„Wzniosłem mój barbarzyński krzyk ponad dachami świata” – „I sound my barbaric yawp over the roofs of the world” napisał Walt Whitman, a spopularyzował ten cytat film „Stowarzyszenie umarłych poetów” z genialnym Robinem Williamsem. Może powinienem był zachować tę frazę na jakiś szczyt Cotopaxi albo innego gigantycznego wulkanu?
Quito otoczone jest czterema górami. Podobno stało się to przyczyną podbicia Quito przez Inków – geografia tego miejsca przypominała Cuzco. Na jedno ze wzgórz, Panecillo, wszedłem pierwszego dnia. Kilka godzin później dowiedziałem się, że właściwie to nie był najlepszy pomysł, bo wąskie schody o niezliczonych stopniach prowadzą przez raczej ubogą i niezbyt bezpieczną, zwłaszcza dla turystów, dzielnicę. Szczerze mówiąc, z moich obserwacji wynika, że żyją tam bardzo przyjaźni ludzie. Wszyscy mnie pozdrawiali, uśmiechali się, a jedna kobieta zniosła nawet moje przeglądanie rozmówek polsko-hiszpańskich, gdy pytałem o drogę.
Na szczycie Panecillo stoi największa aluminiowa rzeźba na świecie. Olbrzymi posąg skrzydlatej Dziewicy na odwróconym półksiężycu, trzymającej pod stopami spętanego łańcuchem smoka. Drugi symbol jest oczywisty – zwycięstwo nad szatanem i grzechem, ale pierwszy… Jest to nawiązanie do Apokalipsy św. Jana, bowiem to właśnie o opisaną tam dziewicę chodzi. Z drugiej strony w chrześcijaństwie wschodnim półksiężyc u stóp Maryi albo u podstawy krzyża symbolizuje zwycięstwo nad islamem. Kto wie, czy nie pobrzmiewają w Quito echa hiszpańskiej rekonkwisty i toczonych przez całe średniowiecze wojen z Maurami. El Panecillo to jednak jeszcze miejsce kultu ludów prekolumbijskich. Nieopodal posągu znajduje się kamień, który ma jakoby łączyć się bezpośrednio z jądrem ziemi i przekazywać stamtąd energię. Podczas panowania Inków na wzgórzu tym odbywały się rytuały ku czci Słońca, podczas których poświęcone mu dziewice, lokalny odpowiednik westalek, tańczyły ku jego czci.









