Kresowe miasto na wzgórzach, żółta łódź podwodna i nieposkładana historia, która dzieli narody - impresja z Przemyśla - WNET.fm
Top bar
Reklama
Włącz radio Aktualny Poranek Wspieraj WNET Szukaj

Kresowe miasto na wzgórzach, żółta łódź podwodna i nieposkładana historia, która dzieli narody – impresja z Przemyśla

Kościół Karmelitów w Przemyślu / Fot. Konrad Tomaszewski, Radio WNET

Podkarpacie? Jakie Podkarpacie? Przecież to są Kresy w najczystszym wydaniu. Ze swoim niezrównanym urokiem, ciekawymi ludźmi i bliznami z przeszłości. A poza tym podglądamy produkcję fajek i dzwonów.

W roku 981 poszedł Włodzimierz ku Lachom i zajął Przemyśl, Czerwień i inne grody – ta wzmianka ze staroruskiej „Powieści minionych lat” wprowadziła miasto nad Sanem na arenę historii. Są co prawda historycy, którzy twierdzą, że Peremyszl z kroniki to nie ten Przemyśl. Wymieniony razem z nim Czerwień ma jeszcze mniej szczęścia, bo do dziś nie rozstrzygnięto, gdzie mógł się znajdować… Zwykłe łamigłówki wczesnego średniowiecza…

Po prostu Kresy

Jedno jest pewne – Przemyśl nad Sanem od początku był grodem pogranicza. Tak było za czasów, gdy monarchia Bolesławów rywalizowała tu z Rurykowiczami, tak pozostało do dzisiaj. Niby to Podkarpacie… ale właściwie jakie Podkarpacie? Wąskie uliczki z uciekającymi na wszystkie strony zaułkami, budowane na wzgórzach przeważnie barokowe kościoły i kameralna galicyjska secesja. Po prostu Kresy. Można je było pokroić granicami i obudować szarymi osiedlami, ale nie dało się ich usunąć z pejzażu. Na szczęście.

Do Przemyśla radiowa ekipa dojechała pociągiem z Warszawy. Ponad siedem godzin! Czy to na pewno XXI wiek? Pociąg, który nas tu przywiózł, miał literacką nazwę „Gombrowicz”. Może więc ta „zawrotna” prędkość to taki żart na cześć mistrza groteski?

U karmelitów

Mieszkamy w klasztorze Karmelitów. Monumentalny kompleks klasztorny z kościołem pod wezwaniem św. Teresy z Avili pochodzi z pierwszej połowy XVII wieku. Karmelici bosi byli jednym z najpopularniejszych zakonów w Rzeczypospolitej. Do polskiej, sarmackiej pobożności włączyli przyniesione z południa kontynentu tradycje mistyki hiszpańskiej. Taka to była kiedyś wspólna Europa.

U progu epoki zaborów austriackie władze skasowały klasztor i przekazały budynki grekokatolikom. Karmelici wrócili po II wojnie światowej, kiedy komuniści formalnie zlikwidowali struktury Kościoła grekokatolickiego. Po 1989 roku rozgorzał spór o prawa do świątyni i klasztoru, rozstrzygnięty dopiero salomonową decyzją św. Jana Pawła II, który przyznał wyznawcom obrządku wschodniego położony „wzgórze niżej” kościół pojezuicki.

Katedra grekokatolicka w Przemyślu

 

Tu wszystko jest historią

Trudna jest historia tej ziemi, również ta kościelna… O tym , ale i o wielu innych sprawach, rozmawiałem z arcybiskupem seniorem Józefem Michalikiem. Po drodze mała historyczna niespodzianka. Rozmowa z wieloletnim metropolitą przemyskim toczy się w domu, w którym w XVI wieku mieszkał kanonik przemyski ksiądz Stanisław Orzechowski. Nie ma się czemu dziwić, przecież to Kresy, tu wszystko jest historią. Stanisław Orzechowski – jedna z najbarwniejszych postaci dawnej Polski. Ksiądz, awanturnik, erudyta, student niemieckich i włoskich uniwersytetów, znajomy Lutra i Frycza Modrzewskiego. W niepojęty sposób łączył gorliwość w zwalczaniu protestantów z łamaniem norm kościelnych, zwłaszcza celibatu. Demagog, który w swoich pismach równocześnie sławił szlachecką wolność i wysługiwał się interesom magnackich mecenasów. A niezależnie od oceny moralnej, niezrównany stylista, jeden z największych mistrzów polskiej publicystyki politycznej, jak w XX-leciu Adolf Nowaczyński czy Stanisław Cat Mackiewicz. A dziś? Chyba ostatni z tego cechu to Stanisław Michalkiewicz. Czemu właściwie wspominam akurat Orzechowskiego? Bo ten kolorowy człowiek w metryce jednego z zagranicznych uniwersytetów wpisał się jako gente ruthenus natione polonus – z pochodzenia Rusin, z narodowości Polak. Znowu Kresy i znowu tęsknota za dawną, wielką Polską…

Napięcie między Polakami i Ukraińcami

Rzeczywistość nie zawsze jest wielka i często niepokoi. Napięcie między Polakami i Ukraińcami istnieje. Za krótko tu jesteśmy, żeby o tym opowiedzieć. Słuchamy miejscowych, choć nie każdy chce rozmawiać. Nie udaje nam się zaprosić do Poranka przedstawicieli Związku Ukraińców w Polsce. Szkoda. Za to dostajemy od nich w prezencie wybór literackiej krytyki Iwana Franki pisanej po polsku. Otwieram jeden z tekstów: „(..) Wpływ Mickiewicza na naszą inteligencyę, od chwili jego wystąpienia aż do dni naszych, był daleko większy, bezpośredni i trwały, już chociażby dlatego, że mowa utworów Mickiewicza jest zrozumiałą dla inteligentnych Rusinów nie tylko w Galicyi, ale i na Ukrainie, przynajmniej na prawym brzegu Dniepru”. Tak pisał jeden z twórców współczesnej kultury ukraińskiej, który zresztą w innym miejscu zarzucał naszemu wieszczowi „kult zdrady”. W każdym razie Mickiewicz stanowił dla niego problem i wyzwanie. To oczywiście bardzo ciekawe, tylko co z tego? Nic nam po XIX-wiecznych sporach literatów, skoro XX wiek pozostawił po sobie brzemię zbrodni i krzywd. A „inni szatani” są nieustająco aktywni – także w Przemyślu. Całego kompleksu spraw polsko-ukraińskich nie da się chyba pojąć bez uwzględnienia „tego trzeciego”.

W poszukiwaniu kapitalizmu

Pozostawimy więc sprawy, na które nie mamy wpływu, i szukamy kapitalizmu. Nie tego korporacyjnego molocha, który zjada wszystko wokół siebie, tylko kapitalizmu niewielkich, ale dynamicznych rodzinnych firm. I znajdujemy. Najpierw odwiedzamy Pracownię Fajek „Mr Bróg”.

Przecież Przemyskie to zagłębie wytwórczości fajek w Polsce. Właściciel firmy pan Zbigniew Bednarczyk z entuzjazmem opowiada nam o tajnikach swojej pracy. Dynamiczny i pełen pasji przedsiębiorca przypomina trochę amerykańskich self-made-manów. Oczywiście nie potrafię sobie odmówić kupienia wrzoścowej fajki. Aha – na podwórku firmy stoi… żółta łódź podwodna. Podobno nie ma na świecie przypadków, więc musieliśmy tu trafić.

We all live in a yellow submarine. Yellow submarine, yellow submarine…

Okolice Przemyśla to także ośrodek polskiego ludwisarstwa. W Ostrowie odwiedzamy odlewnię dzwonów Janusza Felczyńskiego. Właściciel przyjmuje nas z lekkim dystansem. Musimy poczekać, właśnie kończy korespondencję. Nic dziwnego, tradycja tej rodzinnej firmy sięga roku 1808. Z perspektywy 200 lat nie ma powodu, aby przerywać ustalony porządek pracy tylko dlatego, że przyjechali jacyś faceci z Warszawy i chcą zadać kilka pytań. Nasza cierpliwość zostaje jednak nagrodzona opowieścią o produkcji dzwonów. Nie ma w niej cienia egzaltacji, tylko spokojna pewność człowieka, który wie, że jest mistrzem w swoim fachu: „(…) wykonywanie dzwonów to nie są żadne cuda, tylko zwykła matematyka. Bo nie jest sztuką w ogóle zrobić dzwon. Sztuką jest zrobić dzwon o odpowiednim głosie”. A głosy dzwonów z pracowni Janusza i Macieja Felczyńskich słychać w różnych stronach świata. Naturalnie w Polsce, w miejscach świętych dla Polaków poza krajem i oczywiście w „papieskich” Włoszech, a ostatnio nawet w Brazylii.

 

Wracamy do Przemyśla, po drodze odwiedzamy jeszcze otaczające miasto forty austriackiej twierdzy. Widomy znak, że nie ma wiecznych imperiów. A przeszłość CK Monarchii w Przemyślu najlepiej symbolizuje dziś… pomnik Szwejka.

Jeszcze jeden spacer. Odnowiona Starówka wokół rynku, starannie odrestaurowane kościoły i zaniedbane obrzeża. To zmora polskich miast, widzieliśmy to wielokrotnie. Na pełnej secesyjnych kamieniczek ulicy Słowackiego część budynków wygląda, jakby ostatni remont odbył się za premiera Sławoja-Składkowskiego.

Za chwilę Poranek, za oknami klasztoru słychać ptaki. Miasto się budzi ze snu. Radio też. Jest tyle pytań…

AX

fotografie: Konrad Tomaszewski

 

Zobacz także:


 

Republikanie komentują


Facebook