"Kurier WNET" 39/2017, Wywiad z Witoldem Kieżunem: Po II wojnie światowej zabrano nam media i w ogóle cały świat - WNET.fm
Top bar
Reklama
Włącz radio Aktualny Poranek Wspieraj WNET Szukaj

„Kurier WNET” 39/2017, Wywiad z Witoldem Kieżunem: Po II wojnie światowej zabrano nam media i w ogóle cały świat

Na 40 000 żołnierzy AK w Warszawie uzbrojonych było maksimum 15 000. A wcześniej przynajmniej drugie tyle broni zostało przerzucone na wschód, dla tych oddziałów, które miały wspomagać Armię Czerwoną.

Stefan Truszczyński
Witold Kieżun

To nie do wiary, że dziś niektórzy Polacy nazywają Powstanie Warszawskie zbrodnią

Witold Kieżun w rozmowie ze Stefanem Truszczyńskim opowiada o swoich przeżyciach z Powstania Warszawskiego.

Ostatnio rozmawialiśmy o okresie wojny do sierpnia 1944 roku. Dziś porozmawiamy o Powstaniu Warszawskim, które dla Pana zaczęło się wcześniej, już w lipcu.

Pierwsza mobilizacja była 29 lipca o 8 wieczorem. W moim mieszkaniu był skład broni. Dostałem polecenie przywiezienia tej broni z kolegami z Żoliborza do Śródmieścia. Załadowaliśmy ją do paru walizek. Pojechaliśmy po prostu dorożką. Udało się nam dojechać do centrum miasta. Broń zostawiliśmy w lokalu, w którym mieliśmy mobilizację – w takiej pomniejszej fabryce niemieckich mundurów. Była tam duża kasa, szafa pancerna, tam schowaliśmy broń i czekaliśmy na rozkaz.

Pierwszego o godzinie 9 rozkaz: godzina „W17”, rozpoczynamy! My byliśmy w budynku na rogu Marszałkowskiej i Sienkiewicza. Mieliśmy przejść Świętokrzyską na Nowy Świat, potem na Krakowskie Przedmieście. To było nierealne, dlatego że Niemcy już wiedzieli, że nastąpiła mobilizacja, i rozpoczęła się strzelanina już przed piątą. W ogóle nie mogliśmy wyjść z budynku. Niemieckie karabiny maszynowe z Poczty Głównej ostrzeliwały wyjście, tak że udało się nam tylko wyskoczyć na Marszałkowską i zdobyć jeden samochód niemiecki z oficerem niemieckim – pierwszy jeniec.

Dopiero w nocy dotarliśmy do Świętokrzyskiej i na połowie Świętokrzyskiej stanęliśmy, bo tam już Niemcy zbudowali punkt kontrolny, dalej nie można było ruszyć.

Następny dzień to było zdobywanie Poczty Głównej. Tragiczne zdobywanie, atakiem frontalnym. Kilkunastu naszych żołnierzy zginęło i wtenczas nasz oddział specjalny dostał polecenie wypadu z boku od podwórka, które było połączone z podwórkiem Poczty Głównej dużym murem. Kobiecy patrol minerski wysadził ten mur, ale tylko trzem z nas udało się przeskoczyć przez podwórko i schować się pod taką zasłoną dla wjeżdżających samochodów, pod oknem pierwszego piętra. Pozostali albo zginęli, albo zostali ranni, bo był bardzo silny ogień z pistoletów maszynowych na pierwszym piętrze.

Zostaliśmy sami, oddzieleni od kolegów. Na piętrze Niemcy, my na parterze. Dwóch kolegów poszło na klatkę schodową, ja – do tunelu, którym wyjeżdżały samochody na ulicę Warecką, bo widziałem tam jakieś drzwi. Podszedłem i zobaczyłem napis „wartownia” po polsku, więc otworzyłem. Byłem uzbrojony, ubrany oczywiście po cywilnemu, miałem przedwojenny hełm Polski, pas wojskowy, dwa granaty i niemiecki pistolet maszynowy schmeisser. No więc otworzyłem drzwi i zobaczyłem duży pokój. W tym pokoju stał pośrodku stół, na nim leżał szereg granatów. Na ścianach wisiały karabiny, m.in. lekki karabin maszynowy, a w pokoju stało czternastu esesmanów.

Oczywiście nacisnąłem cyngiel – pistolet nie odpowiada; naciskam drugi raz – pistolet nie odpowiada. Zaciął się. No i jedyny mój ratunek – robić tak jak Niemcy – więc krzyczę po niemiecku: Alle Hände hoch! Ręce do góry! Schneller, szybciej, szybciej! Hände hoch! I co się dzieje? 14 żołnierzy i jeden oficer podnoszą ręce do góry. Natychmiast wskazałem drzwi i powiedziałem: Alles schneller raus! Wtedy wbiegli ci moi dwaj koledzy, Niemcy wyszli na podwórko, a koledzy, którzy zostali po drugiej stronie tego zburzonego muru, przybiegli z krzykiem. Z pięter nikt nie strzelał, bo w tym samym momencie nastąpił szturm od strony placu Napoleona i posterunki z pięter zostały odwołane. Tak więc wzięliśmy jeńców, w międzyczasie udało się przebić główne drzwi i tam wpadli koledzy z batalionu Kilińskiego. Poczta była opanowana. Udało się!

Miałem pseudonim Krak, ale nasz dowódca kapitan Harnaś powiedział: nie, odtąd będziesz miał pseudonim Wypad. Bo to był udany wypad. Za tę akcję dostałem 19 sierpnia, już rozkazem Komendy Głównej, Krzyż Walecznych. Miałem kolosalną satysfakcję. Dosłownie drugiego dnia powstania wzięliśmy jeńców, a poza tym myśmy ich rozebrali i od razu mieliśmy i hełmy niemieckie, i buty, i mundury niemieckie. To była pierwsza, najbardziej pamiętną akcja.

Potem mieliśmy 5 sierpnia bardzo silny atak z Nowego Światu na Świętokrzyską. To było tragiczne: dwa czołgi, przed czołgami ludność cywilna, kobiety, mężczyźni, przeważnie w starszym wieku. Rozkaz był strzelać nad głowami. Jak myśmy zaczęli strzelać, to tych kilkanaście osób rozbiegło się na lewo, na prawo i zaczęła się silna strzelanina, która trwała parę godzin. Ale nie udało się nam pójść do przodu.

Nasz oddział pozostawał w dyspozycji Komendy Głównej. Zostaliśmy przerzuceni na Wolę. Chodziło o zatamowanie przejazdu ulicą Wolską, żeby Niemcy, którzy byli jeszcze na Pradze, stracili bezpośrednią łączność z tymi, którzy byli w zachodniej części miasta. To była bardzo ciężka, trzygodzinna próba zdobycia i zabarykadowania Wolskiej. Ostatecznie nam się nie udało.

Miałem tam też inną pamiętną przygodę. Na Grzybowskiej był Haberbusch i Schiele – duża fabryka piwa. Oni mieli długie podziemne korytarze i myśmy tymi korytarzami doszli na stanowiska niemieckie. Wczesnym rankiem, godzina gdzieś piąta, szliśmy korytarzem. Po prawej i lewej były drzwi. Wszedłem sam do jednego pomieszczenia. Wysoko było malutkie zakratowane okienko, jakaś tam skrzynia i karabin maszynowy, bez obsługi, bo to był jeszcze wczesny ranek. Raptem otworzyły się drzwi i wszedł jakiś Niemiec, stanął do mnie tyłem, a ja strzeliłem do niego, zastrzeliłem go. Lekko się obrócił i padając zawołał „Mutter – Matko!”. Muszę powiedzieć, że dla mnie to było wielkie przeżycie. Po pierwsze, byłem wychowany w kulturze filmowo-amerykańskiej, filmów kowbojskich, że nie strzela się w plecy. A druga rzecz to właśnie to, że on tak zawołał: mutte!r. Mój ojciec umarł, kiedy byłem jeszcze dzieckiem, wychowała mnie matka, ja miałem kult matki.

Skończyło się tak, że tego dnia (nawiasem mówiąc, wszędzie w pierwszej linii, gdzieśmy tylko walczyli, zawsze byli księża) poszedłem do spowiedzi i ksiądz powiedział: słuchaj, ty wiesz, kogo zabiłeś. Parę dni temu on mordował dzieci i kobiety tutaj na Woli.

Gdzie zginęły dziesiątki tysięcy niewinnych ludzi.

Tak. To mnie jakoś uspokoiło.

Niedługo miałem nową przygodę. Przygotowałem taką broń przeciwczołgową, wiaderko z prochem strzelniczym i granatem w środku. Rzucało się z niedużej odległości z boku w przejeżdżający czołg. My byliśmy w bramie domu i czołgi się zbliżały. Kiedy pierwszy znalazł się parę metrów od nas, ja wyskoczyłem, rzuciłem, ale nie trafiłem w czołg i pocisk wybuchł, uszkadzając gąsienice. Czołg został unieruchomiony, ale obrócił lufę i strzelił w wylot bramy. Padłem na ziemię, olbrzymi dym, nic nie widać. Ja leżę i sprawdzam, czy mam ręce i nogi. Wszystko w porządku. Opada dym – po drugiej stronie trzech naszych kolegów jest rannych. Zabraliśmy ich do szpitala; niestety wszyscy trzej zginęli w nocy, bo szpital został zbombardowany.

Niemcy w unieruchomionym czołgu strzelali, ale już nie mieli do kogo, bo usunęliśmy się stamtąd. Kiedy skończyła się im amunicja, wyskoczyli z czołgu i chcieli piechotą uciekać. Oczywiście wszyscy zginęli. A ten czołg, który nie mógł się poruszać, zatamował drogę wszystkim pozostałym i jednak ten atak czołgowy został zatrzymany. Ostatecznie po trzech dniach Niemcy powtórzyli atak; był tak silny, że musieliśmy się z Woli wycofać.

Potem było zdobywanie kościoła Świętego Krzyża i komendy policji. Udało się nam zdobyć dwa karabiny maszynowe. Mój oddział jako pierwszy wdarł się do komendy policji. Część Niemców zastrzeliliśmy, część wyskakiwała oknami na Nowy Świat, bo po drugiej stronie Nowego Światu, na terenie Uniwersytetu byli Niemcy. Ale myśmy mieli swoje posterunki przy Staszica, tak że ci, co wyskakiwali, w większości też zginęli.

Udało mi się wpaść za Niemcami na drugie piętro, gdzie stał karabin maszynowy. Pierwsza sprawa – chwytać natychmiast broń i chować, bo potem były rozkazy: to dostaje ten oddział, to dostaje ten. Ciężki był ten karabin, ekipa filmowa zrobiła mi zdjęcie, kiedy go przyniosłem.

A potem miałem to wspaniałe przeżycie 23 sierpnia – spotkanie z generałem Komorowskim na Kredytowej. Wtenczas czternastu z naszego batalionu zostało odznaczonych. Ja byłem jednym z dwóch, którzy dostali Virtuti Militari. To była dla mnie największa satysfakcja.

Jak Pan trafił do „Baszty” mokotowskiej?

Baszta mokotowska, Baszta w ogóle została stworzona przez dawnych uczniów gimnazjum im. Poniatowskiego na Żoliborzu, którego ja byłem absolwentem. My wszyscy, absolwenci Poniatowskiego, byliśmy w Baszcie. Tylko potem, w styczniu ‘44 roku, w Baszcie nastąpiły aresztowania. Ja należałem do batalionu radiotechnicznego; trzy osoby od nas zostały aresztowane. Dostaliśmy rozkaz ukrywania się, trzeba było nawet uciekać z mieszkania z całą rodziną. Potraciłem zupełnie kontakty, bo np. mój bezpośredni dowódca przeniósł się na Pragę. Wtedy jeden z moich kolegów gimnazjalnych powiedział mi, że jest oddział specjalny, świeżo powołany przy batalionie „Gustaw”. Zgłosiłem się do tego oddziału, który miał pewne zadania dywersyjne.

Udała nam się akcja na fabrykę mundurów niemieckich, chcieliśmy nasze oddziały na Lubelszczyźnie zaopatrzyć w niemieckie mundury. Druga akcja to była próba zdobycia apteki Wendego, bo w tym czasie już była penicylina. To się nie powiodło, udało się natomiast później konkurencyjnemu oddziałowi Osa-Kosa. Poza tym od czasu do czasu było zapotrzebowanie na samochody. Ja mam na sumieniu dwa niemieckie samochody, zdobyłem je wspólnie z dwoma kolegami.

Chodziło się w miejsca, gdzie samochodami przyjeżdżali rozmaici Niemcy. Siedzi taki szofer, my we trójkę otwieramy drzwi z pistoletami, mówimy po niemiecku: „Bądź spokojny, jedź!”. Mieliśmy taki lasek przy drodze na Puławy, wjeżdżaliśmy dość daleko w głąb niego. Niemca rozbierało się do naga i zostawiało. Samochód jechał na Gasińskiego na Żoliborz, gdzie w ciemnicy był przemalowywany, potem był odprowadzany pod Lublin, ale ja się tym już nie zajmowałem. Nasza akcja kończyła się tutaj, na terenie Warszawy.

Czytałem, że ten oddział specjalny był porównywany do komandosów.

Nasza oficjalna nazwa brzmiała: Komenda Głowna Armii Krajowej Batalion Baszta. To było paręset osób. A moja kompania była bardzo nieliczna. Nas szkolono w obsłudze aparatury radiotelegraficznej. Ćwiczenia były bardzo niebezpieczne. Można było ćwiczyć tylko 3 minuty, bo samochody niemieckie z odbiornikami radiotelegraficznymi krążyły po Warszawie i namierzały. Kiedyś odbywaliśmy ćwiczenia w mieszkaniu na parterze i dostaliśmy ostrzeżenie, że po Mickiewicza jedzie taki samochód. Od razu ewakuowaliśmy się przez ogródek, przeszliśmy do następnego ogródka i uciekliśmy. Oni przeszukiwali kolejne budynki i po paru minutach weszli też do tego domu, ale oczywiście już nikogo nie zastali.

Mamy teraz taki niesłychany, wredny atak na powstanie niektórych „mądrych”, którzy nie mają o nim zielonego pojęcia i z racji wieku, i w ogóle. A to, co Pan mówi, świadczy o wielkiej pracy przygotowawczej Państwa Podziemnego, o wspanialej, mądrej, dalekowzrocznej pracy.

Oczywiście. Mało tego. To w dziedzinie wojskowej; ale było też kilkadziesiąt podziemnych pism. Ja się tym pośrednio zajmowałem, bo jednym z punktów rozdziału pism podziemnych na Żoliborzu był gabinet dentystyczny mojej matki.

Poza tym mieliśmy podziemne szkolnictwo. Przecież ja jeden rok prawa zrobiłem na podziemnym uniwersytecie. Całe państwo podziemne było kapitalnie zorganizowane.

Tragedia polegała na tym, że duża część uzbrojenia, które mieliśmy, została przerzucona na wschód. A to była jednak błędna koncepcja, żeby wspomagać Armię Czerwoną. Wilno zostało zdobyte przez nas, nie przez Rosjan. Później było łączenie się z oddziałami radzieckimi i tak dalej. Jest takie piękne zdjęcie: żołnierze AK obok żołnierzy Armii Czerwonej. A potem wszystkich aresztowano i wywieziono. Myśmy tam przerzucili dużo broni i to był błąd polityczny.

Tej broni potem brakowało.

Gdyby nie to, bylibyśmy zupełnie nieźle uzbrojeni. Ale mój oddział był uzbrojony, nas było czternastu i wszyscy mieliśmy broń. Mieliśmy 3-4 pistolety maszynowe, dużo granatów. Ci, co nie mieli karabinu, mieli pistolety. Ale faktem jest, że na 40 tysięcy żołnierzy Armii Krajowej w Warszawie uzbrojonych było maksimum 15 tysięcy. A właśnie przynajmniej drugie tyle broni zostało przerzucone na wschód, dla tych oddziałów, które miały wspomagać Armię Czerwoną i natychmiast po zdobyciu polskich miast na wschodzie objąć władzę. Rosjanie oczywiście chętnie korzystali z naszej akowskiej pomocy, a potem wszystkich aresztowali i wywozili. I konfiskowali broń.

Wierzyć Rosjanom to naiwność.

Tak, ale to wszystko wiązało się między innymi z tym, o czym myśmy nie wiedzieli, że w ‘43 roku w październiku prezydent Stanów Zjednoczonych Roosvelt w Teheranie w tajemnicy przed nami podpisał akt podziału Polski, a nasz premier dowiedział się o tym dopiero 2 tygodnie po upadku powstania. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że zostaliśmy zdradzeni przez Roosvelta.

Ja mam tekst porozumienia w Teheranie. To było tajne porozumienie. On prosił o zachowanie tajemnicy, „bo za 3 tygodnie będą wybory w Stanach Zjednoczonych, a ja chcę po raz trzeci kandydować, a my mamy ponad 10 milionów Polaków, więc żeby Polacy się nie dowiedzieli, bo chcę, żeby Polacy głosowali na mnie”. I potem wrócił do Stanów, zaprosił przedstawicielstwo polskie i sfotografował się z nimi na tle przedwojennej mapy Polski…

Roosvelt się zgadzał na to, żeby Europa była po prostu radziecka.

Jeszcze słowo na temat obłędnej książki pt. „Obłęd”. Bezczelny tytuł, próba dezawuowania powstania. Co można powiedzieć tym ludziom?

Oni się grupują, niestety, wokół bardzo dobrego, patriotycznego tygodnika „Do Rzeczy”. To nie do wiary. Myśmy uratowali Europę, tylko dzięki temu, że Stalin zatrzymał Armię Czerwoną pod Warszawą. Cała Europa byłaby sowiecka i koniec. Trzeba mieć tę świadomość i świat powinien o tym absolutnie wiedzieć

Myśmy za mało zrobili, żeby tę wiedzę rozpowszechniać…

Nie mogliśmy, bo nam zabrano wszystko – media i w ogóle cały świat.

Tak, na tym polega tragedia, ale że jest cała grupa Polaków, którzy piszą książki, że powstanie to była zbrodnia – to przerażające.

Cały wywiad Stefana Truszczyńskiego z Witoldem Kieżunem pt. „To nie do wiary, że dziś niektórzy Polacy nazywają Powstanie Warszawskie zbrodnią” znajduje się na s. 18 wrześniowego „Kuriera Wnet” nr 39/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Wywiad Stefana Truszczyńskiego z Witoldem Kieżunem pt. „To nie do wiary, że dziś niektórzy Polacy nazywają Powstanie Warszawskie zbrodnią” na s. 18 wrześniowego „Kuriera Wnet” nr 39/2017, wnet.webbook.pl

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Zobacz także:


 

Republikanie komentują


Facebook