Top bar
Reklama
Włącz radio Aktualny Poranek Wspieraj WNET Szukaj

„Kurier Wnet” 38/2017: „Jakoś miałem szczęście”. Wojenne losy Witolda Kieżuna do wybuchu powstania warszawskiego

Fot. z archiwum Witolda Kieżuna

„Boże kochany, dlaczego nie rozpoczynamy powstania?”. To był 22 lipca. Wreszcie dwudziestego dziewiątego dostałem rano rozkaz: zbiórka! Przychodzi łączniczka, staje na baczność i mówi: „godzina W 17”.

Stefan Truszczyński
Witold Kieżun

Jakoś miałem szczęście

Kolejny odcinek burzliwych dziejów Witolda Kieżuna, które profesor opowiada w rozmowie ze Stefanem Truszczyńskim. W tym numerze „Kuriera Wnet” – czas wojny do wybuchu powstania warszawskiego.

Jest wrzesień 1939 roku, Pan jest w Warszawie. Początek wojny, sytuacja w Warszawie przedstawia się tragicznie…

Dostałem wezwanie, zostałem powołany do Szkoły Podchorążych Artylerii Przeciwlotniczej pod Brześciem. Wobec tego 7 września wyjechałem rowerem do Brześcia. Warszawa była już parokrotnie bombardowana. Zapanował popłoch. Ogłoszono pamiętne wezwanie pułkownika Umiastowskiego, żeby mężczyźni w wieku poborowym opuszczali Warszawę. A ja miałem skierowanie, bo byłem obowiązany odbyć po maturze roczną służbę w podchorążówce.

Pojechałem z kolegami. Mieliśmy możliwość jazdy samochodem, ale benzyna nam się skończyła 50 km od Warszawy, więc przesiedliśmy się na rowery. Jazda była tragiczna, bo cała droga była zapchana, byliśmy bombardowani przez samoloty niemieckie, które w ciągu dnia latały nad szosą i bombardowały uciekinierów. Drogi były pełne pojazdów konnych, więc tragedia, masa ludzi ginęła. Potem jechaliśmy tylko nocą, a w ciągu dnia chowaliśmy się gdzieś po lasach.

No i wreszcie dojechałem. 15 września znalazłem się w Trauguttowie pod Brześciem. Jest podchorążówka, ale budynki puste. Wychodzi jakiś porucznik, widzę samochód, on wsiada, ja mówię: „Melduję posłusznie, poborowy Witold Kieżun zgłasza się do służby”. A on mi mówi: uciekaj natychmiast, pięć kilometrów od nas są Niemcy! Co robić? Przenocowałem w jakiejś chacie, gdzie mieli radio, i usłyszałem apel prezydenta Warszawy: „Popełniliśmy błąd, że kazaliśmy uciekać. Warszawa się broni. Warszawiacy, wracajcie do Warszawy!”

To był apel Stefana Starzyńskiego.

Ruszyłem w drogę powrotną. Po drodze spotkałem dwóch takich jak ja. Okazało się, że jeden to student, a drugi tramwajarz warszawski. I dojechaliśmy 30 km od Warszawy, do Kołbieli. Idziemy lasem, a tu wyskakują Niemcy: „Raus! Hände hoch! Ręce do góry!” Zabrali nam rowery i odprowadzili nas na bok. Zamknęli nas w kościele, gdzie była już masa cywilnych i wojskowych jeńców. Spędziliśmy tam noc. Mieliśmy świadomość, że poprowadzą nas do obozu koncentracyjnego. No i rano uformowali nas w czwórki. Szliśmy i pod strażą, a co ileś tam czwórek jechał samochód z żołnierzem.

Mieliśmy szczęście, dlatego że przechodziliśmy koło jakiegoś żywopłotu i mój sąsiad i ja skoczyliśmy za ten żywopłot, tak że strażnik niemiecki tego nie zauważył. Potem piechotą szliśmy do Warszawy. Szczęśliwie pod Otwockiem mieszkał mój kolega, więc poszedłem do niego, tam przeczekałem do poddania Warszawy, wtedy wróciłem do domu.

Okazało się, że w domu jeden pokój został całkowicie zniszczony. Moja matka była lekarzem dentystą i został zniszczony jej gabinet dentystyczny. Trzeba było przede wszystkim reperować, więc postanowiłem z kolegami założyć zakład szklenia. Przez pierwszy rok szkliliśmy, dzięki czemu zarobiłem na remont domu.

Ale już od razu, 9 października przyszedł do mnie Adam Rzewuski, mój starszy kolega, który już był plutonowym-podchorążym po służbie wojskowej, i mówi: organizujemy podziemną organizację do walki z Niemcami. Będzie się nazywała „Bicz”; jutro przysięga. Musisz zebrać czterech ludzi; będziesz dowódcą piątki.

Biegałem więc po kolegach, zebrałem czterech chętnych, 9 października złożyliśmy przysięgę. Dostaliśmy pierwsze zadanie: Cytadela została zajęta przez Niemców, ale oni byli w jej centrum, a na poboczu stały namioty. Jak się okazało, w tych namiotach zostały skrzynki z granatami. No więc w niedzielę 15 czy 16 października przeszliśmy przez fosę; był tam taki murek, weszliśmy po tym murku i doszliśmy do namiotu. Skrzynki rzeczywiście były, każdy wziął po dwie, ciężkie z tymi granatami; wyszliśmy.

Tymczasem pokazał się daleko od nas na wzgórzu, bo przecież Cytadela jest na wzgórzu, jakiś Niemiec i zaczął wołać „Halt!”. Wtedy my już zostawiliśmy po jednej skrzynce i każdy tylko z jedną uciekał. Niemiec z daleka strzelał, ale nie trafił. Zakopaliśmy te wszystkie granaty przy ulicy Czarnieckiego, na pustym miejscu – tam jeszcze wtedy nie było budynku. Potem, na wiosnę przed powstaniem, pół nocy spędziliśmy na próbie odkopania, znalezienia tego – i nie znaleźliśmy. A potem okazało się, że później, czasie powstania te skrzynki zostały odnalezione.

Potem rozpoczęło się pierwsze szkolenie. Spotkaliśmy się na Bielanach. Mieliśmy tam ćwiczenia wojskowe w małych zespołach; musieliśmy się wszystkiego uczyć; dostaliśmy wojskowe podręczniki. Wszystko to trwało do lutego ‘40 roku. W lutym Adam Rzewuski został aresztowany i jego zastępca został aresztowany. Dostałem polecenie ukrywania się. Wyprowadziłem się z domu do ciotki. Po dwóch miesiącach przyszła wiadomość, że Adam Rzewuski trafił do obozu niemieckiego i nie żyje. Nasza działalność się skończyła.

No i wtenczas zaczęła się moja, że tak powiem, bogata działalność podziemna. Gabinet mojej matki stał się miejscem rozdziału podziemnej prasy. W piątek przychodzili najpierw pacjenci, którzy przynosili prasę – tej podziemnej prasy robiło się coraz więcej – a potem przychodzili inni pacjenci, którzy to odbierali.

To wszystko na Żoliborzu, tak?

Na Żoliborzu, przy Krasińskiego 6 był ten gabinet. Matka codziennie pracowała – wspaniały punkt, bo nie było podejrzeń, po prostu przychodzili pacjenci. To trwało ponad rok. Potem sytuacja stała się bardzo groźna.

Otworzyła się jedyna, dwuletnia szkoła budowy maszyn. Było w niej trzysta miejsc, a kandydatów parę tysięcy. Mnie się udało tam dostać, zwłaszcza że jeden z moich dalszych krewnych był w niej wykładowcą. Któregoś dnia wracamy z kolegami, nie było wykładów, i w mieszkaniu czytamy sobie tę prasę. Raptem dzwonek. Mówię: – Na wszelki wypadek schowajcie te biuletyny – i wychodzę na korytarz, otwieram drzwi.

– „Hände hoch!” – dwóch Niemców w cywilu, z pistoletami. – Boże kochany, czy oni schowali te biuletyny? – myślę i cofam się z rękami do góry. Oni wpadają: – Ręce do góry! No, szczęśliwie nie widzę tej bibuły. Potem okazało się, że na kanapie pod poduszki położyli.

Jeden Niemiec sprawdza dokumenty, drugi przeszukuje mieszkanie. Przechadza się tam, siam, owam itd. A i potem: „co wy tu robicie?”. My tłumaczymy, pokazujemy nasze legitymacje – więc niby wszystko w porządku. Ale w pewnym momencie porozumieli się i mówią: – Ubierajcie się, wychodzimy.

W tym momencie jeden z tych moich kolegów mówi po niemiecku: „Jedną chwilę, coś wam pokażę”. Wyjmuje jakąś legitymację, pokazuje, Niemiec przygląda się i mówi „dobrze”. Mieliśmy ścienny telefon. Niemiec telefonuje, mówiąc po niemiecku, czyta jakieś tam numery z tej legitymacji, potem mówi „w porządku” i oddaje mu legitymację. Podają mu rękę i wychodzą.

Tragedia! To znaczy, że nasz kolega jest agentem, i to syn kapitana! A on mówi: – Powiem wam szczerze, matka, chcąc mnie ratować, zapisała się do Związku Białorusinów. To jest legitymacja Związku Białorusinów, który jest sprzymierzeńcem niemieckim. W ten sposób kolega nas uratował. Ale od tego czasu już nie utrzymywaliśmy z nim żadnych kontaktów.

Znowu minęły dwa czy trzy miesiące. Godzina piąta rano, a tu dom otoczony, cała ta część Żoliborza otoczona i przeszukują. Moja sytuacja była niewesoła, dlatego że poprzedniego dnia byłem na szkoleniu z nauki o broni i miałem w domu taki ucięty karabin. Uczyli nas operowania zamkiem. Miałem też skrypt o materiałach wybuchowych.

No więc rano o godzinie piątej usłyszałem zatrzymujące się samochody. – Co robić? – myślę sobie. Wybiegam natychmiast, chowam to do piwnicy, tam był węgiel, więc wkładam to wszystko pod węgiel i wracam w ostatniej chwili. Za chwilę przychodzą, „Hände hoch! i zaczynają przeszukanie. Sytuacja była o tyle korzystna, że moja matka studiowała w Szwajcarii i mówiła perfekt po niemiecku. Rozmawiała z nimi po niemiecku; wreszcie zapytali ją: – Jesteś Niemką? – Nie. – No to skąd tak dobrze mówisz? Mama mówi, że studiowała itd. Było ich trzech, szukali, w mieszkaniu nic nie znaleźli.

Potem pytają: – A piwnicę macie? Mówię, że mamy, tak. Oficer został, a dwóch poszło z matką do piwnicy. Ten oficer otworzył naszą dużą bibliotekę i wyjmował każdą książkę po kolei, kartkował i rzucał na ziemię, bo oni wiedzieli, że się często przechowywało tę małego formatu podziemną prasę w książkach. Byłem przerażony, pewien, że to koniec: jeśli znajdą ten ucięty karabin, natychmiast mnie zabiorą, może nawet na miejscu zastrzelą, bo robili i tak w tym czasie.

Niemiec siedzi, ma pistolet w otwartej kaburze, więc myślę sobie: jedyny ratunek – skoczyć, wyrwać mu, no i na strych, a tam droga do sąsiednich domów. Ale słyszę głos matki, jak głośno coś tam mówi po niemiecku na klatce schodowej; wracają, ale wszystko w porządku. No i okazało się, że oni weszli od piwnicy, zawołali dozorcę, kazali mu przesypywać węgiel, a sami stali na korytarzu. On tak sprytnie przesypywał, że się strasznie pył unosił, na co matka powiedziała: – Zaraz wam się mundury pokryją tym pyłem i będą brudne. I w ten sposób się to udało.

Potem byłem w podziemiu w Komendzie Głównej, batalion sztabowy Baszta, kompania radiotechniczna. Uczyliśmy się porozumiewać krótkofalówkami. Ćwiczyć można było tylko przez trzy minuty, dlatego że Niemcy stale jeździli samochodem po Warszawie.

Przecież Baszta była na Mokotowie.

W czasie powstania – tak, ale przedtem na Żoliborzu. Baszta powstała w naszym gimnazjum Poniatowskiego i większości to byli poniatowszczaki, a naszym dowódcą był też absolwent Poniatowskiego. Skończyliśmy te szkolenia, dostaliśmy stopnie wojskowe – ja kaprala – a potem już my zaczęliśmy szkolić następnych kandydatów.

Na przełomie stycznia i lutego wydarzyła się straszna historia – aresztowano dwóch naszych kolegów. Mieli dokumenty zakopane w butelkach w ogródku, Niemcy zaczęli tam kopać i znaleźli. Powstał oczywiście popłoch, dlatego że tam były takie dane, jak pseudonimy, daty urodzenia, pierwsze litery imienia i nazwiska, tak więc była możliwość zidentyfikowania tych wszystkich osób. Parę dni później dostaliśmy rozkaz: rozejść się, czyli uciekać gdziekolwiek. Cała nasza kompania się rozleciała, ja straciłem kontakty.

Ale wtenczas, szczęśliwie, jeden z moich kolegów powiedział mi, że tworzy się oddział specjalny Gustaw, który potem, w czasie powstania zmienił nazwę na Harnaś.

To był już rok 1944. Przed powstaniem, od lutego do lipca, mieszkałem w pustym mieszkaniu mojego stryja, który w czasie wojny mieszkał w Aninie. W związku z tym był u mnie skład broni: trzy pistolety maszynowe, osiem czy dziesięć pistoletów ręcznych, dużo granatów. Mieszkałem sam i miałem rozkaz w razie czego, gdyby zdarzyła się kontrola niemiecka, bronić się do ostatka, czyli do ostatniego strzału.

Czy wtedy mieliście już świadomość zbliżającego się powstania?

Tak, oczywiście. Dochodzimy do lipca. W lipcu Niemcy na piechotę uciekali. Myśleliśmy: „Boże kochany, dlaczego nie rozpoczynamy powstania?”. To był 22 lipca. No i wreszcie dwudziestego dziewiątego, w lokalu na Chmielnej, dostałem rano rozkaz: zbiórka! Przychodzi łączniczka, staje na baczność i mówi: „godzina W 17”. Ciekawe jest to, że ona była Żydówką. W naszym oddziale w czasie powstania było sześciu Żydów. A w powstaniu warszawskim brało udział kilkuset Żydów, którzy się wcześniej ukrywali. To też bardzo ważna wiadomość.

Kiedy czas ucieczki ludności Warszawy po tym niefortunnym rozkazie czy namowach we wrześniu ‘39 roku porówna się z okresem przed powstaniem, to okazuje się, że w 1944 roku organizacja i przekazywanie informacji było znakomite.

Tak, ten okres przed postaniem był także bardzo bojowy. Mieliśmy parę akcji. Przygotowywaliśmy atak na aptekę Mendego, bo tam już mieli penicylinę; ta akcja jednak się nie udała. Ale zdobyliśmy fabrykę mundurów niemieckich, cały samochód pojechał na Lubelszczyznę do naszych podziemnych oddziałów.

Czy chodzi o magazyny na Stawkach?

Nie, to była fabryka, która zajmowała całe pierwsze piętro budynku przy Marszałkowskiej róg Sienkiewicza. Tam pracowali Polacy, którzy byli przygotowani do tej akcji. Fabryka miała trzyosobowe kierownictwo niemieckie: komendant i jeszcze dwóch Niemców. Polacy otworzyli nam drzwi, a naszym zadaniem było sterroryzować tych Niemców. Ja miałem wejść do gabinetu komendanta, który był w mundurze partyjnym NSDAP. Wszedłem i „Hände hoch!”. Oczywiście miał pistolet, który mu zabrałem, postawiłem go z rękami do góry pod ścianą, sam siedziałem po przeciwnej stronie pokoju i czekałem. Później, jak wszystko się skończyło, myśmy tych trzech zamknęli w takim pokoju z żelaznymi drzwiami. No i ten duży transport pojechał, oczywiście naszym samochodem.

To się potem o mało tragicznie nie skończyło. Jakieś dwa tygodnie później byłem na Nowym Świecie. Wyjeżdżam rowerem z domu – bo się rowerem cały czas jeździło. Wtedy na Nowym Świecie była linia tramwajowa, no i jadą dwa tramwaje, jeden z lewej, drugi z prawej strony. Ja czekam na chodniku, aż one przejadą, i raptem wielki wrzask: „Hände hoch! Ręce do góry, polski bandyta!” Patrzę, a to ten komendant. Rozpoznał mnie.

Wtedy obowiązywał rozkaz niemiecki, że jak jeden zagrożony Niemiec strzela w powietrze, to wszyscy Niemcy, którzy są na ulicy i mają pistolety, też mają strzelać. Na Nowym Świecie zawsze było trochę Niemców. Więc ten komendant strzelił w górę, inni też zaczęli strzelać, i była taka sytuacja, że jeden tramwaj jechał w jedną stronę, drugi w drugą, i Niemcy. Między tymi tramwajami była jeszcze przerwa, ja byłem na rowerze i zdecydowałem się w tę przerwę wskoczyć. Dosłownie przeskoczyłem między tymi tramwajami, ich wagony mnie zasłoniły, ja szybko potem skręciłem w inną ulicę i w ten sposób uciekłem.

Wtedy dostałem rozkaz, żebym w żadnej akcji nie brał udziału w pierwszym szeregu. Bo ja miałem metr dziewięćdziesiąt wzrostu, więc łatwo mnie było rozpoznać.

Mieliśmy też zadanie zdobyć samochody. Udało nam się zdobyć dwa. To były samochody niemieckie, które po prostu porwaliśmy – drzwi otwierało się z pistoletami, wsiadało się, kazało się szoferowi jechać pod Warszawę, za Pragę. Tam był duży las. Zaplanowaną trasą zjeżdżaliśmy możliwie daleko w las. Potem tam się tego szofera rozbierało do naga, zostawiało się ten samochód w umówionym miejscu. Mieliśmy taki garaż, gdzie te samochody zostały przemalowane, a parę dni później pojechały na Lubelszczyznę. Dzięki temu zaopatrzyliśmy tamtejszą partyzantkę i w samochody, i w mundury niemieckie.

Dwa razy nam się udało z tymi samochodami. Za trzecim razem mieliśmy wpadkę. Akcja miała się odbyć w garażu podziemnym. Jakiś Niemiec mieszkał w tym budynku i co dzień rano wyjeżdżał samochodem. Myśmy się rozstawili, kiedy wyjeżdżał, myśleliśmy, że go w tym garażu pod ziemią sterroryzujemy i zabierzemy samochód. Tymczasem on wyjeżdża – a w tym samochodzie czterech Niemców.

Wtedy jeden z kolegów źle się zachował, bo jak zobaczył tych Niemców, zaczął uciekać i oni się zorientowali. Zatrzymali się, zaczęli do nas strzelać, ale udało się nam uciec, zanim oni wyskoczyli z tego samochodu. Tak, że tak jakoś miałem szczęście.

Potem już czekaliśmy, aż wreszcie 29 lipca przyszedł rozkaz: godzina ósma mobilizacja. Ja miałem stawić się właśnie w tej fabryce przy Marszałkowskiej róg Sienkiewicza. A u mnie, jak mówiłem, była ta cała broń. Co robimy? Byłem z jednym tylko kolegą. Zapakowaliśmy wszystko do walizek i wychodzimy. Byliśmy niesamowicie obładowani. Ja mam marynarkę, on ma marynarkę: w kieszeniach mamy te polskie ręczne granaty i po dwie walizki, w które popakowaliśmy pistolety maszynowe; ciężkie walizki. Na postoju dorożek załadowaliśmy się do dorożki, jedziemy. Raptem na Mickiewicza idzie cała kompania żołnierzy niemieckich, a my jedziemy obok tego. Wtem na stopień dorożki wskakuje podoficer…

Kompania to około stu żołnierzy…

I mówi do nas po niemiecku: „Pospieszcie się, bo ja muszę być na czele kompanii”. Więc podjechaliśmy, wysadziliśmy go, a on mówi „Dziękuję bardzo!”.

W ten sposób doszliśmy prawie do wybuchu powstania. Za miesiąc Czytelnicy „Kuriera Wnet” zobaczą powstanie Pana oczami.
Cały wywiad Stefana Truszczyńskiego z Witoldem Kieżunem pt. „Jakoś miałem szczęście” znajduje się na s. 16 sierpniowego „Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Wywiad Stefana Truszczyńskiego z Witoldem Kieżunem pt. „Jakoś miałem szczęście” na s. 16 sierpniowego „Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl

Zobacz także:


 

Republikanie komentują


Facebook