którą on potem do niego napisał, urzekła mnie od pierwszej chwili.

– Tematycznie „Strach i pragnienie” jest właściwie o tym samy, o czym jest „Jonasz” , czyli że oprócz posiadania wielkiego pragnienia zrobienia czegoś, odczuwamy często ogromny strach przed tym wyzwaniem, zwłaszcza gdy wyidealizowana w naszej wyobraźni prosta droga do celu, po pierwszych krokach zaczyna robić się kręta, a niekiedy nawet cierniowa.

Maciek:  Tak i my chyba byliśmy w podobnym momencie, kiedy zakładaliśmy zespół i muszę powiedzieć, że kiedy Fryderyk po raz pierwszy zagrał mi ten tajemniczy, powoli rozwijający się riff, to już wówczas wiedziałem nie tylko, że jest to dobry numer, ale że będzie to jeden z fundamentów repertuaru Katedry, a był to przecież jeden z pierwszych utworów, jakie stworzyliśmy w autokarze podczas jednej z wycieczek klasowych. Uwielbiam go grać, może dlatego, że zaczynamy go basem (śmiech) i mimo, że w ciągu tych lat graliśmy go na koncertach setki razy, to zawsze chętnie będę go grał.

– Jest on takim waszym – można powiedzieć – transparentem. Pamiętam, że jak bisowaliście podczas premiery płyty Człowiek za dużo myślący we wrocławskim klubie Czasoprzestrzeń, to właśnie „Strach i pragnienie” był jednym z najbardziej skandowanych przez publiczność utworów.

Fryderyk: To chyba zależy od towarzystwa, Akurat wrocławskie towarzystwo jest specyficzne. Oni wszyscy razem z nami dojrzewali w tym samym liceum, potem na studiach przychodzili regularnie na nasze koncerty i każdemu z nich kojarzy się on trochę sentymentalnie z czasem, kiedy wszystko było prostsze, piękniejsze i bardziej optymistyczne. Dodatkowym powodem może też być fakt, że był to jeden z pierwszych utworów, jakie zagraliśmy na naszym pierwszym, poważniejszym, klubowym występie. Nie bez znaczenia jest także ten wielokrotnie powtarzający się zwrot „strach i pragnienie”, który ludzie doskonale pamiętają i chcą sobie przypomnieć, jak to kiedyś na koncertach Katedry bywało, bo to też zależy od miasta. Na przykład w Poznaniu, gdzie zaczynaliśmy grać dużo później, bo w roku 2013, ludzie bardziej domagają się utworu „Zapraszamy na łąki” zapamiętanego z finału Must  Be The Music.

– Przypomnijmy w tym momencie, że jest to także tytułowy utwór z waszej pierwszej płyty długogrającej, brzmiącej już o wiele bardziej dojrzale od dwóch EP-ek, jakie nagraliście dotychczas. Słychać na tej płycie i wasze zasłuchanie takimi zespołami jak australijski Tame Impala i to oldskulowe brzmienie z pietyzmem dobranych, nowo zakupionych instrumentów, słychać też przeróżne smaczki techniczne, jak choćby efekt pogłosu. Jim użył w naszej pamiętnej rozmowie następujących słów: „dzięki występowi w telewizji zaczęliśmy się też bawić trochę formą naszych utworów. Bo jeżeli mówimy o tym etapie przedtelewizyjnym, to zazwyczaj te utwory były długie, a ich forma naprawdę bujna, rozkwitała..”

Fryderyk:  Tak, graliśmy już bardziej piosenkowo, bardziej skupialiśmy się chyba na brzmieniu, a mniej na kwestiach skomplikowanych kompozycji, bo wcześniej – jak doskonale pamiętasz – były to rozbudowane, wieloczęściowe utwory. Ponadto pojawiły się – o czym też wspomniałeś – vintage’owe  sprzęty, które kopiliśmy po to, aby bardziej adekwatnie do naszej muzyki to wszystko brzmiało, pojawiło się prawie oryginalne brzmienie Hammondów i te wszystkie dziwaczne, psychodeliczne efekty, które były wprawdzie w muzyce rockowej wykorzystywane od dawien dawna, jak choćby te  wszystkie gitarowe eksperymenty Hendrixa, ale rzeczywiście Tame Impala był tym projektem, który nas bardzo zainspirował tak bardziej współcześnie. Zobaczyliśmy, że można współcześnie robić ciekawą i przemawiającą do naszych gustów muzykę. Wcześniej trudno nam było znaleźć jakiś zespół z naszych czasów, który byłby w stanie na nas znacząco wpłynąć i z którego muzyką moglibyśmy się w jakiś sposób identyfikować i dlatego poznawanie muzyki Tame Impala było dla nas momentem mocno inspirującym.

– Utwór tytułowy z płyty Zapraszamy na łąki posiada bardzo ciekawą konstrukcję. Podobnie jak legendarna „Layla” z  repertuaru zespołu Erica Claptona Derek And The Dominos, „Zapraszamy na łąki” także składa się z dwóch muzycznie odrębnych części – pierwszej dynamicznej i drugiej spokojnej, u was bardzo czytelnie nawiązującej do muzyki Skaldów. Czy to prawda, że część waszych fanów domaga się obecnie zrealizowania z tego materiału dwóch oddzielnych piosenek?

Fryderyk: Ja bym się teraz wymagał tego sam od siebie, bo jednak pomimo, że te dwie części powstały w tym samym czasie i dlatego je wtedy z sobą połączyłem, to jednak brzmi to trochę jak utwór w utworze i może i jest w tym jakieś świadectwo czasu i chociaż do takiego klasyka jak „Layla” trochę trudno jest się porównywać, to rzeczywiście sam nastrój obu tych utworów sprawia, że one są muzycznie radosne pomimo, że podczas pisania łąk miałem dość trudne doświadczenia. Ja w ogóle jestem człowiekiem nadwrażliwym i przeżywałem wówczas skutki uboczne tego swojego temperamentu, przełamując go niejako pisaniem radosnego utworu o łąkach.

– Byli też i tacy, którzy dopatrywali się w tym utworze twoich hippisowskich koneksji, bo przecież łąki to kolorowe kwiaty, a dodatkowo podkreślały to jeszcze te wasze stroje, które niezwykle czytelnie kojarzyły się wszystkim z epoką dzieci kwiatów i które doskonale zapadły także w pamięć telewidzom.

Maciek: Czasy hippisowskie to jest coś, z czego muzycznie też bardzo mocno czerpaliśmy, a ja chyba szczególnie, bo kiedy poznałem Fryderyka, to miałem  długie, kręcone włosy sięgające do łopatek (śmiech) i chyba wówczas uważałem się właśnie za hippisa i do dziś uważam, że są to piękne, utopijne czasy, w których istniała fantastyczna muzyka, ludzie się kochali, szanowali i chcieli tylko pokoju, miłości i muzyki. No szkoda, że to wszystko było tak bardzo utopijne i w tym znaczeniu nasze łąki to była taka nasza współczesna odpowiedź na tamte czasy, w której pokazaliśmy, jak my tamte idee odbieramy dzisiaj, a teledysk, w którym biegamy sobie w tych dzwonach po łące tylko tę naszą odpowiedź podkreśla, bo przecież – i to też należy przypomnieć – czasy hippisowskie to także ogromna jedność z naturą, którą w tym klipie bezsprzecznie pokazujemy. A  co do naszych inspiracji podczas tworzenia tej płyty, to wskazałbym tu na nasz największy hippisowski głos kobiecy, czyli na Anię Rusowicz, która właśnie wówczas wydała bardzo bigbitową płytę, co można by wskazać jako jedną z bezpośrednich inspiracji do nagrania bigbitowej płyty także przez nas, która miała być taką naszą odpowiedzią, na jej wydawnictwo. Niestety, były to  pojedyncze projekty – jak później się okazało – chociaż muszę przyznać, że utopijnie wtedy wierzyliśmy, że to wszystko powróci i że będzie więcej takiej muzyki na polskiej scenie vintage. Przypomnę też, że Ania Rusowicz zaśpiewała wówczas także gościnnie na naszej płycie w utworze „Wicher wieje”.

–  Jest taki utwór, który nie tylko jest z wami od początku, który nie tylko jest waszą wizytówką, ale przede wszystkim jest to utwór, który został nagrany na nośniku CD w roku 2010, czyli jeszcze zanim wydaliście swoją pierwszą EP-kę i do tego wydany na jakim nośniku!

Fryderyk: Tak i to jeszcze na dodatek była któraś z wersji tego utworu, bo – przypomnijmy – ma on chyba około 10 wersji, a była to płyta Minimax pl 6 firmowana przez redaktora Piotra Kaczkowskiego,  na której znaleźliśmy się i była to w ogóle nasza pierwsza publikacja pod szyldem Katedra i to naszym słuchaczom zawdzięczamy to, że ten utwór tam się znalazł. Na początku nie był on w ogóle brany pod uwagę w związku z tym, ze wykonywałem go jeszcze z moim poprzednim zespołem, ale potem jednak stwierdziliśmy, że jest on dla wielu ludzi tak bardzo istotny, że po prostu trzeba go wykonać i ten fakt umożliwił nam wtedy naszą pierwszą publikację płytową.

– Człowiek za dużo myślący to – przyznacie sami – zupełnie inna płyta od wszystkich wydawnictw, jakie dotychczas nagraliście. Co chcieliście tym krążkiem przekazać waszym słuchaczom?

Fryderyk: Jest to historia, której różne aspekty każdy z nas osobiście przeżył i wydaje mi się, że jest to także historia wielu z tych ludzi, którzy od początku nam towarzyszyli i wciąż cały czas są z nami. Dlatego właśnie tak bardzo chcieliśmy, aby ta historia została zapisana, nagrana i graficznie opakowana właśnie w takiej formie. Chcieliśmy tym samym niejako podarować każdemu z naszych wiernych słuchaczy coś od siebie.

– Nie tak dawno Józef Skrzek powiedział w jednym z wywiadów, że muzyka progresywna w Polsce wymiera. Wy jesteście żywym dowodem na to, że muzyka progresywna nie tylko nie wymiera, ale że dzięki wam odrodziła się w czystej formie.

Fryderyk: Nie wiem właściwie, czy my gramy rocka progresywnego, bo rock progresywny zawsze wybiegał gdzieś do przodu, a my poza tym, że eksperymentujemy z różnymi dziwacznymi formami utworów, to często jednak odwołujemy się też do przeszłości, a więc jest to takie coś jakby „pomiędzy”. Jest to styl, na który składa się wiele różnych inspiracji i który na dobrą sprawę najlepiej nazwać po prostu stylem… Katedry, bo to, co najbardziej nas odróżnia od innych zespołów, to właśnie ten rodzaj podejścia do grania – z jednej strony melodyjny i poetycki, a z drugiej mocno eksperymentalny.

– Płyta koncepcyjna, to chyba duże wyzwanie?

Fryderyk: Zdecydowanie tak i dlatego od momentu rozpoczęcia nagrań do momentu jej wydania minęło aż dwa i pół roku.

– Ponad trzy lata temu odbył się także spektakl teatralny zatytułowany „Człowiek za dużo myślący”.

Fryderyk:  Tak, bo trzeba przypomnieć, że ta płyta to utwór po utworze – no może poza drobnymi szczegółami – dokładnie tamten spektakl. I ten album i tamten spektakl to są dopiero teraz zrealizowane nasze marzenia z czasów licealnych i myślę, że bardzo dobrze, że udało się nam je spełnić dopiero dziś, bo w liceum mieliśmy o wiele mniejsze doświadczenie i kompletnie nie wiedzielibyśmy, jak pewne rzeczy ogarnąć. Poza tym mamy do tych utworów ogromny sentyment, bo nawet jeśli dziś z niektórymi tekstami w stu procentach już się nie utożsamiamy, to w związku z tym, że jest to dla nas pewna historia, z którą mamy dobre wspomnienia, podeszliśmy do nich z ogromnym dystansem i postanowiliśmy nawet w najmniejszym stopniu tych tekstów nie zmieniać.

Maciek:  Zauważ też, że nie ma chyba takich sytuacji w Polsce zbyt dużo, że jakiś zespół robi koncept album, następnie gra go na żywo w trzech dużych miastach z wykorzystaniem wizualizacji, a na koniec wprost z warszawskiego klubu Chmury Radio WNET transmituje na żywo jego koncert finałowy.

– Zanim jednak zagraliście w Warszawie, wystąpiliście – mówiąc językiem sportowym – na swoim terenie. Jakie wrażenia towarzyszyły wam po koncercie promującym waszą płytę w rodzinnym Wrocławiu?

Fryderyk: Przede wszystkim chcielibyśmy wyrazić ogromną wdzięczność tym wszystkim ludziom, którzy przyszli do klubu Czasoprzestrzeń. Wielu z tych, którzy obejrzeli i wysłuchali nasz wrocławski koncert, przez cały czas istnienia zespołu jak i tworzenia tej płyty bardzo nas wspierało, dopytywało się i tym samym dawało nam czytelne sygnały, że bardzo na to wydawnictwo czeka. Było to bardzo piękne wydarzenie i nie wiem, kiedy znów uda nam się zebrać ich wszystkich w jednym miejscu. Najbardziej mi żal, że trudno było z każdym z nich na spokojnie porozmawiać po koncercie, ale sam fakt, że oni wszyscy tam byli, bardzo mnie poruszył i podbudował

– Ośmieliłem się porównać waszą najnowszą płytę do takich pomników narodowej kultury jak Enigmatic Czesława Niemena i Korowód Marka Grechuty, ponieważ uważam, że garściami czerpiecie z tamtych dźwięków i treści. Z drugiej jednak strony poprzez tę pięknie zrealizowaną wizualizację nawiązujecie też do pamiętnych koncertów progresywnych takich zespołów jak Pink Floyd czy Genesis, które przecież także często wykorzystywały efekty wizualne.

Fryderyk: Współpracujemy ze znakomitymi ludźmi zajmującymi się grafiką jak Sebastian Siepietowski odpowiedzialny za wizualizację, a także Marysia Łuc i Dawid Okoński..

– Maćku w dużym stopniu tekstowo to jest twoja płyta.

Maciek:  Tak, jest to dla mnie niesamowicie osobisty materiał. To jest płyta o nas, o czymś, co mieliśmy schowane w sobie najgłębiej i za jej pomocą wszystko to z siebie wyrzuciliśmy. To nie było tak, że chcieliśmy napisać piosenki o czymś. Ta płyta powstawała 10 lat! Ten album to szczere złoto, które mamy w sercu. Kiedy napisałem „Dziewczynę z obrazka” , nawet jeszcze nie grałem w Katedrze, bo  Katedra wtedy jeszcze nie istniała, ale już marzyłem o tym, żeby mieć kiedyś zespół, a kilka tygodni temu ten utwór poleciał przecież u Piotra Kaczkowskiego w Minimaxie! Warto mieć pasje i warto za nią iść. Marzenia się spełniają!

– Macie już materiał na trzecią płytę?

Fryderyk:  Jeśli chodzi o same piosenki, to uzbierałyby się ze dwie, a może nawet trzy płyty, ale aby zrobić to porządnie, to jedna płyta w jakimś stopniu jest już skomponowana i chyba jeszcze ze trzy, cztery kompozycje trzeba będzie na nią dorzucić. Mam nadzieję, że w najbliższych miesiącach będziemy nad tym materiałem pracować, a kiedy uda nam się wszystko sfinalizować? Zobaczymy…

– Czym będzie się ten album różnił od „Człowieka za dużo myślącego” ?

Fryderyk: Właściwie to każda nasza płyta jest inna, a jeszcze dodatkowo my bardzo lubimy ubierać je w koncepty. Pierwsza miała koncept bigbitowy w połączeniu z brzmieniami psychodelicznymi, druga to rock progresywny połączony z poezją śpiewaną i elementami wręcz doom metalowymi (śmiech). Trzecia płyta będzie umiarkowanie elektroniczna i może nawet trochę indie – popularne określenie, które właściwie niewiele mówi – tak więc chyba jednak dopiero, kiedy ten materiał  zamkniemy, będzie można więcej o nim powiedzieć.

– Maćku, co chciałbyś na koniec powiedzieć waszym słuchaczom?

Maciek: Żeby kochali życie.

Sławek Orwat

Zobacz także:


 

Republikanie komentują


Facebook