Nie powiem, żeby przekroczenie granicy ekwadorsko-peruwiańskiej było skomplikowane. Właściwie mógłbym przez nią przewieźć wszystko (oczywiście niczego nielegalnego nie przewoziłem). Jak większość tego typu procedur, było jednak uciążliwe. Najpierw czekaliśmy w autobusie, potem, w okolicach pierwszej w nocy, wszystkim kazano wysiąść. Celnicy sprawdzali bagaże. Właściwie formalność, ograniczająca się zazwyczaj do pytania: Ropa? [Ubrania?] i odpowiedzi: Si, ropa. [Tak, ubrania.] i symbolicznego otwarcia walizki. Mojego plecaka też nie rozgrzebywali. Ale musiałem ponad godzinę czekać na dworze na swoją kolej (nikogo nie zaskoczy jak powiem, że mój bagaż był ostatnim sprawdzonym z całego autobusu).
Potem długa kolejka do odprawy paszportowej. Najpierw ekwadorskiej, wyjazdowej, potem wjazdowej peruwiańskiej, gdzie nikt nie kazał przedstawiać wypełnionych wcześniej formularzy. No bo po co, prawda?












