„Kurier Wnet” 37/2017, Stefan Truszczyński – Witold Kieżun: Gorzko-słodkie wspomnienia z dzieciństwa na Kresach

Były możliwości, aby Polska sięgała dalej na wschód i została zrealizowana koncepcja Wielkiej Litwy z częścią białoruską, polską i litewską w unii z Polską Centralną. To był dobry pomysł Piłsudskiego.

Stefan Truszczyński
Witold Kieżun

Dzieciństwo sielskie, anielskie?

Wspomnienia profesora Witolda Kieżuna o dzieciństwie na Wileńszczyźnie oraz o stosunkach narodowościowych na wschodzie przedwojennej Polski. O przeszłość pytał Stefan Truszczyński.

We wcześniejszych rozmowach wspominaliśmy różne okresy Pana życia – Afrykę, Pana pracę na wielu stanowiskach, mówiliśmy o strasznym czasie gułagów, ale należałoby zacząć od początku. Gdzie się Pan urodził, w jakiej rodzinie?

Moja rodzina od wieków mieszkała na Wileńszczyźnie. Urodziłem się w Wilnie. Mieszkaliśmy na jego przedmieściu, Zwierzyńcu. Mój ojciec był lekarzem, a w momencie moich urodzin – lekarzem wojskowym, oficerem. Codziennie przyjeżdżał konno żołnierz z drugim koniem, ojciec wsiadał na konia i jechał do szpitala.
Był bardzo znanym człowiekiem, także dlatego, że był bardzo wysoki – miał 2 metry wzrostu. W ówczesnych czasach to był fenomen. Ja mam metr dziewięćdziesiąt, niestety (śmiech) nie doszedłem do wzrostu ojca.

Ojciec był też filistrem Korporacji Polonia, bo skończył studia w Dorpacie, gdzie powstała ta korporacja, i brał udział w corocznej defiladzie 3 maja razem z całym korpusem. Zawsze niósł sztandar, ponieważ był najwyższy i silny. Imponował wszystkim, bo przechodząc przed wojewodą i dowództwem wojskowym, z generałem, trzymał ten ciężki sztandar jedną ręką. Wszyscy go oklaskiwali. W Wilnie był człowiekiem bardzo popularnym.

Poza tym leczył wiele osób.

Kiedy wyszedł już z wojska w 1927 roku, między innymi był lekarzem w gimnazjum im. Zygmunta Augusta. To było największe państwowe gimnazjum w Wilnie. Był bardzo zajęty – prowadził praktykę domową, pracował też w Kasie Chorych. Był lekarzem z zamiłowania, a poza tym miał swoje idee. Pisał książki; pierwsza, wydana przez niego w 1926 roku, nosiła tytuł „Dlaczego nie należy palić tytoniu”. Walczył niesłychanie z tytoniem i wszędzie interweniował.
Miał taką sytuację, która była powszechnie znana jako dobry kawał. Ojciec szedł po placu Katedralnym w Wilnie i zobaczył jakiegoś mężczyznę palącego cygaro. Podszedł do niego i mówi: – Niech pan daruje, że pana zaczepiam, ale chciałem się dowiedzieć, co to za cygaro. – Proszę pana, importuję te cygara z Hawany. – A ile to cygaro kosztuje? – 2 czy 4 złote. – Ile pan takich cygar wypala? – Zależy od dnia, dziennie nawet do dziesięciu. – A ile lat pan to pali? – Już dwadzieścia parę. Ojciec zaczyna szybko liczyć i mówi: Proszę pana, gdyby pan nie palił, a zbierał pieniądze, to ta piękna trzypiętrowa kamienica z ornamentami, która tu stoi, mogłaby być pańską własnością. A on na to: – Ja właśnie jestem właścicielem tej kamienicy.[related id=17161]

To zdarzenie stało się powszechnie znane. Trochę kpiono z ojca, że tak walczy z paleniem tytoniu. Nawet w naszym mieszkaniu w przedpokoju widniał duży napis: „Przepraszamy, u nas nie pali się tytoniu”.

Pracował w szkole, gdzie uczyli się bardzo znani potem pisarze i poeci.

Tak, skończyło ją wielu wybitnych ludzi. To była najlepsza szkoła wileńska, na bardzo wysokim poziomie. Ja uczyłem się tam tylko przez niecały pierwszy rok. Egzamin był bardzo trudny, daleko idąca selekcja itd. Wilno miało pod tym względem bardzo wysoki poziom, także Uniwersytet Wileński. To był bardzo poważny ośrodek kultury polskiej, bo oczywiście olbrzymia większość, 80% ludności, to byli Polacy, także bardzo duża grupa Żydów. Litwinów mówiących po litewsku było natomiast tylko 2%. Przy czym oczywiście my wszyscy pochodziliśmy jednak ze środowisk litewskich, tylko że proces polonizacji następował już w XVI, XVII wieku.

Czytałem, że Pana przodek walczył pod Grunwaldem.

Istotnie, mój kuzyn, profesor Gieysztor, historyk, będąc w Mińsku Litewskim znalazł bardzo ciekawe dokumenty dotyczące udziału w bitwie grunwaldzkiej ludności, która tam mieszkała. Jest tam wymieniony z nazwiska mój przodek, który się wyróżnił w walce.

Czy występuje jako Kieżun?

Nie, występuje jako Kieżunas Witoldas.

Czyli imię Witold przetrwało przez pokolenia.

Tak, przetrwało pokolenia, a z nazwiska potem zostało usunięte „as”.

Pana ojciec urodził się w Gruzji. Jak rodzina się tam znalazła?

Mój dziadek był uczestnikiem powstania styczniowego, miał wówczas 19 lat i został skazany na wywózkę na Syberię. Przez krótki czas pracował tam w kopalni, a potem przez 20 lat mieszkał w Tomsku, bo nie wolno mu było się stamtąd ruszyć. Po dwudziestu latach został ułaskawiony przez cara, odzyskał wolność, ale nie pozwolono mu zamieszkać na terenie ani Polski, ani Litwy. Wskazano mu miejsce zamieszkania na Kaukazie. Tam pracował tak jak w Tomsku – w urzędzie pocztowym; był nawet kierownikiem tego urzędu. I na Kaukazie umarł.

W Gruzji urodził się mój ojciec, jego brat i dwie siostry – czwórka Polaków. Zresztą tam było liczne osiedle polskie, właśnie takich dawniejszych skazańców. Była taka zasada, że po zwolnieniu Syberii dawny zesłaniec mógł się osiedlić. Jeśli chodzi o Polaków, to jako miejsce osiedlenia wyznaczano im właśnie Kaukaz, z daleka od Polski, bo chodziło o to, żeby się wynaradawiali. Ale tam było silne środowisko polskie, które utrzymywało stosunki towarzyskie.
Potem ojciec studiował w Dorpacie. To był uniwersytet, nawiasem mówiąc, niemiecki, gdzie był najwyższy poziom studiów medycznych.

Pański ojciec wcześnie zmarł i zostaliście sami.

Tak, ojciec był bardzo wysoki, ale niestety miał wadę serca. Codziennie musiał pół godziny–godzinę leżeć bez ruchu. Później przeżył straszną tragedię: mój straszy brat dostał zapalenia ślepej kiszki, miał bardzo bolesny atak, a ojciec był gdzieś u chorego poza Wilnem. Przyjechał wieczorem o siódmej, stwierdził, że to jest zapalenie ślepej kiszki, od razu zawiózł go do szpitala, ale okazało się, że nie ma chirurga. A ponieważ ojciec był przez wiele lat lekarzem, wprawdzie nie specjalistą chirurgiem, ale robił operacje żołnierzom w czasie wojny 1920 roku – wszystkie zabiegi wtedy robił – więc zdecydował się go zoperować. Okazało się jednak, że jest za późno. Nastąpiła perforacja i mój brat w nocy umarł.

To była straszna tragedia dla ojca. Tym bardziej, że powołano komisję lekarską, która stwierdziła, że ojciec nie był chirurgiem, tylko lekarzem chorób wewnętrznych. Oczywiście okazało się, że operacja była fachowo zrobiona, bo ojciec miał wprawę. Jednak to był początek jego dość silnego załamania psychicznego. Wada serca dołożyła swoje, tak że ojciec później miał trudności nawet z poruszaniem się, i bardzo szybko, mając 38 lat, umarł.

Cały ciężar wychowania spadł na matkę.

Było troje dzieci. Moja pierwsza siostra też tragicznie zmarła, mając parę lat. Bawiła się, uderzyła się pod stołem i dostała zapalenia mózgu. Wydarzenia potoczyły się podobnie jak z bratem. Ojciec przyjechał za późno i siostra wkrótce też umarła. Tak więc matka straciła dwoje dzieci i męża. W tej sytuacji zdecydowała się przenieść do Warszawy i tak zrobiła.

Nie mówiliśmy jeszcze o miłym i ważnym dla Pana okresie dzieciństwa na Wileńszczyźnie – pośród krewnych, kiedy bywał Pan w różnych majątkach…

Mój ojciec pochodził z tak zwanej szlachty zagrodowej. To byli posiadacze niedużych kawałków ziemi, mieszkali w jednej wsi, wszyscy nosili to samo nazwisko, ale byli szlachcicami – w związku z tym kobiety pracowały w rękawiczkach (śmiech).

Wydarzyła się wielka sensacja: wraca Sybirak, powstaniec styczniowy, żeby zamieszkać w Polsce. Oczywiście zapraszają go wszyscy właściciele polskich majątków. Zajechał do Karłowszczyca, który był majątkiem Habdank-Wojewódzkich, bardzo dużym majątkiem, parę tysięcy hektarów, z bogatą tradycją. Byli bardzo dumni z przydomku Habdank.

Jak powstał ten przydomek?

Przydomek powstał za czasów księcia Bolesława Krzywoustego, który jednego z tych, których dziś nazywamy Wojewódzkimi, wysłał z misją do cesarza niemieckiego. Cesarz chciał mu zaimponować bogactwem i mówi: pokażę ci, jakie mam wspaniałe dobra. Zaprowadził go do skarbca, tam kazał otworzyć jakąś skrzynię pełną złotych monet i pierścionków. A ten zdjął swój złoty sygnet i rzucił go do skrzyni ze słowami: wobec tego ja powiększę ten majątek. Na to cesarz odpowiedział: Ich habe dank – dziękuję. „Habdank”.

Poseł wrócił i zdał relację Krzywoustemu. A książę powiedział: w takim razie ja nadaję ci tytuł szlachecki Habdank. Tak zostali Habdankami i bardzo pilnowali tego przydomka. Zawsze przedstawiali się: Habdank-Wojewódzki, to była ich duma…

Jak układały się stosunki Polaków, którzy stanowili większość na Wileńszczyźnie, z Litwinami?

Litwinów była bardzo mała grupa. To było tylko 2% ludności, że tak powiem – nieinteligenckiej. Dozorca domu, w którym mieszkaliśmy, był Litwinem i był szewc Litwin. Ja się bawiłem z córkami tego dozorcy. One chodziły do polskiej szkoły, mówiły dobrze po polsku, ale między sobą i w domu mówiły po litewsku.
Granica z Litwą była zamknięta i istniała wrogość ze strony litewskiej, ale w Wilnie tego nie odczuwaliśmy. W Wilnie mieszkała mała grupa Litwinów, która nie przejawiała aktywności politycznej. Natomiast Litwa Kowieńska była nieprzyjazna, zamknięta. Wielu Polaków na Wileńszczyźnie miało krewnych na terenie Litwy i w odwiedziny jeździło się przez Łotwę, bo granica z Litwą była zamknięta chyba aż do ’39 roku…

To było bardziej na północ. Z kolei bardziej na południe leżała część litewsko-białoruska.

Tak, całe sąsiednie województwo nowogródzkie. Ludność wiejska to była ludność mówiąca po białorusku, prawosławna. Język białoruski jest językiem pośrednim między polskim i rosyjskim, że tak powiem. Co ciekawe – stare babcie miały książeczki do nabożeństwa katolickie, bo dopiero prawosławna władza rosyjska wprowadziła tam prawosławie. Tak, że tam istniały tradycje katolickie, ale oczywiście to było zupełnie odrębne środowisko.
W czasie naszej polskiej niepodległości powstało gimnazjum w Nieświeżu, które stwarzało rozmaite ułatwienia w nauce dla młodzieży białoruskiej. Była więc nawet duża liczba urzędników Białorusinów, którzy mówili dobrze po polsku.

Z drugiej strony dawała się tam odczuć silna agitacja radziecka. Nie można było spokojnie słuchać stacji radiowej w Mińsku, bo ciągle nadawała apele do Białorusinów: przyjdzie czas, że polskich panów my tutaj zastąpimy, przyjdziemy, damy wam wolność – ta propaganda była bardzo silna. Poza tym do 1927–28 roku na polskie dwory stale napadały bandy ze Związku Radzieckiego. Wszyscy byli w stanie ciągłej gotowości: ludzie uzbrojeni, zamykało się na noc piwnice. Taka była sytuacja na pograniczu radzieckim na Białorusi…

A czy w tym pasie Litwy, który dzięki buntowi Żeligowskiego został przy Polsce, też odczuwało się takie napięcia?

To była kapitalna koncepcja Piłsudskiego: Litwa składająca się z trzech części – Litwy Kowieńskiej z językiem litewskim na północy, Litwy Środkowej z Wilnem i Litwy Wschodniej – Mińsk, Mińsk Litewski z Białorusią; państwa litewsko-białoruskiego w unii z Polską.

Niestety to się nie udało. Była szansa, żeby zachować Białoruś z Mińskiem Litewskim – po wojnie 1920 roku w czasie konferencji pokojowej w Rydze projekt radziecki przewidywał Polskę właśnie z Mińskiem Litewskim. Ale wtenczas przewodniczącym naszej komisji był reprezentant, już teraz nie pamiętam nazwiska, ale Narodowej Demokracji, która głosiła hasło „Polska dla Polaków”: Polska ma być tam, gdzie jest większość Polaków. I z tego tylko powodu myśmy po prostu się nie zgodzili na znacznie lepsze propozycje radzieckie. Na wschodzie, na Białorusi i dalej, na Ukrainie, została masa Polaków.

A później była ta olbrzymia stalinowska akcja w latach trzydziestych. Sto kilkadziesiąt tysięcy Polaków zostało pomordowanych. Wszystkich, którzy mieli polskie nazwiska, nawet członków partii komunistycznej – wszystkich wymordowano. A były możliwości, żeby Polska sięgała dalej na wschód i została zrealizowana koncepcja Wielkiej Litwy z częścią białoruską, polską i litewską w unii z Polską Centralną. To był dobry pomysł Piłsudskiego.

Jak Pan wspomina poglądy, sposób myślenia, rozmowy ludzi, którzy pojawiali się wtedy w Waszym domu albo spotykanych w majątkach osób zaprzyjaźnionych czy krewnych?

Polacy reprezentowali tam bardzo wysoki poziom patriotyzmu. W naszym mieszkaniu np. wisiał portret Piłsudskiego i obok duży, biały orzeł polski. Demonstracja polskości była bardzo wyraźna. Poza tym Piłsudski przyjeżdżał z reguły do Wilna na swoje imieniny w marcu. Zawsze odbywała się wielka uroczystość.

Później mój dziadek zbankrutował – te majątki bankrutowały – i sprzedał swój majątek Pikieliszki Komitetowi Ziemi Wileńskiej. Komitet kupił majątek mojego dziadka i ofiarował go Piłsudskiemu. W tej chwili tam jest muzeum Piłsudskiego – rząd litewski zgodził się na to. Jest tam ładny, stary dwór. Były w nim też bardzo ładne, stare meble. Ale Piłsudski powiedział, że on takich nie lubi, on chce proste meble i te stare zabrał mój ojciec. Tak, że myśmy mieli bardzo piękne meble, które potem przewieźliśmy do Warszawy, ale wszystko zginęło, nasz dom wyleciał w powietrze, cały został zniszczony w czasie powstania warszawskiego.

Jak Pan wspomina stosunek pańskich krewnych, tych osób, z którymi Pan się stykał, do Litwinów? W ogóle do spraw litewskich.

Muszę powiedzieć, że wrogość ze strony Litwinów była tak ostra, że siłą rzeczy wzbudzała podobną odpowiedź. Ale z drugiej strony – kiedyś były zupełnie inne stosunki. To jest wielka szkoda, ale to wiąże się między innymi z konfliktem jednak stanowym. Mam na myśli to, że cała szlachta litewska się spolonizowała, i to wcześnie. W związku z tym zostało tylko chłopstwo, bardzo prymitywne.

Niektórym Litwinom udawało się zostać księżmi, i to właśnie trzech księży litewskich w połowie XIX wieku w Wilnie założyło pismo w języku litewskim, przypominające, że my jesteśmy – większość ludności – litewskiego pochodzenia. I to był początek konfliktu polsko-litewskiego, również stanowego, bo to było środowisko biedoty.

Dość nawet liczna grupa już spolonizowanych Litwinów przypomniała sobie o swoim pochodzeniu. W dużym stopniu był to konflikt między tymi Litwinami, którzy wiele wieków temu spolonizowali się i byli polską szlachtą, i Litwinami mówiącymi w dalszym ciągu po litewsku.

Zresztą trzeba sobie przypomnieć „Potop” Sienkiewicza. Jest na początku taka scena, że Oleńka siedzi ze swymi towarzyszkami wieczorem i przychodzi Litwin, żeby napalić w piecu. Tak, że ten mówiący po litewsku robotnik do palenia w piecu to Litwin. Był więc również konflikt tego typu.
Co ciekawe, język litewski jest najstarszym językiem europejskim. Poza tym w pewnym okresie Litwa, Wielkie Księstwo Litewskie było potężniejsze niż Polska.

No tak, tylko że miało jednego żołnierza na ileś tysięcy kilometrów kwadratowych…

To prawda, ale to moim zdaniem wielka szkoda, że teraz to wszystko tak wygląda.

Rozmawiałem kiedyś z rzeźbiarzem litewskim, który tłumaczył mi, że jeśli panna wychodzi za mąż, to wnosi swój posag mężowi, czyli tak jakby Jadwiga powinna oddać wszystko Jagielle.

Praktycznie tak to było.

Tak wspominają to Litwini. A jeszcze była duża grupa Żydów…

Żydzi w Wilnie mieszkali w większości w tzw. dzielnicy niemieckiej, bo tam główna ulica nazywała się Niemiecka. To byli Żydzi wyrzuceni z Rosji, mówili po rosyjsku. Ich olbrzymia większość ulokowała się na terenie Wileńszczyzny.

A jaki był ich stosunek do Rosjan i do Polaków?

W Wilnie była duża grupa Żydów, chyba z 15% ludności. Oni byli zupełnie obcy kulturowo, obcy religijnie, a jednocześnie językowo. Pamiętam, że jak byłem dzieckiem, jeździło się do tej dzielnicy na zakupy, bo tam było mnóstwo sklepów z odzieżą, takich, siakich…

I prawdopodobnie taniej.

Tak, wszystko było taniej. Miałem 5 lat, jak przyszedłem z matką do sklepu i usłyszałem, jak rozmawiała tam po rosyjsku. Pamiętam, jaki byłem zaskoczony, a mama wyjaśniła mi: to jest Żyd rosyjski, Rosjanie go wyrzucili.

Młodsze pokolenie już zapomniało, ale muszę powiedzieć, że właśnie w tym środowisku żydowskim były grupy prokomunistyczne. Był taki incydent, kiedy Piłsudski wjeżdżał po zwycięstwie 1920 roku do Wilna, że rzucono jakiś granat z wysokiego piętra, który szczęśliwie nikomu nie zrobił krzywdy. Okazało się, że to była jakaś komunistyczna grupa żydowska.

Ale generalnie Żydzi popierali chyba Piłsudskiego?

Bardzo. Piłsudski miał, moim zdaniem, bardzo prawidłowe relacje z Żydami. W Pierwszej Brygadzie Piłsudskiego była pewna grupa Żydów, mieliśmy nawet generała Żyda. Marszałek był nastawiony bardzo wyraźnie na zwalczanie antysemickich postaw.

Przejdźmy do momentu, kiedy przeprowadził się Pan z matką do Warszawy na Żoliborz.

Kiedy się przeprowadziliśmy, był rok 1931. Chodziłem potem do gimnazjum Poniatowskiego. Oczywiście wszyscy koledzy nazywali mnie „Litwin”, bo przecież ja zaciągałem, a oni mnie przedrzeźniali. Zagroziłem, że jak kto mnie nazwie Litwinem, to dostanie. Bardzo szybko stałem się najwyższy w klasie, więc miałem autorytet.
Mama pracowała, była lekarzem szkolnym w gimnazjum im Aleksandry Piłsudskiej i lekarzem dentystą, prowadziła gabinet dentystyczny.
W Warszawie zdałem maturę i tam, na Żoliborzu, zastał mnie wybuch wojny. Ale to już zupełnie inny etap mojego życia.

Wywiad Stefana Truszczyńskiego z prof. Witoldem Kieżunem pt. „Dzieciństwo sielskie, anielskie?”, znajduje się na s. 18 lipcowego „Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Wywiad Stefana Truszczyńskiego z prof. Witoldem Kieżunem pt. „Dzieciństwo sielskie, anielskie?” na s. 18 lipcowego „Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl

Komentarze